Cichy cud, który miał zostać ukryty. Uzdrowienie Janiny Lach [CUDA JASNEJ GÓRY]

Anita Czupryn
Janina Lach Arkadiusz Ławrywaniec/Polska Press
1979 rok. Na Jasną Górę przyjeżdża Janina Lach, chora na stwardnienie rozsiane. Wraca bez kul. Ale wtedy sprawa zaczyna się interesować SB. Władzy ludowej nie jest na rękę cud jasnogórski. Próbują podważać wiarygodność tej kobiety.

Tamtego momentu, kiedy matka ułożyła ją na torach i przywiązała do szyn, nie pamięta. Za mała była. I dobrze, że nie pamięta. Matka już nie żyje, o zmarłych źle się nie mówi, a ją przecież dróżnik znalazł. Co za szczęście, że akurat po tych torach szedł! Takie rzeczy zdarzają się tylko na filmach, czyż nie? No więc miała już swój happy end/

Wychowali ją dziadkowie. O Waldku, mężu-pijaku, awanturniku, co chciał ją w mieszkaniu z dwójką dzieci spalić, też nie ma co wspominać. Opuścił ją, alimentów nie płaci, ale za to przynajmniej spokój ma. Byleby tylko zdrowie dopisało. Ale z tym zdrowiem najgorsza jest sprawa. Najpierw wysiadł kręgosłup. Był 1969 rok, a ona miała ledwo dziewiętnaście lat!

5 lipca 1969 roku wychodzi za mąż za Waldemara, mężczyznę dziesięć lat starszego od niej. Dwa tygodnie po ślubie traci władanie w nogach i prawej ręce. Trzy miesiące leczenia, najpierw w szpitalu w Zgierzu, potem w Łodzi. Podleczyli ją, wyszła. W 1973 roku rodzi się Ewa, rok później Adaś.

A potem nastąpił nawrót choroby. Ze szpitala wypisano ją z bezwładem nóg, na pociechę dając kule. „Więcej nie możemy pani pomóc” - lekarze bezradnie rozłożyli ręce. Do pracy w łódzkim MPK już nie wróciła. Sclerosis multiplex - stwardnienie rozsiane. Choroba nie tylko nieuleczalna, ale i postępująca - Janinie grozi całkowity paraliż i ślepota. I to wszystko dokładnie, ze szczegółami wypisane zostało na sześćdziesięciu stronach medycznej dokumentacji. 14 czerwca 1976 roku Komisja ZUS orzekła inwalidztwo pierwszej grupy z prawem opieki przez osobę drugą. Do kul dodano aparat ortopedyczny.

Tylko się załamać. Ale nie Janina. Jeszcze nie. Jak zwykle zjawia się na kolejnej ZUS-owskiej kontroli. Obowiązkowo, co kwartał. „Naprawdę nie ma żadnego lekarstwa na moją chorobę? Mam dwoje małych dzieci, renta nie starcza na życie, chciałabym pracować”. „Kobieto - westchnął lekarz - wkrótce stracisz wzrok, ręce ci się powykręcają, a ty do pracy chcesz iść? Będziesz tylko leżeć i czekać na śmierć. Niedługo. Śmierć przyjdzie szybko” - pocieszył.

Wtedy dopiero się załamała. Ale też nigdy nie wiadomo, które słowa z tych do nas skierowanych staną się impulsem, który uruchomi całą lawinę zdarzeń. „Matko Boża, weź w opiekę moje dzieci, a mnie ześlij śmierć” - modliła się. „Mogłabym pracować, ręce jeszcze są sprawne, ale jeśli stracę wzrok i ręce sparaliżowane, to jaki sens jest żyć?” Nie było w tej modlitwie rozpaczy, tylko łagodna rezygnacja.

