Chrystus jest Brazylijczykiem

Redakcja
Na Copacabanie, najsłynniejszej plaży świata, gwarno przez cały dzień. Uśmiechnięte twarze, radość i zabawa. Wielu z dumą pokazuje na ocean: tam jest nasza wielka ropa - z Rio pisze Kazimierz Sikorski.

Dla Emilio, taksówkarza, który przywiózł mnie na brzeg oceanu, wszystko jest jasne, nie tylko natura, ale i niebiosa pokochały Brazylię, a cud, czyli wielka ropa, sprawi, że za kilkanaście lat nikt nie pozna tego kraju.

- Wiem, że tam, daleko na oceanie stoją już wielkie naftowe wieże, już pompują ropę, jak ktoś się bardzo uprze, to przy dobrej pogodzie nawet je zobaczy - mówi, ale zaraz gryzie się w język i uśmiecha się, bo wie, że z ropą to prawda, ale jest ona tak daleko, że nie ma najmniejszych szans wpatrzyć z Copacabany naftowych instalacji.

Emilio tak jak i bardzo wielu Brazylijczyków wie już, że Brazylia ma swoją wielką ropę, której zasoby porównywać można z tymi gigantycznymi na Morzu Północnym. Nic więc dziwnego, że na miliardy z brunatnego złota liczą w tym kraju wszyscy: biedacy, bogaci i światowe giganty finansowe oraz gospodarcze, które za punkt honoru postawiły sobie robienie interesów z krajem, który najdalej za dwie dekady będzie jedną z najpotężniejszych gospodarek na świecie. Zresztą już dziś na każdym kroku w Rio de Janeiro widać, jak wiele się buduje.

Thiago Silveira z Agencji Promocji Inwestycji w Rio de Janeiro z dumą rozwija przede mną plany modernizacji tej metropolii, nowe drogi, dworce, linie metra. Silveira wyjaśnia, że to wszystko powstanie dzięki połączonym finansowym wysiłkom państwa, miejscowych biznesmenów i zagranicznego kapitału, który widzi w Brazylii przyszłość.

- Wystarczy powiedzieć, że ponad połowa produktu narodowego powstaje w promieniu ledwie 500 kilometrów, to ułatwienie dla biznesu - dodaje Silveira i wyjaśnia, że jego agencja ma jasne zadanie: skojarzyć zagraniczne firmy z naszymi, mamy im ułatwiać otwieranie biur i fabryk i to robimy.

Wystarczy przejażdżka ulicami Rio de Janeiro, by przekonać się, jak dużą robotę wykonała już wspomniana agencja. Pełno tu przedstawicielstw firm ze wszystkich kontynentów. Są więc komputerowi giganci ze Stanów Zjednoczonych i francuskie firmy ubezpieczeniowe, są ludzie od motoryzacji i bankowcy.

- Brazylia to tak dynamicznie rozwijający się rynek i tak obiecujący, iż naturalne stało się, że tu po prostu musieliśmy być - mówi dr Kersten Benz, jeden z szefów niemieckiej Lufthansy, który wyjaśnia , że uruchomienie połączeń lotniczych z Frankfurtu do Rio de Janeiro i Sao Paulo było niczym innym jak odpowiedź na zapotrzebowanie wielu europejskich, w tym polskich biznesmenów. Za kilkanaście lat Brazylia zmieni się nie do poznania, nie mam co do tego wątpliwości, tu nie wypadało nie być - dodaje.

I tak jak Lufthansa czy i inni przewoźnicy wiele lat temu opuszczali ten rynek, bo brazylijska gospodarka trzeszczała, tak teraz każdy stara się tam jak najszybciej wrócić.

- Gdybyśmy nie zrobili tego teraz, popełnilibyśmy błąd, a biznes nie znosi błędów - dodaje Aage Dünhaupt odpowiedzialny w Lufthansie za kontakty przewoźnika w Europie i wyjaśnia, że na tym rynku nie brakuje żadnego z liczących się graczy biznesowych świata.
Jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki biedna jeszcze nie tak dawno Brazylia, która chlubiła się, że jej skarbami byli piłkarze, plaże i dżungla, wyrasta na światowego giganta gospodarczego i politycznego, z którym liczą się i Ameryka, i Chiny, i inni.

Silveira stawia nawet tezę, że to Brazylia powinna w tej chwili skupiać większą uwagę świata niż Chiny, i skromnie przypomina, że powstały osiem lat temu nieformalny trójkąt: Brazylia, Indie, Republika Południowej Afryki, skutecznie przeciwstawił się dominacji amerykańskiej i europejskiej na salonach politycznych świata.

Nikt nie kryje, iż byłoby to niemożliwe, gdyby nie natrafiono na wielką ropę. Kiedy padły pierwsze komunikaty o naftowym polu Tupi leżącym zaledwie 250 km od plaży Copacabana, nie było jeszcze euforii. Mówiono bowiem o zasobach liczonych na kilka miliardów baryłek. Ale kiedy geolodzy przyjrzeli się tym złożom bliżej, wyszło, że w niczym nie ustępują one rekordowym złożom zalegającym pod dnem Morza Północnego, a to jakieś 60 miliardów baryłek. I to był przełom.

