Chcą przejąć mandaty po bliskich, którzy zginęli pod Smoleńskiem

Redakcja
Adam Wojnar/Gazeta Krakowska
Rodziny smoleńskie mają w sobie determinację, a niektórzy z nich również poczucie, że etykieta żałobna po smoleńskiej tragedii zobowiązuje. Deklarują, że nie idą więc do parlamentu po to, aby być maszynkami do głosowania i brać diety. O Małgorzacie Szmajdzińskiej, Zuzannie Kurtyce, Beacie Gosiewskiej i Magdalenie Pietrzak-Mercie pisze Anita Czupryn

Nigdy nie kryli, że mają konkretne poglądy polityczne, ale też nigdy wcześniej nie myśleli o tym, aby ubiegać się o mandat parlamentarzysty. Katastrofa smoleńska odmieniła ich sposób widzenia rzeczywistości, obudziła w nich postawę obywatelską. Zdecydowali się uczynić wielki krok: wziąć czynny udział w życiu politycznym. Choć nie są zawodowymi politykami, to wielu z nich ma już niemałe doświadczenie. Brali udział w kampaniach wyborczych swoich małżonków, ba, nawet je przygotowywali. Reprezentowali ich w ważnych, międzynarodowych wydarzeniach politycznych. Pracowali w samorządach, w administracji publicznej, służbie zdrowia, wymiarze sprawiedliwości. Teraz swoją wiedzę i doświadczenie chcą wykorzystać w służbie publicznej.

Małgorzata Szmajdzińska

W poniedziałek wróciła z Dolnego Śląska, okręgu, z którego startuje. Ani razu nie odczuła żadnej agresji czy niechęci, przeciwnie, ludzie okazują jej szacunek i z szacunkiem wspominają jej tragicznie zmarłego męża.

Czytaj też:Żona zginęła pod Smoleńskiem, mąż idzie do Sejmu. Jacek Świat na liście PiS

- To mnie wzmacnia - mówi. Z zawodu prawniczka, ale polityka zawsze była jej bliska. Od 2000 r. jest członkiem SLD. Pracowała w Ministerstwie Sprawiedliwości, gdzie zajmowała się współtworzeniem aktów prawnych. W ubiegłym roku, podobnie jak pięć lat temu, startowała w wyborach do samorządu. - Pewnie gdyby nie to, że mąż był politykiem, nie zdecydowałabym się kandydować. Z jednej strony ważna jest dla mnie spuścizna po mężu, ale z drugiej, mam świadomość, jak dużo można zrobić w parlamencie, i to bez wchodzenia w walkę partyjną. Polityka nie służy do boksowania - mówi.

Po 10 kwietnia 2010 r. przez wiele miesięcy namawiano ją, aby kandydowała. Znajomi, koledzy męża byli przekonani, że sprosta temu zadaniu. Ale, co ciekawe, podobnie uważali zupełnie nieznani jej ludzie, zwłaszcza mieszkańcy Dolnego Śląska (stamtąd startował jej mąż Jerzy Szmajdziński). - Nie chcę mówić, że przychodziły do mnie pielgrzymki, ale tych sygnałów, rozmów, zachęceń było naprawdę wiele - uśmiecha się Małgorzata Szmajdzińska.

Czytaj też:Współpracownicy L. Kaczyńskiego i rodziny ofiar przed posłami na listach PiS

Jedną z osób, z której zdaniem się liczy, jest Janusz Zemke, europoseł, były wiceminister obrony narodowej. Była późna jesień, może zima, w ubiegłym roku, kiedy powiedział jej: "Start w wyborach to twój obowiązek". Podobnie zachęcał ją Wojciech Olejniczak. - Ale gdyby to były tylko namowy ze strony kolegów, gdyby nie było tego pospolitego ruszenia z Dolnego Śląska, rekomendacji rad powiatowych SLD, odwiedzin nieznanych mi wtedy ludzi, zaproszeń na spotkania i uroczystości, słowem, gdyby nie było tej dwutorowości, być może bym się nie zdecydowała na taki krok - dodaje Małgorzata Szmajdzińska. W pracy w parlamencie chciałaby wykorzystać swój zawód prawnika i doświadczenie. Na sercu leży jej sytuacja kobiet. Chce pomagać im w powracaniu do aktywności zawodowej po urodzeniu dzieci. Priorytetowe znaczenie ma dla niej sprawa dostępności do żłobków i przedszkoli.

Myśli, że mąż, gdyby żył, pewnie zaakceptowałby jej decyzję. - I jeśli patrzy na mnie z góry, to się cieszy. Zawsze przecież patrzyliśmy w jednym kierunku. Ale choć mieliśmy jeden, wspólny system wartości, podobny stosunek do ludzi, to jednak byliśmy różni. Mąż miał inny charakter. Był jak skała. Na pewno będę czerpała, zresztą już czerpię, z jego wspaniałych kontaktów - zdradza.
W jej kampanię zaangażowała się Jolanta Kwaśniewska - nagrała wspierający Szmajdzińską spot.

