Chris Niedenthal, autor słynnych zdjęć ze stanu wojennego: PRL był ciekawszy niż Londyn (GALERIA)

Redakcja
Chris Niedenthal Marcin Oliva Soto/Polskapresse
- Tutaj cały czas coś się dzieje, a ludziom chce się zmieniać rzeczywistość wokół siebie - mówi Chris Niedenthal, który fotografował PRL-owską rzeczywistość i stan wojenny, w rozmowie z Katarzyną Kaczorowską.

Historia napisała Panu życiorys fotoreporterski. Cały świat zobaczył zdjęcie Niedenthala z pierwszych dni stanu wojennego w Warszawie. Na kinie wielki szyld zapowiadający film Coppoli "Czas apokalipsy", a przed kinem na ulicy stoi czołg.
Napisała i mogę być tylko dumny z tego, że skorzystałem z tego, co niosła. Byłem w idealnym miejscu o idealnym czasie, a o takim szczęściu marzy każdy dziennikarz i każdy fotoreporter.

Robił Pan zdjęcia niewygodne dla władzy. Był Pan obserwowany przez SB?
Po kilku latach pobytu, kiedy zostałem korespondentem zagranicznym, władza musiała mieć mnie oficjalnie na oku. Wiedziano, że się nie ukrywam, że nie przyjeżdżam na kilka dni po to, by robić zdjęcia, ale normalnie żyję tu, mieszkam, mam rodzinę. Choć oczywiście zdawano sobie sprawę, że większość korespondentów zagranicznych tej władzy przychylna nie jest.

Wiedzieliście, że jesteście obserwowani?
Tak, ale nie można dać się zwariować. Kiedy otrzymałem swoją teczkę z Instytutu Pamięci Narodowej, to trochę zobaczyłem skalę tej obserwacji, ale też nie do końca. Swoją drogą to dziwne uczucie zobaczyć całą księgę z informacjami na swój temat, choć z drugiej strony rozbawiło mnie to, że nie pilnowali mnie wtedy, kiedy powinni byli pilnować. Nie ma na przykład nic o tym, jak dotarłem na strajk w Gdańsku, właściwie w pierwszych godzinach strajku w sierpniu 1980 r. Wpuszczono mnie do stoczni jako tłumacza angielskiego dziennikarza. Cud, że w ogóle nas chcieli tam wpuścić, w co aż trudno uwierzyć, bo potem cały świat tam był. Drugiego dnia strajku nic jeszcze nie było wiadomo, protest mógł się w każdej chwili skończyć. Wszyscy się bali. Strajkujący zagranicznych dziennikarzy - że jak ich wpuszczą do stoczni, to zarzuci im się pomoc w szpiegowaniu. I ja, że jak wyjdę już z tej stoczni, to mnie zaaresztują. Też za szpiegostwo. A ze stanu wojennego też jest bardzo mało raportów o mnie w tej mojej teczce.

Z tej teczki zorientował się Pan, kto donosił?
Pilnował nas sąsiad teściowej, u której wtedy mieszkaliśmy z żoną. Ale wyczuwaliśmy, że on jest trochę nie taki, jaki powinien być, i to rzeczywiście widać po tych raportach. Wszyscy pozostali tajni współpracownicy są nie do rozpoznania. W IPN powiedzieli, że mogą mi podać nazwiska oficerów prowadzących i tylko tyle, bo jak nie mają stuprocentowej pewności co do tego, że ktoś był TW, to podejrzeń nie ujawnią. Może to i dobrze. Nie muszę tego wiedzieć.

Wtedy, w sierpniu 1980 r. w stoczni, miał Pan poczucie, że właśnie jest świadkiem rewolucji?

Jadąc do Gdańska, to jeszcze nie, ale kiedy tylko dotarłem, już było wiadomo, że dzieje się coś niesamowitego. W PRL nie wolno było strajkować!

W stanie wojennym fotografował Pan demonstracje. Nie bał się Pan?
Czy ja wyglądam na wariata? Jasne, że się bałem. Ludzie mogli mnie wziąć w tłumie za esbeka z aparatem. I dla równowagi - tajniacy, którzy też zapewne brali udział w demonstracjach, mogli mnie wziąć za kark i w bramie wytłumaczyć ręcznie zawiłości stanu wojennego. Zomowcy z założenia, jak widzieli faceta z aparatem fotograficznym, momentalnie ruszali do akcji. Wszyscy w jakimś sensie byli przeciwko nam i nikogo nie można było być pewnym.

