Co jesienią musi zrobić premier: Drugie exposé Tuska na nowo wyznaczy kierunki modernizacji

Witold Głowacki
Donald Tusk ma niebawem wygłosić drugie już w tej kadencji exposé. Czas już zdjąć cudzysłów z tego dziwnego początkowo określenia, premier też już to przecież zrobił. To się nam opłaca, bo pojęcie "exposé" zobowiązuje. Nie pozwala na doraźne show - za to dotyczy trzech lat, które pozostały do końca kadencji.

Oznacza, że możemy się spodziewać poważnych korekt w rządzeniu, a nie tylko "nowego otwarcia" mającego poprawić wizerunek premiera i rządu. I że nie będzie chodziło tylko o to, by przygotować nas na uderzenie kryzysu. Do tego bowiem - z całym szacunkiem dla wagi problemów - wystarczyłaby prezentacja budżetu na rok 2013, która odbyła się w ostatnią środę. Fajerwerków nie było.

Bo też budżet to jednak raczej menedżersko-księgowa odpowiedź na spodziewane pogorszenie koniunktury. Taka, która skupia się na utrzymaniu finansów państwa w ryzach i agencyjnych ratingów na poziomie perspektywy poprawy. Bieżące zarządzanie państwowym portfelem - w trudnych oczywiście warunkach. Jak bardzo trudnych - to zależy raczej od Maria Draghiego i Angeli Merkel niż od Donalda Tuska i Jacka Rostowskiego. Polski rząd niestety może się tu ograniczyć głównie do bieżących reakcji na burze i eksplozje na europejskiej scenie.

W kwestii kryzysu więc mniej więcej wiadomo, że będzie bolało. Po czym w końcu choroba minie. Wszyscy już wiemy, że pojawiły się pierwsze objawy grypy, a może nawet zapalenia płuc, ale nie znaczy to, że mamy przestać myśleć o doktoracie, awansie czy podróży dookoła świata, nieprawdaż?

Sam premier też nie poprzestał na prezentacji budżetu. Zdecydował się na wygłoszenie drugiego exposé.

Co prawda znów też zdążył już ogłosić, że "nie chce nikomu imponować reformatorską zapalczywością". Pozostaje mieć więc nadzieję, że podczas wygłaszania swego drugiego exposé nie poprzestanie na odczytaniu komunikatów GUS i Eurostatu. Ani na próbie zamiany podstawowego straszaka polskiej polityki z osoby Jarosława Kaczyńskiego na pojęcie kryzysu finansowego, co jest, zdaje się, pewną pokusą w kręgach bliskich premierowi. Wypada się także spodziewać nie referatu pilnego księgowego, lecz wizji rasowego polityka. A więc tego, że wystąpienie poświęcone będzie choć w części odpowiedziom na inne niż finansowa zawierucha wyzwania, które stoją dziś i w najbliższych trzech latach przed rządzącymi. Czas się z tymi wyzwaniami zmierzyć.

"Śmieciowe pokolenie"

Nie ma w tej chwili w Polsce problemu społecznego o większej skali. Niebawem będzie to także poważny problem polityczny, a jeśli chodzi o gospodarkę, wręcz katastrofa. Jeśli nic się nie zmieni, za trzy lata pokolenie ofiar "pakietu antykryzysowego" sprzed trzech lat i jego pośrednich skutków będzie zajmować przedział wieku od 23-24 do 30-32 lat. Ci ludzie, zamiast tworzyć - jak przystało na wykształconych trzydziestolatków - nową klasę średnią i swą konsumpcją dokładać się do wzrostu popytu wewnętrznego, będą wciąż wegetować na umowach o dzieło ze stawkami w najlepszym razie bliskimi płacy minimalnej. Ich młodsi koledzy będą zaś latami pętać się od stażu bezpłatnego do stażu o stawce rzędu 500 zł.

Nikt z nich nie będzie wpłacał żadnych składek do ZUS, OFE i na NFZ. Już wtedy będzie to niezwykle wyraźnie i dotkliwie odczuwalne dla finansów państwa, bo będzie dotyczyć sześciu - ośmiu roczników spośród nieco ponad czterdziestu w zreformowanym "wieku produkcyjnym".