Czytaj też:Na listach PiS zakon PC i rodziny ofiar. Ziobryści zmarginalizowani

Podobnie Lidia Geringer de Oedenberg, europarlamentarzystka, a prywatnie koleżanka Małgorzaty Szmajdzińskiej ze szczepu harcerskiego, która stoi na czele jej komitetu. - Nie widzę nic złego w tym, że większość z nas, rodzin smoleńskich, pozostała wierna partii, jaką reprezentowali nasi małżonkowie. Każdy z nas chce kontynuować ich aktywność i utrzymać ich spuściznę. Tylko że ja sprawę katastrofy smoleńskiej oddzielam od pracy parlamentarnej. Zajmują się nią organa państwa i one będą z tego rozliczane. Osoby, które startują z list PiS, akcentują to, że idą do wyborów, aby katastrofę wyjaśnić. W moim przekonaniu nie ma to nic wspólnego z działalnością parlamentarną.

Zuzanna Kurtyka

W ostatnim czasie bardzo intensywnie odczuwa w swoim życiu tę wielką przemianę, przez którą ma wrażenie, jakby funkcjonowała przeniesiona do zupełnie innego świata. - I to nie na swoją prośbę - podkreśla. Mąż pewnie byłby dumny, że chce wejść do polityki, ale może też miałby obawy, jak sobie ona poradzi, jak poukłada sprawy rodzinne, bo przecież dla nich obojga wartością zawsze była rodzina, dzieci. Tak sobie o tym myśli, ale rośnie w niej przekonanie, że da sobie radę.

Czytaj też:Żona zginęła pod Smoleńskiem, mąż idzie do Sejmu. Jacek Świat na liście PiS

Na start w wyborach zdecydowała się późno: dopiero w sierpniu, po rozmowach z dyrekcją szpitala, w którym pracuje jako lekarz. Okazało się, że jest szansa na to, aby nadal mogła pracować w szpitalu na część etatu, bo o tym, aby całkowicie zrezygnować z leczenia dzieci, myśleć nie chciała.

- Moja decyzja wynika z sytuacji życiowej, w jakiej się znalazłam po 10 kwietnia 2010 r. Doszłam do wniosku, że skoro skończyło się moje życie z mężem, a to miało dla mnie największą wartość i jest to sytuacja nieodwracalna, postanowiłam realizować coś na rzecz innych, bo dla siebie już nie potrafię. Chcąc nie chcąc, zetknęłam się przecież z polityką, często z tą jej najgorszą stroną. Nic mi nie było oszczędzone. To też powodowało, że z mężem musieliśmy być bardzo blisko. Bez końca wiedliśmy rozmowy, uczestniczyłam we wszystkim, co robił. Oczywiście, stałam z boku, ale jednocześnie silnie doświadczając tych wszystkich aspektów życia publicznego - mówi Zuzanna Kurtyka. Kiedy znajomi dowiedzieli się, że zastanawia się nad pracą w służbie publicznej, by znaleźć swój cel, próbowali ją zniechęcić. Mówili, żeby nie marnowała siebie, że szkoda czasu na rozgrywki i układy, że polityka nie jest na jej siły. Bo zawsze patrzyła na świat w sposób idealistyczny, ale to, co się stało po 10 kwietnia, ujawniło jej nowe, inne oblicze, którego nawet się nie spodziewała. - Okazało się, że wcale nie jestem taka słaba, że umiem sobie radzić z przeciwnościami, nie tracę głowy i posiadam siłę, by bronić wartości, które są ważne, i to bronić ich do końca. Z całą intensywnością ujrzałam też słabość państwa. To, jak traktuje się obywateli, nie tylko jeśli chodzi o katastrofę smoleńską, ale też w służbie zdrowia, w edukacji, jak traktuje się rodziny - mówi. Nie pamięta momentu, kiedy zaczęli odwiedzać ją ludzie. Przyjeżdżali z innych miast, opowiadali o swoich skomplikowanych problemach, w niej - zdruzgotanej bólem i żałobą - czuli siłę i prosili ją o wsparcie. - To podziałało na mnie jak imperatyw moralny. To zobowiązuje - wierzę, że mogę pomóc tym ludziom.

