Co dalej z pokojem w Kolumbii? Mieszkańcy odrzucili w referendum porozumienie pokojowe [VIDEO]

Aleksandra Gersz AIPZaktualizowano 
Pokój w Kolumbii pod znakiem zapytania. Kolumbijczycy minimalną ilością głosów odrzucili porozumienie pokojowe z rebeliantami z organizacji FARC. Miało ono zakończyć 52-letnią wojnę domową. Przeciwnicy porozumienia triumfują, gdyż ich zdaniem było ono zbyt łaskawe dla partyzantów. Tymczasem zwolennicy umowy oraz władze Kolumbii są zszokowane wynikami referendum. Kolumbijski prezydent już zapowiedział, że dalej będzie dążył do zawarcia pokoju.

RUPTLY/X-News

Za odrzuceniem porozumienia pokojowego, które negocjowano cztery lata i podpisano wstępnie w ubiegłym tygodniu, zagłosowało 50,2 proc. Kolumbijczyków. Za wejściem umowy w życie - 49,8 proc. obywateli. Oznacza to, że porozumienie zostało odrzucone 54 tysiącami głosów. Aby pokój został ratyfikowany, konieczna jest bowiem zgoda mieszkańców Kolumbii. Jak podaje BBC, frekwencja wyniosła z kolei 38 proc. Wyniki referendum zszokowały Kolumbię. Jeszcze w niedzielę sondaże wskazywały bowiem na to, że z trudem osiągnięty pokój, który miał zakończyć 52-letnią wojnę domową, zostanie zaakceptowany przez Kolumbijczyków.

Rozkład głosów pokazuje, że Kolumbia była podzielona w sprawie porozumienia pokojowego. Za jego odrzuceniem byli głównie mieszkańcy terenów położonych bliżej stolicy, a za przyjęciem - dalszych prowincji. W departamencie Chocó, który był najbardziej dotknięty przez wojnę, na "tak" zagłosowało 80 proc. ludzi. Z kolei w mieście Bojaya, w którym co najmniej 119 osób zginęło w masakrze w kościele w 2002 r., za pokojem było 96 proc. osób. W Bogocie na "tak" bylo 56 proc. Kolumbijczyków. Jednak we wschodnim departamencie Casanare, w której rolnicy przez lata byli prześladowani przez FARC, 71,1 proc. zagłosowało przeciw umowie. W Antioquii, w której urodził się były prezydent Alvaro Uribe namawiający go odrzucenia pokoju, na "nie" zagłosowało 62 proc. ludzi.

Wynik referendum załamał tych Kolumbijczyków, którzy z niecierpliwością czekali na koniec konfliktu. W tłumie ludzi zgromadzonych w Bogocie przed telebimami wielu ludzi miało łzy w oczach i nie wierzyło w rezultat referendum. - Nie sądziłam, że mogę być aż tak smutna. Nie mam żadnych ofiar w rodzinie, żadne z mojego rodzeństwa nie dołączyło do rebeliantów, ale myślę o moim kraju, o młodych ludziach i moje serce rozpada się na tysiące kawałków - powiedziała mieszkanka miasta Medellin na antenie radia Caracol.

Zawiedzieni wynikami byli także prezydent Juan Manuel Santos oraz lider partyzanckiej organizacji FARC Timoleón Jiménez, znany pod pseudonimem Tymoszenko. Santos obiecał w orędziu do narodu, że zawieszenie broni w Kolumbii będzie obowiązywać nadal oraz że w poniedziałek będzie rozmawiał z przedstawicielami wszystkich partii o tym, jakie kroki należy teraz podjąć. - Nie poddam się. Będę zabiegał o pokój do ostatniego momentu mojej kadencji, aby zostawić lepszy kraj naszym dzieciom - mówił prezydent. Jeszcze przed referendum Santos mówił jednak w rozmowie ze stacją BBC, że porozumienie pokojowe, które odrzucono w niedzielę, jest jedyną drogą do zakończenia wojny.