Donald Tusk zdaje się dostrzegać problem. Tylko czy rzeczywiście podejmie próbę jego rozwiązania? Zapowiedź likwidacji "śmieciówek" jest na razie bardzo ogólna. Tymczasem, by to zamierzenie się powiodło, konieczna byłaby brutalna (tym razem dla pracodawców) reforma całego prawa pracy. I sposobu egzekwowania jego przestrzegania. Zatrudnianie pełnoetatowych pracowników - i dziś niezgodne przecież z prawem - na umowy śmieciowe musiałoby się stać bezwzględnie nieopłacalne.

Dziś zaś to się opłaca. Wciśnięcie umowy o dzieło zamiast etatu grozi pracodawcy w najgorszym razie - po żmudnej dla pracownika sprawie sądowej - uznaniem stosunku pracy i koniecznością zapłaty zaległych składek. Żonglowanie umowami terminowymi nie grozi w zasadzie niczym.

Sama likwidacja "śmieciówek" - nawet wyjątkowo skuteczna - nie rozwiązuje zaś problemu dotyczącej kilku roczników, a wynikającej po prostu z poziomu dochodów "dziury" w polskiej strukturze społecznej. Dla gospodarki i popytu wewnętrznego to coś jak poważna katastrofa demograficzna. I tak konieczne więc będzie tej dziury załatanie. Kto za to zapłaci? Cóż, na liście polskich podatków jest jeden, który spokojnie można by było podnieść, choćby na dwa, trzy lata. Ale jego nazwy nie wolno ponoć w tym kontekście nawet wymieniać politykom. Ten podatek nazywa się CIT. I dotyczy tych, którzy na "uelastycznianiu" polskiego rynku pracy podczas kryzysu realnie skorzystali.

Oczywiście premier może też pójść w przeciwną stronę, i by skutki kryzysu łagodzić, zdecydować się na dalsze "uelastycznianie" rynku pracy. Tyle tylko, że wtedy zamieni w wyborach roku 2015 głosy ośmiu roczników Polaków na poparcie BCC i Lewiatana.

Granice państwa

To z kolei największy problem rządu Donalda Tuska. Nie chodzi oczywiście o granice na Odrze, Nysie i Bugu. Lecz te, które oddzielają ministra sprawiedliwości od prokuratorów, ministra finansów od KNF i parabanków, Ministerstwo Pracy i Polityki Socjalnej od walki z bezrobociem i szkolnych stołówek czy Ministerstwo Szkolnictwa Wyższego od masowych fabryk bezwartościowych dyplomów. Te granice w coraz większym stopniu nie tylko uniemożliwiają państwu nadmierną kontrolę nad wieloma obszarami życia społecznego (co samo w sobie jest akurat dobre), lecz także zwalniają je od odpowiedzialności (a to jest już bardzo złe).

Bez sensu jest tu powtarzanie frazesów o młodzieńczych liberalnych fascynacjach premiera - zdążył już niejednokrotnie pokazać, że potrafił się z nich wyleczyć i bynajmniej nie jest dogmatykiem. Może między pozorowanym etatyzmem Jarosława Kaczyńskiego a "oświeconym" liberalizmem a la późne KLD jest jednak jakaś trzecia droga? Warto jej także szukać pomiędzy wzorcami budowy państwa opiekuńczego na kredyt, co skończyć się może tylko losem Grecji czy Hiszpanii, a modelem kapitalizmu w stylu republikańskich Stanów Zjednoczonych, co w przypadku kraju takiego jak Polska musi się skończyć analogicznie źle.

