Chiński Wielki Brat. Cyfrowy totalitaryzm nie jest już tylko wizją pisarzy i scenarzystów

Witold GłowackiZaktualizowano 
Chiny są dziś odcięte od światowego internetu Wielkim Firewallem - cyfrowym odpowiednikiem Wielkiego Muru
Chiny są dziś odcięte od światowego internetu Wielkim Firewallem - cyfrowym odpowiednikiem Wielkiego Muru pixabay/zdj. ilustracyjne
Za każdym razem, kiedy mówimy o totalnej inwigilacji, której doświadczamy w sieci, mamy rację. Ale będący naszą zmorą Wielki Brat z Zachodu widzi o wiele mniej niż Wielki Brat z Chin

Jest dwóch Wielkich Braci. Ten, który patrzy na nas i którego tak bardzo się obawiamy, jest tylko ubogim krewnym Wielkiego Brata z Chin.

Wielki Brat z Zachodu, owszem, stara się śledzić i sprzedać każdy nasz krok. Mapa miejsc, które odwiedzaliśmy, historia naszych wyszukiwań w sieci, możliwie pełna lista zakupów, nasze kontakty, biling połączeń, treść e-maili i wiadomości w komunikatorach czy SMS-ów, dane o naszej karierze, kartach kredytowych, zadłużeniu i majątku, nasze zdjęcia, lajki, statusy, poglądy i światopoglądy - owszem, o to wszystko w każdej chwili starają się Google i Facebook oraz kilkunastu innych mniejszych graczy. Ale po co? Zachodni Wielki Brat chce to po prostu sprzedać, za grosze, za to w masowym hurcie. Sprzedaje więc dostawcom reklam, sklepom internetowym albo mikrotargeterom czy fabrykom trolli pracującym dla partii politycznych czy biznesu.

Wielki Brat z Dalekiego Wschodu - który siedzi za Wielkim Firewallem, czyli cyfrowym odpowiednikiem Wielkiego Muru - jest zupełnie inny od tej zachodniej, chciwej łamagi. Jemu nieszczególnie zależy na pieniądzach, nie służy mamonie. On służy władzy - i partii komunistycznej. Śledzi użytkowników sieci na skalę jeszcze bardziej totalną niż jego kolega z Zachodu. Ale nie po to, żeby handlować ich prywatnością, tylko po to, żeby ją w pełni kontrolować.

W 2020 roku ma ruszyć w Chinach system oceny punktowej obywateli, decydujący o ich miejscu na społecznej drabinie

Na czym polega różnica? Jeśli w Polsce, Francji albo Stanach Zjednoczonych napiszesz na Facebooku, że, dajmy na to, „prezydent to idiota”, to czeka cię może zerwanie paru znajomości, może jakiś flejm na pół nocy, a w najgorszym razie jeszcze rozmowa z szefem, który poprosi, żebyś zakrył informacje o firmie, w której pracujesz, skoro zamierzasz się tak żywo udzielać w kwestiach polityki. Jeśli napiszesz coś takiego na chińskim weChacie, następnego dnia rano możesz się spodziewać policji. Ba, jeśli skrytykujesz władzę w o wiele bardziej subtelny i zniuansowany sposób, też nie zostanie to bez reakcji. Policja być może nie przyjdzie. Ale możesz spodziewać się wielomiesięcznego bana, realnych kłopotów w pracy, ba, spadnie twoja zdolność kredytowa. A w całkiem niedalekiej przyszłości możesz trafić do puli obywateli drugiej, trzeciej czy czwartej kategorii. Nie będziesz miał takich praw jak ci, którzy nie krytykują władzy. Nie będziesz mógł pracować w określonych zawodach, może zostać ograniczone twoje prawo do przemieszczania się, będziesz też stale monitorowany przez służby. Wielki Brat zadecyduje o tym, czy będziesz równym, równiejszym, czy może prolem. Jeśli zaś nie będziesz się starał lub, co gorsza, pozwolisz sobie na więcej, bez najmniejszego problemu zostaniesz również ewaporowany.

Monopol władzy

Kluczem do cyfrowej władzy totalnej jest pełna kontrola nad internetem - czy raczej jego mocno okrojoną krajową wersją. I monopol na świadczenie sieciowych usług analogicznych do tych, które na Zachodzie świadczone są przez kilka konkurujących ze sobą koncernów.

Chiny mają około 1,38 miliarda mieszkańców. W tej chwili ponad miliard z nich to użytkownicy WeChata - funkcjonującej wyłącznie w Chinach sieci społecznościowej o bardzo rozbudowanym charakterze. Władza w pełni kontroluje wszystko, co się w niej dzieje, śledzi każdy krok jej użytkowników. By to osiągnąć, potrzeba było bardzo niewiele czasu.