Czytaj też:Współpracownicy L. Kaczyńskiego i rodziny ofiar przed posłami na listach PiS

Na swojej stronie internetowej zamieściła program wyborczy. Jest lekarzem, więc chciałaby się zająć przede wszystkim służbą zdrowia. Dąży do likwidacji NFZ. - Nie wiem, czy katastrofa smoleńska pomoże nam w wyborach. Ale z mojej strony jest to też próba kontynuacji działalności mojego męża - mówi. - Nie będę się odżegnywać od katastrofy smoleńskiej, bo moim moralnym obowiązkiem są, wobec tych, którzy zginęli, ale też sierot, które zostały, pomoc i wsparcie. To zobowiązanie najwyższej rangi i wartości - mówi.
Beata Gosiewska
Decyzja o jej starcie w wyborach ostatecznie zapadła tydzień temu. Beata Gosiewska już rozpoczęła kampanię. W ostatni weekend objechała swój okręg wyborczy w Świętokrzyskiem. Działała tak jak jej tragicznie zmarły w katastrofie smoleńskiej mąż Przemysław Gosiewski, czyli według kalendarza, w którym miała wszystkie zajęcia rozpisane z dokładnością co do minuty. W sobotę zbierała podpisy pod swoją kandydaturą do Senatu. Niedzielę rozpoczęła od dożynek w powiecie sandomierskim. Na koniec zawitała do Skarżyska - na imprezę zorganizowaną z okazji pożegnania lata. - Tak działał mój mąż, chciał być jak najbliżej ludzi. I ja chcę pracować tak samo - tłumaczy.

Czytaj też:Współpracownicy L. Kaczyńskiego i rodziny ofiar przed posłami na listach PiS

W regionie świętokrzyskim czuje się tak jak u siebie w domu. - Ludzie witają się ze mną serdecznie, chcą rozmawiać. Jeden przez drugiego z dumą w głosie relacjonują, jak wiele dobrego zrobił dla województwa ich kochany wicepremier. Zapraszają do domów, na herbatę, ciasto, wspomnienia. To wszystko powoduje, że dosłownie skrzydła rosną mi u ramion - uśmiecha się ciepło Beata Gosiewska.

Ma świadomość, że potrzebuje dużo siły. Bo kampania, choć krótka, będzie intensywna. - Chcę, tak jak mąż, dotrzeć do wszystkich mieszkańców mojego okręgu wyborczego - zapewnia. Sztab Gosiewskiej to w dużej mierze przyjaciele jej i jej męża. Każdy z nich ma na swym koncie pracę przy przynajmniej kilku kampaniach. - Przedtem wspierali mojego męża. Teraz są dla mnie. Mają wiele energii i optymizmu, a takie nastawienie w kampanii to wstęp do drogi po zwycięstwo - mówi Beata Gosiewska. Zdecydowanym tonem wyjaśnia, że doskonale wie, w jakim kierunku chce działać, gdyby wolą wyborców została senatorem. - Znam wszystkie strategie i plany Przemka.

Często byłam pierwszym recenzentem jego zamierzeń. Jego praca dla Polski była częścią naszego życia. Czasem nawet żartowałam, że dom jest jego drugą kancelarią. Teraz na biurku zostały papiery, niedokończone notatki. Chcę w pełni zrealizować plany mojego męża - podkreśla. Twierdzi, że po 10 kwietnia zobaczyła, jak urzędy, które powinny być apolityczne, nie służą mieszkańcom, a są wykorzystywane przez partię rządzącą. - My z mężem mieliśmy wspólny pogląd na to, że państwo ma zabezpieczyć podstawowe potrzeby obywateli, budować potrzebne inwestycje i dbać, aby ludziom żyło się godnie. Jeżeli przedstawiciele rodzin smoleńskich znajdą się w parlamencie, będą mieli też mandat do tego, aby wyjaśnić sprawę katastrofy smoleńskiej. Na razie jesteśmy świadkami, jak przedstawiciele państwa poza kamerami wzruszają ramionami i mówią nam: "To nie nasza wina, to wina Rosji". I szukają kozłów ofiarnych czy to w wojsku, czy wśród samych ofiar. Takiej władzy jak ta obecna mówię "nie" - oznajmia twardo.

Czytaj też:Żona zginęła pod Smoleńskiem, mąż idzie do Sejmu. Jacek Świat na liście PiS

Beata Gosiewska ma wykształcenie rolniczo-ekonomiczne, zna kwestie związanie z programami i dotacjami unijnymi dla polskiej wsi. Jako senator chciałaby pracować w Komisji Rolnictwa i dbać o świętokrzyskie wsie. Od 2002 r. jest samorządowcem, członkiem komisji budżetu i finansów, wcześniej była przewodniczącą komisji oświaty, kultury, sportu i rekreacji. - Byłam żoną posła, ministra, wicepremiera. To oznaczało żyć z polityką na co dzień. Zresztą cała rodzina poniekąd pełniła ten mandat. Nawet dzieci chłonęły politykę jak gąbka - mówi.