W sobotę nad ranem, 27 stycznia 1979 roku, ma dziwny sen. Dziwny, bo śni jej się Jasna Góra, a ona przecież nigdy nie była na Jasnej Górze. We śnie widzi Matkę Bożą, jak żywą, przemawiającą do ludzi. Słucha Jej tłum i w tym tłumie Janina rozpoznaje też siebie. Nagle Matka Boża milknie, kieruje swój wzrok na Janinę i mówi: „Przybądź do mnie, doznasz łaski”. „Co za piękny sen” - myśli po obudzeniu. „Tylko skąd? Na Jasnej Górze nie byłam i jak miałabym tam z Łodzi pojechać?” Na dworzec o kulach dojść trudno, na taksówkę nie ma pieniędzy. Kto pomógłby jej w podróży, kto by ją z pociągu wyniósł? Ale słowa: „Przybądź do mnie, doznasz łaski” wciąż siedzą jej w głowie. Wołają ją na Jasną Górę. Janina podejmuje decyzję. Najpierw, mozolnie krocząc, o kulach, przybrana w ciężki aparat ortopedyczny, przybyła do pobliskiego kościoła garnizonowego. Wyspowiadała się. „Jedziemy do Matki Bożej” - powiedziała sześcioletniej córeczce Ewie.
To była wyjątkowo ciężka zima, z potężnymi śnieżnymi zaspami, jedna z tych, które znów zaskoczyły drogowców. Matka i córka przybyły do Częstochowy nocą; Janina wynajmuje pokój w tanim hotelu przy dworcu. W niedzielę 28 stycznia rano taksówka wiezie je na Jasną Górę. Janina zdaje sobie sprawę, że idzie drogą, którą widziała we śnie. Bezbłędnie trafia do Kaplicy Matki Bożej. Mszę Świętą miał o godzinie 12:15 odprawić ojciec Jerzy Tomziński, były generał zakonu paulinów. Spojrzała na Obraz - jaśniał wyjątkowym światłem. „O kulach zaczęłam iść w kierunku krat oddzielających Cudowny Obraz od wiernych” - wspominała potem w wielu rozmowach z dziennikarzami. „W pewnym momencie zaczęła bić stamtąd w moim kierunku jasność. Poczułam, że ogarnia mnie wielkie ciepło. Zobaczyłam twarz Matki Boskiej”. „No chodź, chodź. Podejdź bliżej… Bliżej…” - słyszała w swojej głowie. Podeszła pod samą balustradę prezbiterium, dalej się już nie dało.

Obok klęczała siostra zakonna, Rafaela Marek, służebniczka ze żłobka przy ulicy Kazimierza 1 w Częstochowie. Ona również zwróciła uwagę na to, że z Obrazu promienieje niespotykana jasność. Nawet odwróciła się, żeby zobaczyć, czy nie zamontowano przypadkiem dodatkowych reflektorów. Ale nie, nic takiego. Było parę minut po godzinie 12. Nagle siostra Rafaela usłyszała głuchy stukot. Coś uderzyło o posadzkę kościoła. Odchyliła głowę. Zobaczyła tę kobietę o twarzy jak anioł, nieobecnej. „Jakby jej tutaj nie było” - pomyślała siostra. Obok na ziemi leżały kule. „Musiały jej wypaść” - domyśliła się zakonnica. Kobieta nadal stała nieporuszona, z rękami skrzyżowanymi na piersiach i wzrokiem pełnym zachwytu skierowanym ku Matce Bożej. Jak w transie. „Podeszłam, podniosłam kule, uklękłam obok tej kobiety i zaczęłam się modlić. Z wielkim wzruszeniem, bo już wiedziałam, że jestem świadkiem dziejącego się właśnie cudu” - zezna później.

Kiedy rozpoczęła się Msza Święta, kobieta nagle jakby oprzytomniała. „Siostro, co się ze mną dzieje, ja stoję? Od pięciu lat nie rozstaję się z kulami” - słowa te wypowiadała ze zdziwieniem, ale też z wielkim spokojem. „Niech pani spróbuje klęknąć” - zaproponowała siostra Rafaela. „Nie mogę. Mam aparat założony pod samą pachwinę, on mi uniemożliwia ruchy”. Ostatnie zdanie usłyszała pani Wanda Kilnar z Głuchołaz, mama jednego z ojców paulinów. Wstała, poszła do zakrystii i przyniosła krzesło. Janina usiadła. „Wyjęła chusteczkę i zaczęła ocierać cicho płynące łzy. Po chwili znów zwróciła się do mnie: «Siostro, co się stało, ja na nogach nie mogłam stać, a teraz stałam»” - zezna później siostra Rafaela.

Po Mszy siostra znów zwróciła się do Janiny: „Proszę pani, pójdziemy do zakrystii, trzeba to zgłosić. Pani została uzdrowiona”. „Ja? Taki grzeszny człowiek? Ja nie jestem tego godna” - relacjonowała później jasnogórskiemu kronikarzowi Janina. Ale pouczona przez siostrę, która zaraz schyliła się po kule, w towarzystwie pani Wandy przeszła do zakrystii.