WeChat narodził się w nieodległej, ale już zamkniętej epoce, w której chiński cyfrowy świat był jedynie niezbyt bogatą imitacją tego zachodniego. Początkowo była to zwykła, niekoniecznie nadążająca za oryginałem, podróbka WhatsAppa, jednego z najpopularniejszych komunikatorów ery internetu 2.0. Ale w 2011 roku władze zaczęły intensywnie wspierać dotacjami firmę, która go stworzyła. Oczywiście niebezinteresownie.

Wielki Mur w sieci

Od swoich zachodnich odpowiedników WeChat różniło przede wszystkim środowisko, w którym się rozwijał. Otóż chiński internet jest od lat w zasadzie… odcięty od internetu. Chińska partia komunistyczna zdołała spełnić marzenie każdego współczesnego zamordysty i przejąć niemal całkowitą kontrolę nad dostępem obywateli do sieci. Ten proces zaczął się już w 1998 roku. Chińskie władze uruchomiły wtedy projekt Złota Tarcza - na świecie znany jako Wielki Firewall. Stopniowo ograniczano Chińczykom dostęp do coraz większych zasobów światowego internetu - czy to do konkretnych stron, czy to do całych gałęzi sieci.

Trwało to latami, ale w efekcie dziś Wielki Firewall jest w pełni szczelny. Nie da się prowadzić antypartyjnej agitacji na Facebooku czy YouTube - Chińczycy po prostu tego nigdy nie zobaczą. Nie da się zwołać na Twitterze żadnej „Chińskiej Wiosny” - do potencjalnych zainteresowanych takie wezwania nigdy nie dotrą. Obywatel Chin nie poczyta ani „New York Timesa”, ani „Polski” - choćby skończył polonistykę w Pekinie. Cenzura osiągnęła wymiar totalny. Na hasło „Plac Tiananmen” zareaguje najwyżej nawigacja. O Mao czy rewolucji kulturalnej można przeczytać tylko to, co zaaprobowała partia. Za cyfrowym Wielkim Murem nie ma Facebooka, Instagrama, Wikipedii czy Google. Są tylko ich chińskie odpowiedniki. A najważniejszy z nich jest właśnie WeChat. Stworzył go i rozwija koncern Tencent - chiński technologiczny gigant, którego siedziba mieści się w imponującym dwuwieżowym budynku w Shenzen. Firma jest teoretycznie niezależna i działa według zasad rynkowych. W pełni współpracuje jednak z chińskimi władzami. Zatrudnia kilka tysięcy (od 7 do 8) członków partii komunistycznej i udostępnia służbom furtki do każdej z form działalności WeChata.

Dziś WeChat to cyfrowy superkombajn, który swoją funkcjonalnością wyprzedza nawet wieloletnie plany inżynierów Facebooka czy Google’a. Pełni rolę bardzo rozbudowanego medium społecznościowego, pozwalającego na stosowanie dowolnych środków wyrazu - coś jak Facebook, WhatsApp, Instagram i Twitter w jednym. I owszem, pełno tam zdjęć kotów, słitfotek, serduszek i emotikonów oraz memów - zupełnie jak w zachodnich mediach społecznościowych. Ale na tym nie koniec.

Bo WeChat to także gigantyczny sklep. Można tam kupić niemal wszystko - od prostych produktów po wyrafinowane usługi. W niczym nie przypomina to facebookowej „Giełdy”, to raczej bardzo funkcjonalne skrzyżowanie medium społecznościowego z czymś w rodzaju Amazona i Ebaya jednocześnie. WeChat ma też oczywiście własną aplikację randkową - czyli odpowiednik Tindera. To za jego pomocą Chińczycy najczęściej zamawiają taksówki albo auta z Didi, czyli chińskiego odpowiednika Ubera.

Zarazem jednak WeChat to także bardzo zaawansowany system płatności i bankowości elektronicznej - taki, który się dopiero marzy najnowocześniejszym bankom Europy. Za pośrednictwem WeChata można zapłacić za zakupy w sklepie na rogu, można też przelać komuś pieniądze, czy przyjąć wynagrodzenie za pracę. To tam też najwygodniej jest wziąć kredyt czy chwilówkę. Tę ostatnią przyzna błyskawicznie odpowiedni algorytm. Rzecz jasna, szczegóły każdej transakcji trafiają na serwery Tencenu - a tym samym w ręce służb.

Kij i marchewka

Współczesny chiński cyfrowy totalitaryzm nie poprzestaje na cenzurze i ograniczaniu dostępu do treści. Nie zadowala go też samo śledzenie użytkowników sieci. Chiński Wielki Brat sięga o wiele dalej i stworzył już narzędzia bardzo bezpośredniego oddziaływania na obywateli.

