Cezary Kulesza specjalnie dla nas: Chcę być prezesem dialogu. Po pierwsze: reprezentacja. Po drugie i może ważniejsze: szkolenie!

Adam Godlewski
Adam Godlewski
Cezary Kulesza ma zupełnie inną wizję prezesury w PZPN od poprzednika. Dotychczasowy one-man show chce zamienić na grę zespołową.
Cezary Kulesza ma zupełnie inną wizję prezesury w PZPN od poprzednika. Dotychczasowy one-man show chce zamienić na grę zespołową. fot. adam jankowski / polska press
Nowy prezes PZPN, 59-letni Cezary Kulesza w ekskluzywnym wywiadzie nakreśla priorytety rozpoczętej kadencji. Mówi o swym pomyśle na prezesurę, budowie siedziby, a przede wszystkim o naprawie – a w zasadzie to stworzeniu – systemu szkolenia. Także o niezbędnych zmianach w administracji związku oraz... ekstraklasie, czy aktywności naszej federacji na arenie międzynarodowej przez najbliższe 4 lata. Podkreśla także to, czym odróżnia się od poprzednika na stanowisku szefa związku, Zbigniewa Bońka.

Adam GODLEWSKI: - Jest pan człowiekiem sukcesu, zarówno w biznesie, jak i w sporcie. Po co panu taki kłopot, jak prezesura w PZPN?

Cezary KULESZA: - To oczywiście nie kłopot, a kolejne wyzwanie. Przez 11 lat byłem prezesem Jagiellonii Białystok, po drodze znalazłem się w zarządzie związku, a ostatnie 5 lat pracowałem już w roli wiceprezesa do spraw piłki zawodowej. Można zatem powiedzieć, że dojrzewałem do tej roli i starannie się przygotowywałem. Dużo rozmawiałem z kolegami ze środowiska – zarówno ze związków wojewódzkich, jak i klubów, i to od nich dostałem sygnał, że warto byłoby spróbować powalczyć w wyborach o najwyższy urząd w polskim futbolu. Po długim namyśle uznałem, że to dobry pomysł i podjąłem rękawicę. A jak się już za coś biorę - to na poważnie.

Głosy, że przymierza się pan do startu, pojawiły się już pięć lat temu.
Owszem, ale bardziej były to spekulacje medialne niż sygnały ze środowiska, że mogę, czy wręcz powinienem wystartować. Zresztą wtedy nie byłem jeszcze gotowy, i nie czułem się do końca spełniony jako działacz klubowy. Dlatego nie budowałem żadnych koalicji, do luźnych sugestii nie podchodziłem poważnie. Zdawałem sobie sprawę, że to jeszcze nie jest mój czas.

Miał pan jednak satysfakcję z tego, że w 2016 roku dostał więcej głosów niż Zbigniew Boniek. I dzielił się tą radością ze znajomymi.
Może nie była to satysfakcja, ale owszem, zdarzyło mi się podkreślić ten fakt. Pamiętajmy jednak, że Zbigniew Boniek startował wówczas na prezesa, a ja na jego zastępcę do spraw piłki zawodowej. Zatem bezpośrednio nie konkurowaliśmy. Na pewno jednak był to czytelny sygnał, że mam poparcie w środowisku, które z czasem może być jeszcze większe.

Wracam zatem do pytania, po co panu - człowiekowi majętnemu, zrealizowanemu w piłce klubowej – ta prezesura? Chodzi o władzę, czy może bardziej o prestiż z nią związany?
Po pierwsze, w Jagiellonii osiągnąłem na pewno dużo, ale można było powalczyć jeszcze o coś więcej. A że jestem ambitny, uznałem, że mogę skutecznie działać na jeszcze większej arenie. Mam świadomość, że rzucam się na głęboką wodę, ale przecież w futbolu obecny jestem nie od 11 lat, tylko znacznie dłużej. Kiedyś próbowałem przecież grać w piłkę, uganiałem się za nią od małego dziecka, a w apogeum dane mi było zagrać w finale Pucharu Polski. Futbol to moje naturalne środowisko, robię to, co lubię, i dobrze się tu czuję. Po prostu.