Siostra Rafaela zwróciła uwagę, że kobieta mówi niewiele, nadal przeżywając otrzymaną łaskę. „Gdyby nie one, to pewnie nikt by się o tym cudzie nie dowiedział” - mówiła potem Janina Lach. „On się wydarzył po cichu”. W zakrystii Janina zwróciła się do kustosza: „Zostałam uzdrowiona. Te kule chcę zostawić Matce Bożej”. „Kiedy pani została uzdrowiona?” „Przed Mszą Świętą”. „To może być tylko takie wrażenie, chwilowe przeżycie. Proszę jeszcze zabrać te kule. Zima sroga, śniegu na dwa piętra, kule jeszcze się pani przydadzą”.

Nie próbowała przekonywać kustosza. Jedną z kul zostawiła w kąciku zakrystii i wyszła. Następnego dnia znów zjawiła się na Jasnej Górze. Przyniosła drugą kulę. „Już mi nie jest potrzebna. Mogę chodzić nie tylko bez kul, ale i bez aparatu” - powiedziała. Jej córeczka wciąż nie mogła uwierzyć w to, co się stało. „Mamo, uważaj. Mamo, przewrócisz się. Mamo, ja cię Cuda i łaski na Jasnej Górze poprowadzę!” - wołała na początku. Ale widząc, jak mama kroczy, zaczęła oswajać się z myślą, że jej chora mamusia naprawdę, naprawdę została uzdrowiona!

Kiedy wróciły do domu, babcia Janiny, która została poproszona o opiekę nad małym Adasiem, wciąż dotykała swoją wnuczkę. Płakała. Adaś też nie odstępował mamy na krok. Wreszcie mogła chodzić z nim na spacery, przytulać, nosić! Ojciec Jerzy Tomziński, były generał zakonu paulinów, poproszony, aby spisał relację na temat uzdrowienia, w zeznaniu, jakie znajduje się w jasnogórskim archiwum, podał, że kiedy tamtego dnia po Mszy ujrzał Janinę Lach, jej twarz była śmiertelnie blada, a wzrok jakby niezmiernie zadziwiony i zaskoczony. „Stała milcząca. Bardzo spokojna, tylko łzy płynęły jej po policzkach; bez przerwy dyskretnie je ocierała. Odniosłem uczucie, że w tej wielkiej i dziwnej chwili wszelkie pytania są nie na miejscu. Nawet chciałem stać przy niej i bronić, żeby nikt o nic jej nie pytał. Obok zobaczyłem małą dziewczynkę. Przy uzdrowionej nie było żadnego zbiegowiska. Stały tylko siostra służebniczka i Wanda Kilnar”. Z Janiną Lach spotkał się jeszcze następnego dnia i jego wrażenia były zgoła inne: „Twarz jej miała rumieńce, wyglądała o kilkanaście lat młodziej. Oczy szeroko otwarte, pełne szczęścia. Promieniował z niej spokój, radość. Odpowiadała z uśmiechem na wszystkie pytania”. Ojciec Jerzy Tomziński potwierdził, że u Janiny Lach nie zauważył żadnej egzaltacji: żadnych śladów udawania czy histerii, żadnego skakania z radości i głośnego wołania, że stał się cud. Przeciwnie, zaskakiwał niespotykany spokój, szczęście, zdziwienie malujące się w oczach uzdrowionej. „Wobec pani Lach odczuwałem onieśmielenie. Zdawało mi się, że stoję przed jakąś wielką Bożą tajemnicą, dlatego zamiast pytać i dociekać, obserwowałem i milczałem”.
2 lutego 1979 roku ojciec Melchior Królik, jasnogórski kronikarz, pisze list do matki przełożonej sióstr urszulanek, Teresy Randomańskiej: „W ostatnią niedzielę, 28 stycznia 1979 roku, przeżyliśmy fakt, który wydaje się być nowym znakiem obecności i działania Matki Bożej w Obrazie Jasnogórskim. W godzinach 12.00-12.13 łodzianka Janina Lach doznała łaski uzdrowienia. Są świadkowie, ale trzeba oczywiście udowodnić faktyczne kalectwo. Potwierdza to orzeczenie ZUS, który zalicza ją do pierwszej grupy inwalidzkiej. To zasadniczy dokument, jednak niewystarczający. Zwracam się z serdeczną prośbą do sióstr o pomoc w udowodnieniu tego faktu”.

