18+

Treść tylko dla pełnoletnich

Kolejna strona może zawierać treści nieodpowiednie dla osób niepełnoletnich. Jeśli chcesz do niej dotrzeć, wybierz niżej odpowiedni przycisk!

Chris Kyle. Snajper, który zabił 255 wrogów, a teraz napisał o tym książkę

Redakcja
Nie mam wyrzutów sumienia, ofiary też mi się nie śnią po nocach - mówi Chris Kyle
Nie mam wyrzutów sumienia, ofiary też mi się nie śnią po nocach - mówi Chris Kyle
Chris Kyle jest najlepszym snajperem w armii USA. Zabił na misjach w Iraku 255 wrogów, Pentagon potwierdził 160. Rzucił służbę, by ratować rodzinę. Przyjeżdża do Polski, by promować swoją książkę

Patrzyłem przez celownik karabinu snajperskiego, lustrując drogę biegnącą przez niewielkie irackie miasteczko. Było to pod koniec marca 2003 roku, okolice Nasiriji. Niespełna 50 metrów ode mnie otworzyły się drzwi małego domu. Wyszła z nich jakaś kobieta z dzieckiem.

Poza tym ulica była pusta. Miejscowi Irakijczycy, w większości przerażeni, pochowali się do domów. Kilku ciekawskich wyglądało zza zasłonek i czekało. Słyszeli pomruk zbliżającego się oddziału Amerykanów. Ulicę zaczynali wypełniać marines, prący na północ, by wyzwolić kraj spod władzy Saddama Husajna.

Moim zadaniem było zapewnienie im ochrony. Nasz pluton zajął budynek już wcześniej, podkradłszy się na pozycje umożliwiające zabezpieczenie marines. Chodziło o to, by zapobiec ich wpadnięciu w nieprzyjacielską zasadzkę podczas przemarszu przez miasteczko.

Nie wydawało się to zbyt trudne - a nawet gdyby coś miało się dziać, na szczęście miałem po swojej stronie marines. Widziałem, jak potężna jest ich broń, i za nic w świecie nie chciałbym musieć walczyć przeciwko nim. Iracka armia była bez szans. Wydawało się zresztą, że faktycznie już opuściła ten teren.

Wojna zaczęła się niecałe dwa tygodnie wcześniej. W jej rozpoczęciu 20 marca we wczesnych godzinach porannych pomagał mój pluton "Charlie" (później "Cadillac") należący do SEAL Team Three. Wylądowaliśmy na półwyspie Al-Fau i zabezpieczyliśmy tamtejsze instalacje odbiorcze ropy, żeby Husajn nie mógł ich podpalić, jak to zrobił podczas pierwszej wojny w Zatoce. Teraz dostaliśmy zadanie pomagania marines w czasie ich marszu na północ, w stronę Bagdadu.

Byłem SEALsem, wyszkolonym w operacjach specjalnych komandosem marynarki wojennej. SEAL jest akronimem pochodzącym od słów: "SEa, Air, Land", czyli: "morze, powietrze, ląd", i całkiem dobrze opisuje szeroki zakres miejsc, w których prowadzimy działania.

W tym wypadku byliśmy już daleko w głębi lądu, dużo dalej, niż SEALsi prowadzili działania w dawniejszych czasach, chociaż odkąd toczy się wojna z terroryzmem, stało się to częstą praktyką. Prawie trzy lata zajęło mi szkolenie i uczenie się na wojownika; byłem gotów do tej walki - a przynajmniej na tyle gotów, na ile można być gotowym.
Trzymałem w rękach należący do szefa mojego plutonu powtarzalny precyzyjny karabin snajperski. Dowódca już od dłuższego czasu zapewniał osłonę ulicy i potrzebował chwili odpoczynku. Okazał mi wielkie zaufanie, wybierając mnie na zmiennika i dając własną broń. Byłem nadal nowy w teamach - wciąż jeszcze nowicjusz, debiutant. Zgodnie ze standardami SEALsów musiałem najpierw zostać poddany wszechstronnemu testowi.

W tamtym czasie nie przeszedłem jeszcze szkolenia na snajpera SEAL. Strasznie chciałem nim zostać, ale droga do tego była długa. Dając mi tego ranka karabin, szef chciał mnie w ten sposób sprawdzić, chciał się przekonać, czy ma do czynienia z odpowiednim materiałem na snajpera.