Jak ocenia pan zakończoną w środę 18 sierpnia kampanię? Miała być wyjątkowo brutalna, brudna, tymczasem okazała się wyjątkowo spokojna.
Także słyszałem przestrogi, że będzie to ciężka kampania, i żebym się na nią odpowiednio przygotował. Zresztą, rozmowy z moim zespołem, z którym pracowałem przez ostatnie miesiące także rozpocząłem od tego wątku. Specjaliści zapytali wprost, czy jestem gotów na taką konfrontację i czy będę miał dostatecznie grubą skórę. Zadeklarowałem, że będę gotów na wszystko – co ewentualnie pojawi się w przestrzeni publicznej – wziąć na klatę. Osobiście przyjąłem taką taktykę, że zajmuję się wyłącznie sobą. To znaczy nie będę w ogóle odnosił się do kontrkandydatów; nie będę krytykował, ani chwalił. I tego trzymałem się do dnia wyborów.

Nie chwalił pan także siebie. Nie ukrywam, że spodziewałem, iż będzie się pan przedstawiał jako człowiek sukcesu, który w roli prezesa i współwłaściciela Jagiellonii osiągnął co najmniej dwa więcej niż Boniek z Markiem Koźmińskim razem wzięci odpowiednio w Widzewie i Górniku Zabrze.
Nie chciałem się chwalić. Uznałem, że nasze futbolowe środowisko, a w zasadzie to delegaci, samo doskonale oceni i doceni, kto i ile zrobił w polskim futbolu. Taki mam charakter, że wolę, aby noty wystawiali mi inni. Prawda jest zresztą taka, że ludziom ze środowiska nie musiałem tego przypominać.

Jaką ma pan wizję prezesury? Pytam, gdyż środowisko jest wyraźnie zmęczone dyktatorskim, autorytarnym sposobem sprawowania rządów przez Bońka
Nie chcę publicznie oceniać Zbyszka, przecież ja też byłem w tym PZPN, którym on zarządzał. Niektóre aspekty działania związku będę chciał oczywiście zmienić, ulepszyć, ale na pewno nie w sposób rewolucyjny. Ze swojej strony obiecuję ciężką pracę i pełne zaangażowanie, ale nie będę udawał, że najlepiej znam się na każdym temacie. Zamierzam otoczyć się kompetentnymi współpracownikami i powierzyć im pełną odpowiedzialność za konkretne działy. Wspólnie chcemy napisać zupełnie nową, lepszą historię największego sportowego związku w Polsce.

Przeprowadzi się pan do Warszawy? Co z pańskimi biznesami?
Biznesy są tak poukładane, że menedżerowie, którzy nimi zarządzają, wiedzą, co mają robić. I nie wymagają mojej codziennej kontroli. Zatem zakładam, że mogę przeprowadzić się do Warszawy. Jestem w trakcie przekazywania udziałów w Jagiellonii, przepisy zabraniają łączenia posady prezesa PZPN z akcjonariatem w sportowej spółce. Mam na to trzydzieści dni od wyboru, zatem to na dziś najpilniejsza sprawa, ale na pewno wyrobię się.

Boniek błyszczał w mediach, pan jest zupełnie innym typem, bez parcia na szkło. Po wyborze na prezesa to się zmieni?
Zbigniew Boniek to prawdziwa osobowość medialna. Ja mam inny styl pracy. Zdaję sobie jednak sprawę, że moje nowe stanowisko będzie wymagało kontaktu z mediami na co dzień. Zatem chował się nie będę, będę rozmawiał, będę udzielał wywiadów. Na pewno jednak nie codziennie, i nie po pięć naraz. Jest sporo pracy do wykonania, zatem dziennikarze powinni to zrozumieć.

Boniek zaczął swoją pierwszą kadencję od gruntownego audytu. Pan także ma pomysł na zrobienie bilansu otwarcia?
Nie myślałem o tym, ale jeśli moi ludzie, po spojrzeniu w dokumenty uznają, że jest taka potrzeba, to przeprowadzimy audyt.