Siostra Teresa w Łodzi rozmawia ze świadkami, nagrywa ich relacje, przeprowadza wywiady, kompletuje zdjęcia, wreszcie sobie tylko znanym sposobem zdobywa dokumenty leczenia szpitalnego Janiny Lach i niesie je do fotografa, by zrobił fotokopię. A wszystko to w ostatniej chwili. Dyrektor szpitala otrzymuje bowiem rozkaz od Służby Bezpieczeństwa, aby natychmiast wycofać całą kartotekę szpitalną Janiny Lach. Nie było takiego leczenia, w ogóle w szpitalu nie było Janiny Lach! A zatem SB już wie o cudzie. I robi wszystko, by zapobiec rozgłosowi.

25 lutego ojciec Melchior Królik zjawia się w Warszawie. Szuka lekarzy, którzy przeprowadziliby analizę dokumentów medycznych Janiny Lach, wydali opinię i podjęli się przebadania pacjentki. Następnie jedzie do Łodzi, do Janiny. Jasnogórski kronikarz widzi ubożuchne, ale schludnie utrzymane mieszkanie, a w nim wózek inwalidzki - zamówiony już wcześniej. Akurat go dostarczono, teraz, kiedy okazał się zupełnie niepotrzebny! Potem zapisze: „Zastaliśmy ją w domu - radosną! Aby pokazać, że czuje się zupełnie pełnosprawna, wzięła na ręce syna Adama, dość dobrze rozwiniętego, i nosiła go po pokoju. Na moją propozycję przewiezienia jej do Warszawy, zgodziła się bardzo chętnie. W ogóle jest ona bardzo uległa i dobroduszna”.

1 marca - to był czwartek - Janina Lach przyjeżdża do Szpitala Bielańskiego na zaplanowane badania. Trzech internistów orzeka uzdrowienie ze stwardnienia rozsianego i przywrócenie sprawności całego organizmu. Informacje o cudzie na Jasnej Górze rozchodzą się z szybkością światła. Ojca Królika o wywiad prosi amerykański dziennikarz, korespondent agencji Associated Press.

1 kwietnia ojcowie paulini z Jasnej Góry prowadzą rekolekcje w łódzkiej katedrze. Kronikarz jasnogórski zapisuje: W sobotę po przyjeździe ksiądz proboszcz poinformował mnie, że był u niego jakiś pan i prosił, aby przestrzec paulinów, by nie mówili na temat „rzekomego” uzdrowienia pani Lach. „Ośmieszy to was w oczach ludzi, bo ona jest tu dobrze znana z lekkiego prowadzenia się”. Ojciec Melchior tłumaczy proboszczowi, że nie był to „jakiś pan”, ale funkcjonariusz SB, a dla esbeków każdy środek jest dobry, jeżeli służy interesom partii. „Proboszcz przyznał mi rację i nie sprzeciwiał się ogłoszeniu faktu uzdrowienia Janiny Lach, co oczywiście uczyniłem” - zapisał potem jasnogórski kronikarz.

Janina Lach na Jasnej Górze zjawia się kilka dni później - 6 kwietnia. Uskarża się, że wciąż ją nachodzą jacyś cywile, mówiąc, że są z milicji. Ale najbardziej przykre dla niej jest to, że jej mąż, inspirowany przez SB, rozgłasza fałszywe wiadomości, iż ona tylko udawała chorobę. Esbecy proponowali jej miejsce w renomowanym sanatorium milicyjnym w zamian za to, że nie będzie nikomu opowiadać o tym, co ją spotkało na Jasnej Górze. Potem jeszcze kilka razy zabierali ją do komendy przy ulicy Lutomierskiej w Łodzi. Znowu godzinami namawiali ją, by milczała. „A ja nie mogłam milczeć, musiałam dzielić się swoim szczęściem, dawać świadectwo!” - mówiła. „W końcu pozornie dali mi spokój, ale pojawiły się problemy z rentą”.