Magdalena Pietrzak-Merta

Życie nie pozwoliło nam się zamknąć w skorupie bólu, w głębokiej żałobie - mówi. Doświadczenia związane z pracą zespołu parlamentarnego ds. wyjaśnienia katastrofy smoleńskiej i uczestnictwo w tych pracach dały jej możliwość przyjrzenia się, jak wiele można zdziałać, kiedy jest się członkiem parlamentu. - Część z nas kandydowanie w wyborach traktuje jako dopełnienie testamentu tych, którzy w katastrofie zginęli - podkreśla. - Bliskie były nam ich ideały i ich praca. Za moją decyzją o kandydowaniu stoi też dobre doświadczenie Alicji Zając, która po śmierci męża przejęła jego mandat - dodaje.

Magdalena Pietrzak-Merta zaznacza jednak, że katastrofa smoleńska nie będzie sztandarem jej kampanii. - Polska stoi przed znacznie większymi problemami, choć pewnie nie ma rodziny, która by nie chciała poznać wszystkich przyczyn katastrofy. Ale nie tylko to nas, startujących w tych wyborach, interesuje - mówi.

Magdalena Pietrzak-Merta była szefową wojewódzkiego wydziału opieki społecznej, wiceburmistrzem dzielnicy Ochota. - Na dobrą sprawę nikt z nas wcześniej nie stał wyłącznie na uboczu polityki. Ani Beata Gosiewska, która była radną dzielnicy Wola, ani radny Andrzej Melak, ale to była praca samorządowa, nie parlamentarna. Pracowaliśmy ponad podziałami politycznymi, dla dobra mieszkańców. Teraz nadszedł czas, aby te wiedzę i doświadczenie przenieść na rozleglejszy grunt - oznajmia.

Jest za tym, aby dać rodzicom prawo wyboru, kiedy chcą posłać swoje dzieci do szkoły. I w tych aspektach, które, jak uważa, traktowane są po macoszemu, widzi swoją pracę w parlamencie. Jej wielką pasją są też sprawy kombatantów, od lat zajmuje się żołnierzami AK. Według niej Polska nie traktuje swoich bohaterów z należytym szacunkiem. - Brakuje im na leki, brak dla nich miejsc w domach społecznych, a przecież oni, z krzyżami Virtuti Militari na piersiach, już swoje w PRL wycierpieli - mówi. Kampanii jeszcze nie rozpoczęła na dobre, nie planuje też wzorem wielu kandydatów tworzyć profilu na portalu społecznościowym Facebook. Ale założy stronę internetową, na której przedstawi swój program.

Cały tekst przeczytasz w weekendowym wydaniu "Polski" lub na stronie prasa24.pl.

Anita Czupryn

Wideo

Komentarze 4

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

d
długo_pis

lekkie zycie p.osła jak widac bardziej odpowiada klanom politycznym niz codzienna mozolna praca i poranne wstawanie... i chyba o to trwa walka w wiejskim parlamencie

opowieści bez treści

coś bredzą o jakiejś spuściźnie po zmarłych mężach, którą chcą kontynuować ,o jakimś politycznym testamencie i innych podobnych głupotach. A ich mężowie byli po prostu posłami, urzędnikami, których los zawiódł do polityki i w niej funkcjonowali. Nie ma czego kontynuować. Nie byli wybitnymi postaciami, wizjonerami, reformatorami czy przywódcami. Katastrofa smoleńska stworzyła ich żonom szansę zaistnienia w polityce i one z tej szansy korzystają. I tylko tyle.

z
zdumiona

W sieci można znaleźć wiele informacji o tym, że mąż ją rzucił dla redaktorki Gazety Polskiej Katarzyny Hejke i rozwód był w toku. Kurtyka miał spocząć w panteonie wybitnych polaków w kościele św. Piotra i Pawła w Krakowie ale kuria wycofała się z tego pomysłu, mimo że były już rozesłane zaproszenia na uroczystość. Być może ze względu na tę nieciekawą sytuację rodzinną. Czyli skandal za skandalem a ta jak nigdy nic udaje, że wiodła spokojne życie u boku męża. I teraz ta szczera i prawdomówna inaczej osoba aspiruje do tego aby być posłem. Ręce opadają.

Ż
Żaden lekarz chałupnik

Pomagali współmałżonkom w kampani wyborczej a więc mają doświadczenie i mogą z powodzeniem uprawiać politykę dla dobra rodaków. Ja pomagałem swojej przyszłej małżonce w ukończeniu studiów medycznych - więc z powodzeniem moge leczyć pacjentów - nie majac o tym zielonego pojęcia. Wszystkim pacjentom życzę zdrowia i zapewniam, że nie będę ich leczył.

Dodaj ogłoszenie