Czyim kandydatem był pan w pierwszej kolejności - klubów zawodowych, czy związków wojewódzkich? I o czyje interesy zadba w pierwszej kolejności?
Rozumiem, że pije pan do tego, że Marek podobno miał być kandydatem wojewódzkich związków, a ja klubów. Okazało się jednak, że jestem kandydatem obu stron. Przekonałem do siebie przedstawicieli aż 13 związków wojewódzkich, i wszystkich od razu chciałem zagospodarować, żeby nikt nie musiał czekać na ławce rezerwowych. Dostałem duży kredyt zaufania, i zamierzam ten entuzjazm środowiska wykorzystać. Bez stosowania podziałów – na związki i kluby. Będę starał się być prezesem takim, który będzie rozmawiał z całym piłkarskim środowiskiem. Będę słuchał, będę rozmawiał, będę wyciągał wnioski. Tak to sobie wyobrażam, chcę być prezesem dialogu.

W ekstraklasie jest 18 zespołów po ostatniej reformie Bońka. Nie za dużo?
To nowy projekt, zatem musimy zobaczyć, jak zafunkcjonuje w praktyce. Ekstraklasa będzie sama decydowała, czy zechce grać w systemie ESA 34, czy raczej w ESA 30. Nie będę narzucał konkretnych rozwiązań. Skoro właściciele klubów dają pieniądze na działalność, powinni mieć wpływ na kształt rozgrywek. I w ogóle na realia, w jakich funkcjonują zawodowe zespoły.

Zastanawiał się pan nad kwestą zmiany przepisu o konieczności wystawiania młodzieżowca? Kluby się skarżą, przede wszystkim zaś trenerzy, że rozwiązanie narzucone przez Bońka mocno wszystkich uwiera. Jeśli padnie konkretna propozycja rozwiązania tego problemu…
… to na pewno nie będę blokował Ekstraklasy. Jeśli przedstawiciele ligi przyjdą z lepszym pomysłem niż obecnie funkcjonujący, to z pewnością zostaną wysłuchani. A jeśli mnie przekonają, będą mogli liczyć na moją rekomendacją na zarządzie, który zgodnie ze statutem musi zatwierdzać wszystkie zmiany dotyczące regulaminu rozgrywek.

Największym problemem kończącej się kadencji jest szkolenie. I najlepszym - choć po prawdzie to najgorszym z możliwych - podsumowaniem, podwójnej kadencji Bońka jest 1:10 reprezentacji Polski z Niemcami w kategorii juniorów. Rozumiem, że nowy prezes przychodzi z gotową receptą na likwidację tego cywilizacyjnego zapóźnienia?
W kilku słowach nie da się powiedzieć, jak to zrobimy. Najpierw przewiduję szeroką debatę nad wyborem najlepszego - w naszym klimacie - modelu szkolenia, a później wszystkie najlepsze siły rzucimy na ten odcinek. Oczywiście boli ten wynik 1:10, mecz trwał 80 minut, więc co 8 minut padała bramka dla rywali. To tak nie powinno, a nawet nie ma prawa wyglądać. W Białymstoku mamy dobrą akademię, którą stworzyliśmy od podstaw, w CLJ występuje pięć zespołów Jagiellonii, ale to nie oznacza, że wypracowane w podlaskim klubie, którym zarządzałem wzorce można przełożyć 1:1 na cały kraj. Jest w polskim futbolu dużo zdolnych ludzi, którym zależy na poprawie szkolenia. Chcę im dać działać. Wiceprezesem ds. szkolenia został właśnie taki człowiek – Maciej Mateńko liczę, że wraz z innymi specjalistami przygotuje spójny program szkolenia, taki w sam raz do zastosowania pod naszą szerokością geograficzną. Uwzględniający naszą mentalność, preferencje i warunki życia w Polsce.