Mimo że miała orzeczoną pierwszą grupę inwalidztwa, nagle zaginęły jej dokumenty. Służbie Bezpieczeństwa, mimo prób, nie udaje się zdyskredytować i oczernić Janiny Lach. W sierpniu 1980 roku ZUS w końcu zmienia swoją decyzję - przyznaje jej drugą grupę inwalidzką i pozwala podjąć pracę w zakładzie chronionym. Lekarze orzecznicy stwierdzają, że jest zdrowa, ale to byłoby przecież potwierdzenie cudownego uzdrowienia. SB czuwa. Dlatego w dokumentach wciąż stoi zapis o trwaniu choroby.
Janina Lach kilka razy do roku jest na Jasnej Górze. Zabiera ze sobą ojca, dzieci. Jest też w Kaplicy Matki Bożej zawsze w rocznicę swojego uzdrowienia. W 1981 roku bierze udział w pieszej pielgrzymce z Warszawy do Częstochowy. Potem takich pielgrzymek odbędzie jeszcze kilka. Z Łodzi przenosi się do Białej koło Zgierza. Sama remontuje mały domek, maluje ściany, sama zbija sobie meble. 28 stycznia 1984 roku, w piątą rocznicę uzdrowienia, Mszę przed Cudownym Obrazem odprawia ojciec Melchior Królik. Rok później Janina Lach przywozi na Jasną Górę całą swoją rodzinę, łącznie z mężem. Wrócił do niej, jak zupełnie stracił zdrowie i nie miał gdzie mieszkać. Przyjechał w Wielki Czwartek, akurat szykowała się do kościoła. Mówił, że chory, po dwóch zawałach. A ona go przyjęła. Ot tak.

15 lipca 2005 roku Janina Lach znowu przybyła przed Cudowny Obraz. W wypadku samochodowym, kiedy wracała ze spotkania z młodzieżą szkolną, straciła wzrok. Na Jasną Górę - ociemniałą - przywiozły ją córka i wnuczka. W jasnogórskim archiwum znalazło się jej kolejne zeznanie: „22 kwietnia 2005 roku zaprosiła mnie katechetka z Kolumny koło Łodzi, abym dała dzieciom świadectwo o łasce, jaką otrzymałam. Spotkałam się wtedy z liczną grupą gimnazjalną. Kiedy wracałyśmy - samochodem odwoziła mnie katechetka - spojrzałam na zegarek, zbliżała się godzina 15. Zaproponowałam, abyśmy odmówiły Koronkę do miłosierdzia Bożego. Od tego momentu nie pamiętam, co się ze mną działo. Obudziłam się w szpitalu”. - Miała pani wypadek” - oświadczył lekarz.

W szpitalu przebywała pięć dni. Skarżyła się, że coś złego dzieje się z jej wzrokiem, wszystko widziała w szarym kolorze. Lekarz tłumaczył, że to normalny objaw po wypadku. Stwierdzono wstrząs mózgu i ogólne potłuczenia, ze szpitala wypisano ją w stanie złym: bolała ją głowa, miała torsje, a wzrok zastraszająco szybko zaczął się pogarszać. 19 maja 2005 roku dostałam potwornego bólu głowy i zawrotów. Sąsiadka wezwała pogotowie, które zawiozło mnie do szpitala w Zgierzu; trafiłam na oddział neurologii. Po badaniach przeniesiono mnie na oddział okulistyki. Podano leki i stwierdzono, że można ratować tylko jedno, lewe oko, bo na prawe już nie widziałam w ogóle. Lekarze mówili, że za późno na to, abym całkowicie odzyskała wzrok. Rezonans magnetyczny dał jednoznaczny wynik: zanik nerwu wzrokowego, pourazowy. W maju 2005 roku zupełnie straciłam wzrok; ujrzałam całkowitą ciemność. Zaufałam Matce Najświętszej i Panu Jezusowi, modlitwa różańcowa rozświetlała moje ciemności. Bardzo zapragnęłam jechać na Jasną Górę do mojej ukochanej Matki, niech Ona na mnie popatrzy i zdecyduje, co dalej ze mną będzie.