Znajdowaliśmy się na dachu starego podniszczonego budynku stojącego na skraju miasteczka, przez które mieli przejść marines. Pod nami wiatr rozmiatał po zniszczonej drodze pył i papiery. Śmierdziało jak w kanale ściekowym - ten typowy dla Iraku odór był czymś, do czego nigdy nie udało mi się przywyknąć.

- Nadchodzą marines - powiedział dowódca, kiedy budynek zaczął drżeć. - Obserwuj.

Spojrzałem przez celownik. W pobliżu nie było nikogo poza tą kobietą i jednym czy dwojgiem dzieci. Patrzyłem, jak zbliża się oddział naszych. Dziesięciu młodych dumnych marines w mundurach wyskoczyło z pojazdów i sformowało się w szyku patrolowym. Kiedy Amerykanie się ustawiali, kobieta wyjęła coś spod ubrania i pociągnęła za to.

Odbezpieczyła granat. W pierwszej chwili nie zdałem sobie z tego sprawy.
- Zdaje się, że to coś żółtego - powiedziałem do szefa, opisując, co widzę, podczas gdy on też obserwował. - Żółte i ma...
- Ona trzyma granat - powiedział dowódca. - To chiński granat.
- Cholera.
- Strzelaj.
- Ale...
- Strzelaj. Zdejmij ten granat.

Zawahałem się. Ktoś próbował połączyć się z marines przez radio, ale nie mogliśmy ich wywołać. Szli wzdłuż ulicy, kierując się w stronę kobiety.
- Strzelaj! - padł rozkaz.

Pociągnąłem za spust. Kula wyleciała w lufy - strzeliłem. Granat upadł. Kiedy wystrzeliłem po raz drugi, granat wybuchł.
To był pierwszy raz, kiedy zabiłem kogoś z karabinu snajperskiego. A także pierwszy raz w Iraku - i jedyny - kiedy zabiłem kogoś innego niż biorącego udział w walce mężczyznę.

Miałem obowiązek strzelić i nie żałuję tego. Ta kobieta i tak by zginęła. Ja tylko zadbałem o to, żeby nie zabrała ze sobą żadnego z marines. Było jasne, że chce ich zabić, ale to nie wszystko: nie zwracała uwagi na nikogo w pobliżu, kogo mógł rozerwać granat albo kto mógł zginąć w wyniku otwarcia ognia. Nie obchodziły ją ani dzieci na ulicy, ani ludzie w domach, może nawet jej własne dziecko...

Była za bardzo zaślepiona przez zło, żeby zwracać na nich uwagę. Chciała po prostu za wszelką cenę zabić Amerykanów. Moje strzały ocaliły kilku rodaków, których życie było w oczywisty sposób warte więcej niż wynaturzona dusza tej kobiety. Mogę stanąć przed Bogiem z czystym sumieniem i odpowiedzieć za to, co zrobiłem. Ale szczerze i głęboko znienawidziłem zło, które opętało tę kobietę. Nienawidzę go po dziś dzień.

Dzikie, nikczemne zło. To z nim walczyliśmy w Iraku. To dlatego mnóstwo ludzi, także ja, nazywało wrogów dzikusami. Naprawdę nie dało się inaczej opisać tego, z czym się tam stykaliśmy.

Ciągle ktoś mnie pyta: "Ilu ludzi zabiłeś?". Standardowo odpowiadam: "Czy od tego, co powiem, będzie zależało, czy jestem w mniejszym lub większym stopniu człowiekiem?".

Liczba moich ofiar nie ma dla mnie znaczenia. Żałuję, że nie zabiłem więcej wrogów. Nie po to, żeby mieć się czym przechwalać, lecz dlatego, że uważam, że świat jest lepszy bez tych dzikusów, którzy pozbawiali życia moich rodaków. Każdy, kogo zastrzeliłem w Iraku, próbował wyrządzić jakąś krzywdę Amerykanom albo Irakijczykom wiernym nowym władzom.