Do pracy z pierwszą reprezentacją Polski został zatrudniony obcokrajowiec, który słabo czuje nasze realia. Jakie będą dalsze losy selekcjonera Paulo Sousy?
Portugalczyk ma ważną umowę, w której jest taki zapis, że jeśli nie awansujemy na mistrzostwa świata, to kontrakt automatycznie się rozwiązuje. Przypadkowo i krótko widzieliśmy się z selekcjonerem na meczu pucharowym Legii Warszawa w kwalifikacjach Ligi Mistrzów, i chwilę porozmawialiśmy. Do jesiennych meczów nie ma sensu niczego zmieniać, a jeśli potem nadal zachowamy szansę na awans przynajmniej do strefy barażowej, jestem zdania, że trener Sousa powinien dokończyć to, co zaczął.

Czy w pańskim odczuciu gra reprezentacji Polski na mistrzostwach Europy rokowała w jakikolwiek sposób?
Nie będę tego szczegółowo oceniał, wszyscy jedziemy przecież na tym samym wózku. Błędy trenera na pewno też były, no bo gdyby nie było błędów, to wyszlibyśmy z grupy. Nie będę także ingerował w sztab, uważam, że dowoływanie teraz do zespołu Sousy jakiegoś polskiego trenera mija się z celem. To jest zbyt krótki okres na jakiekolwiek modyfikacje. Gdyby była mowa o dwóch miesiącach, to można byłoby nad tym pomyśleć. Maciej Stolarczyk i Marcin Dorna współpracują zresztą z Portugalczykiem. I niech tak zostanie, na finiszu eliminacji nie ma sensu majstrować przy reprezentacji.

Kiedyś PZPN funkcjonował jak stowarzyszenie, którym pozostaje, Boniek zmienił związek w korporację. Jak będzie wyglądało administrowanie federacją u Kuleszy?
Struktury, generalnie, się nie zmienią. Zmienią się za to na pewno personalia. Są osoby, które nie będą chciały ze mną pracować, niektóre same złożyły przecież rezygnacje, jeszcze przed moim wyborem. Zrobimy gruntowny przegląd pozostałych kadr, ale rewolucji nie przewiduję. To w sumie normalna kolej rzeczy, normalne procedury.

Był pan zaskoczony tym, że Koźmiński przyszedł do pana po prośbie na finiszu kampanii?
W jakimś stopniu na pewno tak, bo wcześniej byłem dość mocno atakowany przez Marka, ale rozumiem, że chciał po prostu dalej działać we władzach PZPN.

Czemu się nie dogadaliście?
Marek był zakładnikiem swojej drużyny, a ja swojej. Jego obecność i ludzi, których rekomendował na moich ewentualnych współpracowników rozbiłaby jedność w moich szeregach. Na to nie mogłem sobie pozwolić. Niektórzy stronnicy Koźmińskiego nie zmieścili się w 18-osobowym zarządzie, ale nawet jeśli ktoś był przeciwko mnie, nadal będę traktował go jak partnera. Nie mam nic na przykład do Andrzeja Padewskiego, prezesa związku z Wrocławia, zwolennika Marka, a wcześniej Zbyszka Bońka, że wybrał inną opcję. To jego prawo. Uważam, że to mądry działacz i zawsze będę go szanował.

Rozumiem zatem, że jeśli przyjdzie z ideą, że chciałbym organizować mistrzostwa Polski oldboyów, i rozsądnie to uargumentuje, to reakcja prezesa Kuleszy będzie na tak.
Oczywiście.

Jedną z największych porażek ekipy Bońka jest brak siedziby, której budowa była zapowiadana w pierwszej kadencji. Jak na tę kwestię zapatruje się nowy prezes PZPN?
Uważam, że warto do tego tematu wrócić. Polski Związek Piłki Nożnej – co podkreślam – jest dużym związkiem, liczymy się w Europie i własna siedziba na pewno by się przydała. Z tyłu głowy mam na to pomysł, nie wiem tylko jeszcze, czy na działce kupionej w czasach prezesury Grzegorza Laty. Nie wiem bowiem, czy nie zmienił się plan zagospodarowania przestrzennego w tamtym rejonie. Wiem natomiast, że warto byłoby postawić taki budynek od podstaw, pod konkretne potrzeby PZPN. Choć gdyby ktoś wyszukał nadającą się nieruchomość – w dobrym punkcie Warszawy i w atrakcyjnej cenie – to nad projektem zakupu także moja ekipa z pewnością by się pochyliła. Słyszałem, że na pewnym etapie działalności poprzednich władz pojawiła się koncepcja wykupienia obiektów COS, znajdujących się na tyłach Stadionu Narodowego, muszę zapytać prezesa Bońka, czemu ten pomysł upadł.