15 lipca, w wigilię Matki Bożej Szkaplerznej, pojechała więc z córką Ewą i wnuczką Marysią na Jasną Górę. Córka i wnuczka wprowadziły ją do Kaplicy, było dużo pielgrzymów, poprosiła więc, by ustawiły ją w kolejce, żeby na kolanach mogła przejść dookoła ołtarza. „Podprowadźcie mnie tam, gdzie się idzie na kolanach” - poprosiła. Do ołtarza szła na klęczkach i nagle przed Obrazem Matki Bożej poczuła powiew ciepłego wiatru. Uniosła głowę, żeby powiedzieć: „Matko Boża, widzisz, z jakim problemem do Ciebie przybywam”. Zdążyła tylko powiedzieć: „Matko Boża, widzisz…” i zobaczyła Najświętszą Matkę w Cudownym Obrazie. Znowu wydarzył się cud. I znów po cichu. „Dalej szłam na kolanach z wdzięcznością, dziękując, że mogę Ją widzieć”. Z Kaplicy po żarliwej modlitwie udała się do ojca Kamila Szustaka, aby poprosić o Mszę Świętą za łaskę otrzymaną w tym dniu. „Czasami zastanawiam się, czy nie za mało dziękuję. To, że żyję, że odzyskałam wzrok, zawdzięczam Matce Bożej” - zeznała.

Do kul, jakie ofiarowała w 1979 roku i jakie wciąż wiszą na ścianie prawej nawy Kaplicy Cudownego Obrazu, doszła jeszcze biała laska. W 2014 roku, w trzydziestą piątą rocznicę uzdrowienia, znów była na Jasnej Górze. Powiedziała wtedy: „Trzydziesty piąty rok dziękuję Matce Najświętszej. Po to właśnie tu przyjeżdżam. Cała jestem oddana Maryi. Dlatego trzeba tu przyjechać, do Niej się przytulić, trzeba powiedzieć: „Matko, dziękuję Ci jak dziecko, jak małe dziecko. Przepraszam za wyrządzone Ci krzywdy, potknięcia życiowe, losowe. I prowadź dalej Matko”. Cały czas się czuję jak Jej dziecko, a Ona - moja ukochana Mama. Wyszło to z moich lat dziecięcych, kiedy nie miałam mamy, i od dziecięcych lat przychyliłam się do Matki Najświętszej. Ta miłość do Maryi pogłębiała się z miesiącami, z latami. Teraz jestem całkowicie Jej oddana. Zawierzam Jej wszystko”.

POLECAMY:

Wideo

Komentarze 8

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

G
Gość

Piekne świadectwo, chwała Panu Bogu.

k
katoliczka

to Ty się obudź człowieku, KOŚCIÓŁ to MY "bez Boga ani do proga"to stare mądre powiedzenie.Będę się modlić za Ciebie i Tobie podobnym.Niech Cię Bóg
ma w swojej opiece i ześle Ci opamiętanie i wyzwoli z nienawiści a zastąpi ją miłością .

A
Ale cuda

Cuda dzieja się po cichu??? Co za ściema!!! Ten artykuł świadczy o czymś przeciwnym. Cud ciągle nagłaśniany, sama uzdrwiona jexdziła i opowiadała o tym a autorka ciagle twierdzi ze cuda dzieja sie po cichu. Co za absurd!!! Sprzecznosc sam w sobie. kurcze co za swiat!!!I jeszcze kase na tym zarabiają ciagle nagłasniając. zarabianie pieniedzy na cudach, które dzieja się rzekomo po cichu!!! Nagłasniaja a twirdza ze dzieja si e po cichu to ci dopiero szopka noworoczna

R
Robert

Moja zona ma stwardnienie rozsiane lekarze tylko eksperymenty robili a zoba coraz slabsza byla. Znajoma mnie namowila na olej cbd bo jej mama ma raka i bardzo pomaga. Kupilem o od ponad dwoch miesiecy atosujemy i jest super poprawa. Dla czego nasze Panstwo nie poleca olejku?? bo firmy farmakologiczne stracily by miliony a my musimy patrzec jak nasi bliscy cierpia a my razem z nimi.. Dla zainteresowanych olejek kupiłem na konopiafarmacja.pl, ale mają też sklep stacjonarny w Poznaniu.

A
Anna Pac

Szkukajcie na fB;

K
z

N
s
z
z

S
o
l
i
d
a
r
n
o
s
c

O
r
g
a
n
i
s
t
o
w 11

G
Gość

SB to byli gnoje jakich mało i te gnidy jakoś nie zgniły w więzieniach.

k
koks

sklepy wam pozamykali A swoje zboczone firmy mają otwarte = LUDZIE obudżcie się = wciskają wam nieroby kit i się z WAS śmieją = POZAMYKA WSZYSTKIE KOŚCIOŁY - to też FIRMA i pracują ludzie .

R
Rozbawiona

Czego to klechy nie wymyślą.

Dodaj ogłoszenie