W chińskich pociągach dużych prędkości można usłyszeć następujący komunikat: „Osoby podróżujące bez biletu, zachowujące się niepoprawnie albo palące w miejscach publicznych zostaną ukarane zgodnie z obowiązującym prawem. Jeśli chcesz uniknąć negatywnego wpisu w swojej historii kredytowej, postępuj zgodnie z przepisami” - dokładnie taką treść komunikatu nagrał jesienią brytyjski dziennikarz James O’Malley. Publikując nagranie, określił je mianem „dystopijnej wizji przyszłości”. Tyle tylko że w Chinach ta dystopia to już teraźniejszość.

Chiny mają ok. 1,38 mld mieszkańców. A ponad miliard z nich to użytkownicy WeChata, sieci kontrolowanej w pełni przez władze

Za zachodnią dystopijną wizję przyszłości można za to uznać znakomity brytyjski serial „Czarne Lustro”. Każdy odcinek to osobna, zamknięta historia o mocno antyutopijnym charakterze, na przykład „Na łeb, na szyję” (sezon 3. Odcinek 1) to opowieść o świecie, w którym o zakresie praw obywatelskich decyduje poziom ocen danej osoby w mediach społecznościowych. W innych odcinkach widzimy inne wizje przyszłości, w których zaawansowane narzędzia cyfrowej kontroli stają się kluczem do władzy totalnej albo systemów powszechnej inwigilacji, o których nawet się nie śniło Berii czy Himmlerowi.

Tyle tylko że pierwszy sezon „Czarnego Lustra” miał premierę w 2011 roku. Od tego czasu Chiny zdążyły już wyprzedzić czarnofuturystyczne wizje jego scenarzystów.

Listy hańby

Już w 2016 roku weszły w Chinach w życie nowe regulacje dotyczące zdolności kredytowej obywateli. Wcześniej chińskie banki podchodziły do tej kwestii dość podobnie jak ich zachodnie odpowiedniki. Zdolność kredytową mierzono dochodami, posiadanym majątkiem i historią spłat wcześniejszych zobowiązań. Jeśli dobrze zarabiałeś, miałeś stałą pracę, a na twoim koncie nie było jakichś poważniejszych zaległości w spłatach, to mogłeś liczyć na spory kredyt na dobrych warunkach - proste. Zupełnie jak u nas.

Ale to już przeszłość. Bo teraz zdolność kredytowa każdego obywatela Chin to jednocześnie narzędzie w rękach chińskiego państwa. Przepisy mówią wprost - każda krytyka partii komunistycznej może skutkować obniżeniem zdolności kredytowej. Podobnie rzecz się ma ze wszystkimi zakłóceniami porządku czy przestępstwami. Ale to nie koniec - bo zdolność kredytową może obniżyć również cały katalog zachowań niepożądanych. Nałogowo grasz w gry komputerowe? Kupujesz sporo alkoholu? Publikujesz fake newsy (oczywiście według partii komunistycznej) albo awanturujesz się w sieci? Nie zapłaciłeś za telefon w terminie? Kłóciłeś się o mandat za złe parkowanie? Byłeś niecierpliwy w urzędzie? Masz znajomych, którzy podpadli partii? A może nie spłacasz długów? To będziesz miał problem. I to ogromny problem.

Już teraz każdy, kto trafił na zawartą w tym systemie czarną listę, doświadcza licznych nieprzyjemności. Nie wolno mu podróżować samolotami ani pociągami dużych prędkości. Nie ma prawa do noclegu w cztero- i pięciogwiazdkowych hotelach. Nie może kupować produktów luksusowych. Ta czarna lista miała początkowo być batem na dłużników niewywiązujących się ze zobowiązań. Obecnie jednak niemal na pewno trafiają na nią również krytycy partii komunistycznej czy osoby uważane przez nią za niebezpieczne. Do kwietnia 2018 roku system zablokował już około 11 milionów prób kupienia biletów na samolot i około 4 mln prób kupienia biletów na szybkie pociągi. A myśli chińskiego Wielkiego Brata są już dużo, dużo dalej.

W 2020 roku program oceny zdolności kredytowej pod kątem interesów chińskiego państwa ma stać się tylko jedną z części o wiele potężniejszego systemu Obywatelskiej Oceny Punktowej.

Następny etap antyutopii

Tym razem nie będzie chodziło już tylko o kredyty. Obecnie na potrzeby systemu powstaje gigantyczna baza danych o obywatelach Chin - baza, która ma w założeniu zawierać informacje o dosłownie każdym ich kroku, o każdej podjętej przez nich decyzji, o wyborach, sympatiach i antypatiach. Dane ściągane są z WeChata, ale także z serwisu Alibaba (coś jak chiński Amazon) czy AliExpress oraz z serwerów właściwie każdej większej chińskiej firmy technologicznej.