Planuje pan długą, merytoryczną rozmowę z poprzednikiem dotyczącą także innych aspektów funkcjonowania związku?
Często rozmawiamy, również telefonicznie. I na naszej linii nie ma zakłóceń. Nie widziałem przeciwwskazań, żeby zjazd wybrał Zbyszka na prezesa honorowego. Dwa razy wprowadził przecież reprezentację Polski na mistrzostwa Europy, a także na mistrzostwa świata. To niepodważalny argument.

A ja myślałem, że to Adam Nawałka i Jerzy Brzęczek powinni sobie przypisywać te awanse…
To prezes zawsze jest głową, bo to on stwarza warunki, w jakich funkcjonuje kadra narodowa. I to on zatrudnia selekcjonerów.

Jak wyobraża pan sobie współpracę na polu międzynarodowym z Bońkiem, wiceprezydentem UEFA?
Zbigniew Boniek zadeklarował, że w każdej kwestii, w której będzie mógł – pomoże nam. Polska musi być rozpatrywana jako poważny gracz, poważny partner, nawet prezydent UEFA powinien zatem zabiegać o dobre stosunki z nami. Nie widzę powodu, zwłaszcza mając prezesa Bońka w ścisłym kierownictwie europejskiej federacji, dla którego mielibyśmy być teraz traktowani po macoszemu. Jeśli chodzi o infrastrukturę, plasujemy się w ścisłej czołówce na kontynencie, mamy wiele pięknych stadionów, zakładam zatem, że nadal będą na nich rozgrywane ważne turnieje międzynarodowe różnych kategorii. Kibice powinni być o to spokojni.

Na zjeździe doszło do zgrzytu, członkami honorowymi PZPN zostali ludzie, którzy – na co wskazują dokumenty z IPN – powinni wstydzić się swojej przeszłości. Nie uważa pan, że to wizerunkowy strzał w stopę dla nowego prezesa?
Nie. Żadna z tych osób nie weszła przecież do zarządu, więc nie będę z nimi współpracował. Taka była wola delegatów, a ja w momencie głosowania tej uchwały byłem zwykłym delegatem i dysponowałem jednym głosem. Nie miałem zatem wpływu na ten wybór.

A skoro już o kwestiach wizerunkowych mowa, to czy nie obawia się pan, że po dwóch kolejnych kompromitacjach na dużych turniejach PZPN będzie miał problem z utrzymaniem wpływów od sponsorów na obecnym poziomie?
Na pewno prestiż reprezentacji Polski ucierpiał, a to zawsze było koło zamachowe dla przychodów związku. Po to jednak przyszliśmy do PZPN, żeby pracować także nad wpływami. Jeśli mam być szczery, to nie wiem jeszcze, na jaki okres podpisane są kluczowe umowy sponsorskie, na jakich warunkach i kiedy się skończą. Taka informacja na zarządzie nie była nigdy przekazywana, wszystko będę musiał dopiero sprawdzić wraz z najbliższymi współpracownikami.

Czy będzie spokojnie po wyborach w ekipie Cezarego Kuleszy? W czasie kampanii rozmaite głosy docierały z pańskiego obozu. Choćby o nadmiernych ambicjach Henryka Kuli. Czy już wiadomo kto rozdaje karty w PZPN po wyborach?
Zawsze rządzi prezes, a Henryk jest moim serdecznym kolegą i generalnie dobrze się dogadujemy. Nie ma zgrzytów, nawet jeśli często mówimy do siebie podniesionymi głosami.