CZYTAJ TEŻ:
* SPowiedź generała. Wojciech Jaruzelski wciąż broni PRL
* Inne oblicze stanu wojennego: Bimber i marihuana, czyli wesoła cela na Białołęce
* Nie cały Zachód poparł Wałęsę. Przegląd prasy sprzed 30 lat
* ''The Times'' z 14 grudnia 1981 r.: Z Niemiec do Polski na własną odpowiedzialność

Pan był ciekawy Polski, ta ciekawość chyba została zaspokojona, ale w drugą stronę - czy Pana angielscy koledzy byli zainteresowani tym, co się u nas działo?
Sierpień 1980 r., a potem grudzień 1981 r. były bardzo głośne na świecie. Każdy normalny człowiek, który zwykle nie interesuje się polityką zagraniczną, czuł, że to, co się dzieje w Polsce, jest czymś niesamowitym. W sierpniu świat najpierw zobaczył Wałęsę, charyzmatycznego lidera nowego ruchu związkowego, a w grudniu 1981 r. opancerzone wozy na ulicach miast. To był szok dla Zachodu.

Te wydarzenia zmieniły Pana sposób patrzenia na świat?
Bez przesady, po prostu dojrzałem jako fotoreporter. To był mój chrzest bojowy, bo do strajku sierpniowego robiłem właściwie michałki, a tu nagle zaczęło się dziać, i to jak! Dlatego dla mnie stan wojenny był fantastyczny, choć dla Polaka może brzmieć to okropnie. Był to niepowtarzalny sprawdzian zawodowy dla młodego jeszcze fotoreportera. Fotografowanie komunizmu stało się moją pasją. Dokumentowałem komunizm, walkę z komunizmem i potem wygraną z komunizmem.

I jak Pan ocenia dzisiaj tę wygraną i kapitalizm w krajach postkomunistycznych?
Wiadomo, że nie da się przejść przez wszystko gładko, ale w Polsce, w porównaniu do Rumunii czy Bułgarii, naprawdę jest nieźle. Choć myślałem, że zmiany będą następowały szybciej. Miałem taką nadzieję, kiedy padł mur berliński.

Przeżył Pan szok, kiedy wybory wygrał SLD?
Większy przeżyłem, kiedy PiS wygrał wybory parlamentarne i Lech Kaczyński został prezydentem. Tak, to był dla mnie prawdziwy szok. Że SLD wygrał z pierwszym rządem solidarnościowym - rzeczywiście wtedy się trochę martwiliśmy, ale z dzisiejszej perspektywy nie było to aż tak wstrząsające. Są gorsze rzeczy na świecie i gorsze partie.

Kiedy Polska weszła do Unii Europejskiej i kraje starej piętnastki zaczęły otwierać rynki pracy, Polacy wyjeżdżali do Wielkiej Brytanii. Co Pan sobie o nich myślał?
Dziwiłem się. Za nic nie chciałbym mieszkać w Anglii, chociaż się tam urodziłem i czuję się tam jak w domu. Londyn jest za duży, a ja nie lubię wielkich miast. A poza tym nie interesuje mnie życie w Anglii, interesuje mnie to, co się dzieje w Polsce. Miałem też taką nieco naiwną nadzieję, że to Anglicy, Niemcy czy Francuzi będą masowo do nas przyjeżdżać pracować, bo to taki nowy, ciekawszy świat. Przyjeżdżali i nadal przyjeżdżają, ale trudno tu mówić o jakimś zalewaniu nas!

Polska jest ciekawsza?
Oczywiście, tutaj cały czas coś się dzieje, a ludziom chce się zmieniać rzeczywistość wokół siebie. Wtedy, w latach 80., Polacy byli ciekawi świata, bo nie mogli łatwo wyjeżdżać. I to mnie w was urzekło. Zakochałem się w tym kraju, w którym było widać, że każdy dąży do jakiejś wiedzy, a w Londynie nie dążył do niczego. Przesadzam tu oczywiście, ale coś w tym musiało być.

Jesteśmy inni niż Anglicy?
Żebym to ja wiedział! Miałem, o dziwo, bardzo mało styczności z Anglikami. Dorastałem w środowisku Polonii powojennej, która w dzisiejszych czasach nie znosi tej nowej, zarobkowej. Anglia i Anglicy, z racji swego wyspiarstwa, są inni od kontynentalnej Europy. Ale z czystym sumieniem mogę powiedzieć, że lubię angielskie poczucie humoru.

Rozmawiała Katarzyna Kaczorowska

CZYTAJ TEŻ:
* SPowiedź generała. Wojciech Jaruzelski wciąż broni PRL
* Inne oblicze stanu wojennego: Bimber i marihuana, czyli wesoła cela na Białołęce
* Nie cały Zachód poparł Wałęsę. Przegląd prasy sprzed 30 lat
* ''The Times'' z 14 grudnia 1981 r.: Z Niemiec do Polski na własną odpowiedzialność

Wideo

Komentarze

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Dodaj ogłoszenie