Potem były kolejne odkrycia i dziś niemal każdy Brazylijczyk zna Iarę, Jupitera, Librę i kilka innych roponośnych złóż. I co ciekawe, jak uspokajają nas we wspomnianej agencji, nie było szlabanu dla zagranicznych firm, które chciały uczestniczyć w wydobyciu brazylijskiego złota.

Uwijają się więc kilkaset kilometrów od Copacabany specjaliści koncernu BP, a fachowcy z brazylijskiego Petrobrasu razem z amerykańskim Exxonem szukają ropy w Zatoce Meksykańskiej. Jeśli ktoś myślał, że Brazylia pójdzie śladami Hugo Chaveza, który nienawidzi Zachodu, srogo się pomylił.

- Powtarzano u nas taki dowcip, że Brazylia to kraj przyszłości i zawsze takim pozostanie. Ale to tylko dowcip - wyjaśnia Andrea Bedeschi ze wspomnianej agencji z Rio. Nawet jeśli starsze pokolenie ze zgrozą wspomina czas, kiedy mieliśmy 2500 proc. inflacji, to ten okres mamy już na szczęście za sobą.

Brazylijska ulica, czy to Rio de Janeiro, czy Sao Paulo nie różni się specjalnie od tej w Warszawie czy Krakowie, może tylko kierowcy są bardziej hałaśliwi, a przechodnie na pewno mniej nerwowi. Magistraccy urzędnicy w Rio z dumą przypominają, że inflacja nie przekracza 6 proc., a Brazylia nie tylko spłaciła co do centa dług Międzynarodowemu Funduszowi Walutowemu, ale też dziś sama chętnie pożycza innym.

- Ja tam nie jestem ekonomistą, ale z tego, co mówią, to dzielnie nawet oparliśmy się nawet kryzysowi i wciąż nasza winda jedzie w górę - dodaje z dumą Emilio.

A ci, którzy zawodowo śledzą rozwój Brazylii, nie mogą się nadziwić, że to wszystko dzieje się w kraju, który jeszcze 15 lat temu rozwijał się wolniej niż Haiti. W tej sytuacji nie dziwią zagraniczne inwestycje, które rok w rok dochodzą do kilkudziesięciu miliardów dolarów, a neony zagranicznych firm pokazują nocą w Rio de Janeiro, że tu po prostu wypada być.

Emilio uwielbia przywoływać słowa byłego już prezydenta Brazylii Luli, że Bóg na pewno jest Brazylijczykiem. Ale to nie niebiosa przyniosły temu krajowi rozkwit, tylko brazylijski eksport surowców, przede wszystkim do Chin, wspomniana już ropa, i co bardzo ważne, rozsądna polityka poprzedniego prezydenta i jego następczyni.
Sam Lula pytany kiedyś, jaką wyznaje polityczną opcję, odpowiadał, że to problem dla naukowców, on ma za zadanie zrobić wszystko, by ludziom w tym kraju żyło się godnie, lepiej. I sporo dla ludzi zrobił. Bo to dzięki temu prostemu związkowcowi, człowiekowi bez wykształcenia, powstały śmiałe programy społeczne, które miały ograniczać stopniowo skalę biedy. Dzięki takim programom: Bolsa Familia, czyli Portfel Rodzinny, i Zero Głodu, najbiedniejsi dostawali stypendia, a małe firmy pożyczki na rozkręcenie biznesu.

Kiedy pytam jednak w Agencji Promocji Inwestycji w Rio, czy nadejdzie kiedyś taki moment, że znikną osławione fawele, dzielnice, a zasadzie całe miasta nędzy i przestępczości, mówią, że tak, że przed mistrzostwami w piłce nożnej w 2014 i olimpiadą w 2016 część faweli zniknie z powierzchni ziemi. Ludzie dostaną darmowe mieszkania. Na razie jednak fawele można zwiedzać zza szyb taksówki, a do niektórych, głównie tych w północnej części Rio, lepiej się nie zapuszczać.

Do wielu slamsów zaczęto już doprowadzać kanalizację i prąd i jeśli akcja przesiedlania dziesiątków tysięcy rodzin do nowych mieszkań powiedzie się, kolejne wzgórza otaczające Rio staną się turystycznymi atrakcjami.

Ale choć oficjalne statystyki mówią, że do klasy średniej zalicza się już połowę mieszkańców tego kraju, to jednak wystarczy spacer kilkaset metrów od Copacabany, by zobaczyć zupełnie inny świat, gdzie ludzie wybierają resztki wyrzucone z restauracji, a na obrzeżach miasta po zapadnięciu zmroku jest tak ponury klimat, że przyjezdny marzy tylko o jednym, by znaleźć się jak najdalej od tego miejsca, uciec tam, gdzie jest dużo świateł.

Według Andrei Bedeschi z agencji promocji inwestycji w Rio Brazylijczycy to bardzo obrotni ludzie, wystarczy tylko zapewnić im warunki do działania, a zmienią ten kraj, i to szybko. Brazylijczycy przeżyli kryzysy monetarne, ekonomiczne, polityczne, zmieniali wiele walutę, i to ich nie powaliło. A na dodatek, jak podkreślają, Jezus jest Brazylijczykiem.

Wideo

Komentarze

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Dodaj ogłoszenie