Media wychwyciły, że za Kulą stał Andrzej Placzyński niekoniecznie dobrze postrzegany w przestrzeni publicznej. Panu to przeszkadza?
Też znam Andrzeja Placzyńskiego, i także rozmawiam z szefem SportFive o kwestiach związanych z polskim futbolem i przyszłością PZPN. Ta kwestia nie poróżniła nas zatem, media – i to nawet nie lekko – przesadzały informując, że stała się kością niezgody. Owszem, pamiętam, że dziennikarze przypisali Kuli wręczenie nominacji na sekretarza generalnego, ale proszę pamiętać, że to prezes wskazuje kandydata na tę funkcję, bo jest to – jak to się mówi – jego prawa ręka. Ten obowiązek spoczywa na mojej głowie, ale aby była płynność w okresie przejściowym zadecydowałem, żeby do czasu kolejnego zebrania zarządu pełniącym obowiązki sekretarzem pozostał Maciej Sawicki.

W statucie jest jasno określone, że sekretarz generalny zarabia 75 procent poborów prezesa. Ostatnio zapis był wirtualny, ponieważ – podobno – Boniek sprawował posadę społecznie. Jak będzie w następnej kadencji, czy będzie pan pobierał wynagrodzenie?
Nawet nie wiem, ile zarabia Sawicki, a o tym, czy będę miał pensję, czy powinienem pracować społecznie niech zadecyduje zarząd. Są dwie drogi, na każdą jestem otwarty. To uczciwe rozwiązanie, gdy człowiek za wykonaną pracę otrzymuje wynagrodzenie. Bo gdy go nie pobiera, od razu pojawiają się głosy, że pewnie coś kombinuje na boku. A w każdym razie jest to dziwnie odbierane. Jak jednak powiedziałem – dostosuję się do rozwiązania, które zaproponuje zarząd.

Janusza Basałaj zostanie w PZPN? Dyrektor Departamentu Mediów i Marketingi to kontrowersyjna postać…
Janusz jest nie do zwolnienia, znalazł się w przedemerytalnym wieku ochronnym, więc nie ma o czym dyskutować. Znam Basałaja i nasze relacje zawsze były dobre, ale na temat tego, czy widziałbym go w swojej ekipie, i o ewentualnej roli po zmianie władz PZPN jeszcze z nim nie rozmawiałem. Nie było czasu.

Przychodzi pan z konkretnym planem na najbliższe 4 lata? Co chciałby pan po sobie zostawić?
W pierwszej kolejności – na pewno dobre wyniki sportowe, bo każdy prezes jest oceniany i postrzegany przede wszystkim poprzez pryzmat rezultatów osiąganych przez reprezentację Polski. To będzie priorytet mojej kadencji, nawet jeśli na postawę naszej drużyny narodowej w eliminacjach MŚ 2022 mam znikomy wpływ, czy wręcz żaden. W drugiej – szkolenie i spore zmiany, o których już mówiłem. I wreszcie lepsza i bliższa współpraca na linii kluby i związki. W tym także większe wsparcie dla małych klubów, które stanowią podstawę naszej futbolowej piramidy.

A ma pan pomysł na piłkę kobiecą?
Jest dużo grantów do wzięcia z UEFA i FIFA, zrobiła się moda na żeński futbol i na pewno nie mamy zamiaru jej wyhamowywać. Najprościej byłoby wpisać do podręcznika licencyjnego, że każdy klub ekstraklasowy powinien posiadać sekcję kobiecą i problem byłby w zasadzie rozwiązany z dnia na dzień. Nie wiem tylko, czy taki system nakazowy jest najlepszym rozwiązaniem. Z rozmów z prezesami klubów wiem, że wielu z nich i tak planuje zakładanie żeńskich sekcji. Więc myślę, że zmierza to w dobrym kierunku. Z tego co się orientuję, PZPN przygotował też aplikację o organizację kobiecych mistrzostw Europy w 2025 roku. Na pewno będziemy te działania kontynuować.

Rozmawiał Adam GODLEWSKI

Tokio Raport - rozmowa z Lucyną Kornobys

Wideo

Komentarze 1

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

G
Gość
Polska piłka jeszcze nie otrząsnęła się po ustawionych ponad 500-set meczach. Także środowisku sędziowskiemu można wiele zarzucić. Skandalem jest też reagowanie VAR-oców na opinie i sympatie komentatorów telewizyjnych.
Dodaj ogłoszenie