Może państwo może pozostać liberalnym "sługą" obywatela i jego przedsiębiorczości, jednocześnie jednak świadomie kształtując mechanizmy samoregulacji w miejsce zautomatyzowanego nadzoru, walcząc z patologiami, nawet przedstawiając wzorce konkurencyjne wobec tych, które grożą zachwianiem równowagi? Może można sobie wyobrazić państwo, które wykańcza parabanki nie z pomocą ABW i drakońskich zmian w prawie, lecz tworząc dostępną dla najbiedniejszych i pozostającą w granicach ustawy antylichwiarskiej kasę pożyczkową (która w dodatku mogłaby dostarczyć pewnych dochodów do budżetu). Może nie jest abstrakcją państwo, które ogranicza dochody twórców "wyższych szkół biznesu w Pcimiu", a zarazem największe absurdy polskiego rynku pracy, budując po prostu wiarygodny system wartościowania (i wyceny) dyplomów? Może nie każdą formę "socjalu" - od szkolnej stołówki po MOPS-y - trzeba delegować samorządom na możliwie najniższym szczeblu, które to samorządy ze swej natury zrobią przecież wszystko, by obiady dla najbiedniejszych zamienić w kostkę Bauma na deptaku?

Demografia

Ale nie ta z pierwszych dwóch dekad wolnej Polski, za sprawą której wydłużyliśmy wiek emerytalny, co zresztą i tak jest nieuniknione. Ta z trzeciej dekady. Trochę trudno zrozumieć, jak mogło to się stać, ale prognostycy (także ci w GUS) wzrostu dzietności nie bardzo wzięli pod uwagę to, że model życia współczesnej młodej rodziny różni się cokolwiek od tego, który obowiązywał w PRL. I że pary decydują się na dzieci już nie tuż po dyplomie, lecz jakieś dziesięć lat później. W efekcie właśnie (od roku 2011, ściśle mówiąc) daje się obserwować niespodziewany dla naszych demografów wzrost liczby urodzin. Nie jest to jednak efekt żadnych parawysiłków prorodzinnych polskiego państwa ani nawet Kościoła. Lecz wynik tego, że przedstawiciele pokolenia wyżu z przełomu lat 70. i 80. zdążyli właśnie w wieku 30-35 lat poprzechodzić z umów terminowych na stałe, pobrać kredyty hipoteczne i pomyśleć o dzieciach.

Tymczasem w całej Polsce trwa właśnie kampania ograniczania zatrudnienia w szkołach i przedszkolach powodowana niebyłymi już wyliczeniami. Ciekawe jak - zwłaszcza w dużych miastach - będzie wyglądała sytuacja, gdy do drzwi tych placówek (do żłobków już zaczynają się wydłużać kolejki) zapukają rodzice dzieci z tego niespodziewanego wyżu. W roku 2015 - czyli wyborczym - powinno się w młodszych grupach przedszkolnych obserwować wręcz jego apogeum.

Rzecz jasna - to tylko wstęp do tego, że jeszcze bardziej aktualna niż dziś stanie się tematyka polityki prorodzinnej. Lecz już niekoniecznie wyłącznie takiej, która ma być zachętą do dzietności, lecz takiej, która miałaby służyć uczynieniu życia młodych rodziców bardziej znośnym. A zatem - naprawdę czas budować już nie tylko stadiony, ale też przedszkola.

Na drugie exposé Donalda Tuska przyjdzie nam jeszcze poczekać do drugiej połowy września - jak zasugerował sam premier. Wiemy o jego treści niewiele, tyle że usłyszymy w nim co nieco o energetyce - także jądrowej, oraz o nowych inwestycjach infrastrukturalnych, choć nie z takim już rozmachem jak przed Euro. Tematy natomiast, które sami proponujemy, nie należą dziś do najczęściej wymienianych na sejmowej sali i w programach publicystycznych. Ale to od sposobu ich podjęcia może zależeć wynik wyborów w roku 2015.

Wideo

Komentarze 2

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

L
LAMA
NA WPROST ZOBACZY LGARZA CO CHETNIE TEGO WYSLUCHA
S
Szabas
ci na fotce + cały sztab, kombinują jak wydup.ć Polaków.O pijar zadba tvn,gówo wyborcze i inne reżymowe szmatławce.Wierz że się uda,POdobnie jak z amber gold-przecież to całe towarzystwo jest bezkarne!!!!!Jeszcze jedno,to pewne!,opowie mam bajke o miłości,jak bardzo nas kochaja te łajdaki
Dodaj ogłoszenie