Jako SEALs miałem zadanie do wykonania. Zabijałem wroga - wroga, którego widziałem dzień w dzień, jak spiskuje, żeby zabijać moich braci. Dręczą mnie wspomnienia sukcesów nieprzyjaciela. Nie było ich wiele, ale nawet życie jednego Amerykanina jest tą jedną stratą za dużo. Nie przejmuję się, co myślą o mnie inni. To jedna z tych rzeczy, za które najbardziej podziwiałem ojca, kiedy byłem młody. Miał w nosie, co myśleli inni. Był tym, kim był. Taka postawa to jedna z cech, dzięki którym ani trochę nie zwariowałem.
Oddając tę książkę do druku, wciąż czuję się trochę nieswojo na myśl, że publikuję historię swojego życia. Przede wszystkim zawsze uważałem, że jeśli ktoś chce się dowiedzieć, jak wygląda życie SEALsa, powinien sam zdobyć trident: zasłużyć na nasz medal, symbol tego, kim jesteśmy. Przejść nasze szkolenie, zdobyć się na fizyczne i psychiczne poświęcenie. Tylko tak można się tego dowiedzieć.

Poza tym - co nawet ważniejsze - kogo obchodzi moje życie? Niczym się nie różnię od innych ludzi. Zdarzyło mi się uczestniczyć w paru dość popieprzonych historiach. Słyszałem od wielu osób, że to coś ciekawego. Nie bardzo to rozumiem. Dowiedziałem się, że ktoś chce napisać książkę o moim życiu albo o tym, co robiłem. Z jednej strony wydaje mi się to dziwne, ale z drugiej uważam, że to moje życie i moja historia, więc chyba lepiej będzie, jeśli to ja przeleję je na papier - tak, jak rzeczywiście się potoczyły.

Poza tym jest mnóstwo ludzi, którzy zasługują na uznanie, i gdybym nie opisał tej historii, mogliby zostać pominięci. A to wcale by mi się nie podobało. Moi koledzy zasługują na większe pochwały niż ja.

Chris Kyle, Scott McEwen, Jim DeFelice, Cel snajpera. Opowieść najbardziej niebezpiecznego snajpera w dziejach amerykańskiej armii, wydawnictwo: Społeczny Instytut Wydawniczy "Znak", cena: 36,49 zł