Z kolei Tymoszenko oskarżył o odrzucenie porozumienia "negatywny wpływ tych, którzy sieją nienawiść i zemstę i którzy wpłynęli na opinię mieszkańców Kolumbii". Lider FARC zapewnił jednak, że rebelianci będą zabiegać do zakończenia konfliktu. - Możecie na nas liczyć, pokój zatriumfuje - powiedział Timoleón Jiménez i obiecał, że FARC będzie "używało jako broni tylko słów". Jak zauważa jednak BBC, nie wiadomo jednak, czy Tymoszenko zgodzi się na ewentualne poprawki w umowie pokojowej, których domagają się ci, którzy w niedzielę zagłosowali na "nie".

Przeciwnicy umowy są zdania, że porozumienie, w istniejącym kształcie, pozwala rebeliantów "uniknąć kary za morderstwo". W umowie znajdował się bowiem zapis, że rebelianci, którzy podczas swoich procesów sądowych przyznają się do winy, dostaną znacznie lżejsze wyroki. Byli partyzanci mieliby także co miesiąc otrzymywać co miesięczną pensję, a tym, którzy chcieliby otworzyć własny biznes, zapewniona by była pomoc państwa. Dodatkowo członkowie FARC dostaliby dziesięć miejsc w parlamencie w wyborach w 2018 i 2022 roku. Zdaniem przeciwników porozumienia, rebelianci zostaliby więc nagrodzeni za ich przestępcze działania.

Część Kolumbijczyków przeciwnych umowie twierdziło również, że nie ufają oni grupie FARC. Według nich rebelianci za jakiś czas mogliby znowu wszcząć konflikt. - Kolumbijczycy nie zapomnieli, że droga FARC jest wybrukana porwaniami, zabójstwami i przemytem narkotyków - powiedziała anonimowa Kolumbijka w rozmowie z BBC Mundo. Powtarzały się też głosy, że "wygrała sprawiedliwość", a triumfujący ludzie wyszli na ulice. Byly prezydent Uribe domaga się po wygranym referendum, aby rebelianci otrzymywali cięższe wyroki więzienia, nie mogli zasiadać na stanowiskach państwowych i wypłacili ofiarom konfliktu odszkodowania.

Wojna domowa w Kolumbii rozpoczęła się w 1964 r. FARC oraz inni socjalistyczni partyzanci twierdzą, że walczą o prawa najuboższych, którzy ich zdaniem są wyzyskiwani przez władze. Z kolei zmieniające się kolumbijskie rządy zapewniały, że zabiegają o pokój i stabilizację oraz oskarżały rebeliantów o terror, przemoc, łamanie praw człowieka i terroryzm. W ciągu 52 lat konfliktu zginęło blisko 260 tys. osób, miliony Kolumbijczyków zostało przesiedlonych, a ponad pięć tysięcy mieszkańców kraju zaginęło.

Wideo

Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych”i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Komentarze 2

Ta strona jest chroniona przez reCAPTCHA i obowiązują na niej polityka prywatności oraz warunki korzystania z usługi firmy Google. Dodając komentarz, akceptujesz regulamin oraz Politykę Prywatności.

Podaj powód zgłoszenia

z
zdziwiony

Przeciw pokojowi w Kolumbii były i są i po wsze czasy będą kartele narkotykowe i wspierające je lobby. Oni wiedzą, że armia i policja walcząc z kilkoma ugrupowaniami po prostu nie dawała rady. W razie zawarcia pokoju cała siła byłaby przeciw nim. A wówczas nie tylko narkobaroni mieliby problem - okazałoby się, kto z polityków jest faktycznie za ograniczeniem produkcji kokainy. I nie tylko w samej Kolumbii - odbiorcą narkotyków są Amerykanie. I to ci świetnie zarabiający, bo tylko ich stać na drogi, autentyczny i czysty towar a nie surogaty - dobre dla Murzynów. Zaś Amerykanie ograniczeniem narkobiznesu wcale nie są zainteresowani. Dla bezproblemowego przepływu narkotyków do ich kraju wywołali kilka wojen, obalili kilka rządów a nawet - powołali specjalne państwo.

z
zeo

Kurde, przeczytałem Kolumba - i tak myślę co  za rerefendum na Kolumba było - czy asfafal położyć czy co??

Dodaj ogłoszenie