Na podstawie tych danych Chińczycy będą otrzymywać oceny punktowe - maksimum to 800 punktów. Ta ocena będzie całkowicie i dosłownie decydować o ich miejscu na społecznej drabinie.

Kto przekroczy 650 punktów, wejdzie do elity i uzyska różne przywileje, dodajmy - w bardzo kapitalistycznym, jak na państwo rządzone przez partię komunistyczną, stylu. Będzie miał wstęp do saloników VIP na lotniskach i dworcach kolejowych, będzie mógł wypożyczać samochody bez kaucji, otrzyma pierwszeństwo przy aplikowaniu o wyjazd zagraniczny, ba, dostanie również dodatkowe premie przy rekrutacji do pracy. Jego dzieci otrzymają wstęp na elitarne uczelnie, on sam będzie też mógł odwiedzać najlepsze restauracje czy kluby. Jego zdolność kredytowa oczywiście wzrośnie i będzie obliczana z pewnym naddatkiem w stosunku do jego dochodów i zasobów majątkowych.

Szaraki, które nie zdołają osiągnąć 650 punktów, mogą się czuć spokojnie. Wprawdzie dostęp do powyższych nagród będzie dla nich zamknięty, ale też nie powinni się spodziewać kar czy utrudnień w dostępie do kredytów.

Co innego „niegodni zaufania” - najprawdopodobniej ocenieni poniżej 350 punktów. Oni staną się obywatelami trzeciej kategorii, a ich prawa zostaną wydatnie ograniczone. Spadną na nich rozmaite szykany. Nie będą mieli nawet dostępu do szybkiego internetu, nie mówiąc o możliwości wejścia do modnej knajpy. Nie będzie podróży za granicę, lotów samolotami ani jazdy szybkim pociągiem. Nie będzie kredytów. Dzieci „niegodnych zaufania”, niezależnie od predyspozycji i zdolności, będą miały ograniczony wstęp do szkół średnich, na uniwersytety nie będą mieć wstępu wcale.

System będzie miał charakter totalny i będzie inwigilował Chińczyków na wszystkie możliwe sposoby. Nie przypadkiem chińskie koncerny technologiczne, przy ogromnym wsparciu ze strony władz, pracują nad rozwojem technologii sztucznej inteligencji. To właśnie oparte na niej algorytmy będą współdecydować o ocenie punktowej obywateli, to także one będą przeczesywać chiński cyfrowy świat w coraz bardziej zaawansowany sposób, by nawet między słowami czy wśród niedopowiedzianych znaczeń szukać wrogów partii i potencjalnych „niegodnych zaufania”. W ten sposób Wielki Brat prawie dogoni Orwellowską wizję ścigania „myślozbrodni”.

Partię niezmiernie interesuje również technologia rozpoznawania twarzy - firmom technologicznym otwarcie wyznaczono cel wyprzedzenia konkurencji z Zachodu. Nic dziwnego, w Chinach jest już ponad 800 milionów kamer monitoringu. Włączenie ich do systemu Obywatelskiej Oceny Punktowej pozwoli sięgać tam, gdzie nie sięga sieć. Pozwoli także identyfikować sprawców „zachowań niepożądanych”, do których dojdzie bez użycia smartfonów czy komputerów. Wtedy przed systemem w zasadzie nie będzie ucieczki, jedynym sposobem, by mu się na stałe wymknąć, będzie opuszczenie kraju.

W Chinach właśnie spełnia się technologiczna antyutopia, która zdaje się łączyć w sobie motywy z „Roku 1984”, „Nowego wspaniałego świata” albo „Raportu Mniejszości”, „Czarnego Lustra” czy „Kręgu”. Cyfrowy totalitaryzm nie jest już tylko wizją pisarzy i scenarzystów. Dla Chińczyków stał się rzeczywistością.

POLECAMY:

polecane: FLESZ: Podział Mandatów po wyborach parlamentarnych

Wideo

Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych”i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Komentarze 2

Ta strona jest chroniona przez reCAPTCHA i obowiązują na niej polityka prywatności oraz warunki korzystania z usługi firmy Google. Dodając komentarz, akceptujesz regulamin oraz Politykę Prywatności.

Podaj powód zgłoszenia

n
nieniewolnik

Czyli państwo chińskie samo hoduje sobie wielomilionowego wroga we własnym narodzie. Za 20-30 lat przewiduję wojnę domową. Przypomnę że Chiny to de facto zlepek wielu światów gdzie każdy może się oddzielić od rdzenia w razie problemów gospodarczo-militarnych.

n
normals

wszędzie jest tai sam. w Chinach jako państwie totalitarnym Wielki Brat nie ukrywa, że udaje demokrację ludową natomiast na zachodzie musi działać skrycie i nielegalnie ale robi dokładnie to samo a narzędzia ma nawet lepsze niż jego chiński BRAT.

Dodaj ogłoszenie