Wideo

Komentarze 9

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

Y
Y
Debil to ty srales w gacie jak lezales 20min he he
G
G
Masz racje czytalem ksiazke
W
Weteran
...SYLWESTER...Najprawdopodobniej smarkacz podróżujący po świecie za pieniążki rodziców.Ktoś,kto nie patrzył na śmierć przyjaciela ginącego z ręki człowieka wierzącego akurat w Allaha a nie Jezusa.Ktoś kto nie ma pojęcia o tym,że wojsko to nie gang i żołnierz musi złożyć raport z incydentu nawet a co dopiero z celnego strzału.Nie liczy ofiar,ale trudno zapomnieć,że osoba właśnie przeze mnie uśmiercona miała rodzinę,plany na przyszłość...Problem polega tylko na tym,że wierzyła w"nieodpowiedniego "boga.Smutna prawda jest taka,że to"religie zabijają".I wiesz co Sylwester?Możesz sobie nie liczyć zabitych przez siebie muszek,ale człowiek z mózgiem większym od orzeszka zawsze będzie wiedział i do końca życia pamiętał,że odebrał innemu człowiekowi życie...Wiesz ty w ogóle żałosny człowieczku na jaki cel zostały przeznaczone dochody z tej książki?Najwyraźniej nie.Żyj sobie dalej w swoim wyimaginowanym świecie.Mamusia z tatusiem za wszystko zapłacą...
W
Weteran
...SYLWESTER...Najprawdopodobniej smarkacz podróżujący po świecie za pieniążki rodziców.Ktoś,kto nie patrzył na śmierć przyjaciela ginącego z ręki człowieka wierzącego akurat w Allaha a nie Jezusa.Ktoś kto nie ma pojęcia o tym,że wojsko to nie gang i żołnierz musi złożyć raport z incydentu nawet a co dopiero z celnego strzału.Nie liczy ofiar,ale trudno zapomnieć,że osoba właśnie przeze mnie uśmiercona miała rodzinę,plany na przyszłość...Problem polega tylko na tym,że wierzyła w"nieodpowiedniego "boga.Smutna prawda jest taka,że to"religie zabijają".I wiesz co Sylwester?Możesz sobie nie liczyć zabitych przez siebie muszek,ale człowiek z mózgiem większym od orzeszka zawsze będzie wiedział i do końca życia pamiętał,że odebrał innemu człowiekowi życie...Wiesz ty w ogóle żałosny człowieczku na jaki cel zostały przeznaczone dochody z tej książki?Najwyraźniej nie.Żyj sobie dalej w swoim wyimaginowanym świecie.Mamusia z tatusiem za wszystko zapłacą...
s
strzelec
Po treści komentarzy generalnie widać jak na dłoni polską specjalnośc - pieniactwo. Jeśli ktoś porównuje Brevika i Holmesa do tego gościa to jest idiotą, z bardzo prostego powodu - po pierwsze przeczytajcie książkę, będziecie mieli szerszy obraz tego człowieka, a nie to co gazetka tutaj wyciągnęła dla zrobienia sensacyjnego artykuliku. Po drugie ci pierwszi to szaleńcy, którzy zabijali niewinnych ludzi dla sławy. Ten gość zabijał dzikusów nie w obronie jakiejś tam demokracji, tylko niewinnego ludzkiego życia. Dla tych dzikusów jest wszystko jedno czy wysadzą się przy amerykańskim patrolu czy na zatłoczonym rynku. Jednak co o tym może wiedzieć buraczan wypisujący infantylne komentarze, w który szafuje wielkimi słowami, których znaczenia nie rozumie?
m
mordercze media
mogli od razu Brevika i Holmsa wypromowac za jedne pieniądze
SYLWESTER
Ale to trudno winić jednego DEBILA,bo "sojusznicy"USA wprowadzili na całym terytorium Państwa PSYCHOZE... WOJNY (sic?). Byłem przecież na Manhattanie w tamtym okresie i rzeczywiście była w Naro dzie psychoza strachu wojennego . Oddziały Gwardii Narodowej w pełnym uzbrojeniu (sic?) w gęstych Patrolach New York a Policja stawia pod ściane i dopuszcza się rewizji osobistej bez żadnego powodu (sic?). Sam wpadłem w "łapy" tych "wojennych Policjantów", rzucili mnie najpierw na ściane a póżniej na chodnik (sic?). Strach się było zapytać " o co chodzi?", bo mieli pistolety z ostrą amunicją . Leżałem chyba ze 20 minut (sic?). Amerykanie wiedzą, że podczas takiej psychozy, nie ma żadnej dyskusji bo będą strzelać!. A ten Debil, jeżeli takie cyrki robi z wojskowej służby, to można Go zaliczyć do przestępców zabijających ludzi!. Jaki Żołnierz liczy ILU ZABIŁ LUDZI?. DEBIL, CHORY, LECZYĆ SIĘ!
SYLWESTER
Ale to trudno winić jednego DEBILA,bo "sojusznicy"USA wprowadzili na całym terytorium Państwa PSYCHOZE... WOJNY (sic?). Byłem przecież na Manhattanie w tamtym okresie i rzeczywiście była w Naro dzie psychoza strachu wojennego . Oddziały Gwardii Narodowej w pełnym uzbrojeniu (sic?) w gęstych Patrolach New York a Policja stawia pod ściane i dopuszcza się rewizji osobistej bez żadnego powodu (sic?). Sam wpadłem w "łapy" tych "wojennych Policjantów", rzucili mnie najpierw na ściane a póżniej na chodnik (sic?). Strach się było zapytać " o co chodzi?", bo mieli pistolety z ostrą amunicją . Leżałem chyba ze 20 minut (sic?). Amerykanie wiedzą, że podczas takiej psychozy, nie ma żadnej dyskusji bo będą strzelać!. A ten Debil, jeżeli takie cyrki robi z wojskowej służby, to można Go zaliczyć do przestępców zabijających ludzi!. Jaki Żołnierz liczy ILU ZABIŁ LUDZI?. DEBIL, CHORY, LECZYĆ SIĘ!
A
Administrator
To jest wątek dotyczący artykułu Chris Kyle. Snajper, który zabił 255 wrogów, a teraz napisał o tym książkę
o
obywatel
z tych weteranów codziennie 19 popełnia samobójstwa...tak są dumni z bandyckich misji na niewinnych ludzi....
Dodaj ogłoszenie