Celem filmowca musi być widownia, a nie Oscary

    Celem filmowca musi być widownia, a nie Oscary

    Anita Czupryn

    Polska

    Aktualizacja:

    Polska

    Pawlikowski nie wychował się w tym naszym emocjonalnym tyglu, gdzie cały czas wszyscy się kłócą o interpretacje historii - Jacek Bromski, szef Stowarzyszenia Filmowców Polskich, mówi o polskiej kinematografii i filmie "Ida"
    Zrodziła się moda na polskie kino w świecie?
    (śmiech) Nie wiem, czy można tu mówić o modzie.
    A o czym? "Ciało" Małgorzaty Szumowskiej i ona sama święcą triumfy w Berlinie, "Ida" otrzymuje Oscara, obsypany nagrodami film "Bogowie" obejrzało ponad 2 mln widzów.
    Można mówić o tym, że polskie kino ma się coraz lepiej. Jest to wynik tego, że przez 10 lat budowaliśmy infrastrukturę, tak zwany przemysł filmowy.
    Kiedy mówimy o Hollywood, to mówimy, że jest to amerykański przemysł filmowy. A film się na tym przemyśle opiera, bo to jest nie do końca sztuka, ale również przemysł. Bez zapewnionego finansowania, infrastruktury, bez rozwoju studiów dźwiękowych, montażowni, bez wykształcenia fachowców filmów nie da się kręcić. Myśmy mieli straszliwą zapaść tuż przed wprowadzeniem Ustawy o kinematografii, kiedy to minister kultury Andrzej Celiński zlikwidował Komitet Kinematografii, odebrali nam fundusze przeznaczone na komitet, w związku z czym w Polsce powstało siedem filmów fabularnych w ciągu roku. Festiwal w Gdyni trzeba było sztukować filmami telewizyjnymi, nawet teatrami telewizji, żeby zapełnić program. Fachowcy zaczęli od kina odchodzić: pracownicy pomocniczo-twórczy tak zwani, rekwizytorzy, wszyscy ci ludzie, którzy, żeby żyć, muszą się utrzymać - zaczęli szukać innej pracy. Nagle to wszystko zaczęło padać. Dzięki Ustawie o kinematografii, dzięki temu, że powstał system finansowania i Polski Instytut Sztuki Filmowej, przez te 10 lat udało się coraz bardziej i bardziej to kino odbudować od nowa.
    Mówi Pan o tym, co jest techniczne, a ja chciałam się zatrzymać przy objawach, które bym określiła duchem czasu, trendem związanym z nowym pokoleniem, zmianą świadomości.
    Ależ to jedno z drugim się łączy. Pamiętam pokolenie np. Xawerego Żuławskiego. Ci, którzy wtedy kończyli szkoły, nawet nie mieli pomysłu na debiut. Poszli do reklamy, robili seriale, no, mieli dość beznadziejną sytuację i dawali wyraz swojej frustracji.
    Czy można więc mówić dziś o zmianie świadomości, nowym pokoleniu twórców, o innym typie wrażliwości?
    No, tak, ale to byt określa świadomość, jak powiedział klasyk. (śmiech) Przez to, że budując struktury kinematografii, zapewniliśmy młodym twórcom takie warunki, jakich nie mają naprawdę nigdzie na świecie. To, że w Studiu Munka, które powstało w wyniku porozumienia Stowarzyszenia Filmowców Polskich, Ministerstwa Kultury, PISF i telewizji, mogą robić swoje 30-minutowe filmy fabularne, że mają ułatwione dostępy do funduszy na debiuty, że robią filmy dokumentalne. To też działa prawie 10 lat, rocznie produkujemy 30 filmów młodych twórców, debiutantów.
    A w ogóle rocznie powstaje 60 filmów.
    Fabularnych ponad 50. Ale mówię o tej "szkółce", o ludziach, którzy rozwijają się pod skrzydłami starszych kolegów i mają możliwość kręcenia filmów bez specjalnych restrykcji. Nie mają kłopotu. Wystarczy, że przyjdą z pomysłem, ten pomysł znajdzie uznanie i mogą go realizować. Przecież filmy młodych twórców od wielu lat wysyłamy na festiwale i one te festiwale wygrywają. Jeden z nich, krótki fabularny, zdobył nawet nagrodę najlepszego filmu europejskiego. W Krakowie te filmy bez przerwy są nagradzane, na innych festiwalach krótkich filmów również. Byłem na Uniwersytecie w Austin, gdzie jest duży wydział filmowy, miałem tam przez kilka dni wykłady, kiedy opowiadałem studentom o tym, jakie możliwości mają debiutanci czy studenci po szkole u nas, to nie chcieli uwierzyć. To naprawdę jest coś. To jest poligon doświadczalny dla młodych twórców.
    Jak Pan w takim razie przyjął słowa Agnieszki Holland, która powiedziała, że Paweł Pawlikowski musiał przyjechać z zewnątrz do Polski, aby zrobić film "Ida". Trzeba przyjechać z Oksfordu, aby pokazać, jak trzeba robić u nas filmy uniwersalne, które będą docenione przez świat?
    To inna sprawa. Pawlikowski przyjechał z Anglii, żeby zrobić film u nas. Jest Polakiem i czuje, że Polska jest jego ojczyzną, mimo że wyjeżdżał jako nastolatek, całe swoje życie zawodowe spędził w Anglii. I to mu pozwoliło spojrzeć na tę historię bardziej obiektywnie. Myślę, że to kwestia tego, że nie wychował się w tym naszym emocjonalnym tyglu, gdzie cały czas wszyscy się kłócą o interpretacje historii - czy było tak, czy było inaczej. On po prostu potraktował tę historię jako tło i punkt wyjścia do ludzkich tragedii czy ludzkich losów, które się później w konsekwencji tej historycznej zawieruchy snują tak, a nie inaczej. Myślę, że Pawlikowski przez to był w stanie w sposób tak syntetyczny to pokazać. Nie przychodziło mu do głowy bawić się w emocjonalne uzasadnienia tego czy owego. Chodziło mu o dwie bohaterki i o to, co one wyniosły z wojny i z tego okresu powojennego. Nie zapominajmy, że jednak w dalszym ciągu wojna i Holokaust to jest wieczny temat w kinie, bez przerwy istnieje, do niego twórcy wracają, niektórzy koniunkturalnie, ale niektórzy nie. "Pianista" Polańskiego to przecież jego pamiętnik dzieciństwa i to jest film, który również zdobył wszelkie możliwe nagrody na świecie. Podobnie jak "Życie jest piękne" Roberta Benigniego kilka lat wcześniej również dostało Oscara i był odniesieniem się do Holokaustu i historii, choć z zupełnie oryginalnym spojrzeniem na ten temat. Te tematy wracają, bo tkwią ciągle w naszej świadomości, świadomości starszego pokolenia, bo ojciec zginął w Oświęcimiu, inni rodzice poginęli w getcie czy doświadczyli czasów stalinowskich.
    Pojawiają się i takie głosy, że "Ida" jest emanacją polskiej szkoły filmowej, kina moralnego niepokoju, słowiańskiego, siermiężnego, czarno-białego.
    Tak się mówi? Absolutnie się z tym nie zgadzam. "Ida" jest dziełem oryginalnym, w którym język filmowy jest ściśle podporządkowany narracji. I ta skromność oraz konsekwencja stanowią o sile tego filmu. Kino moralnego niepokoju było bliżej publicystyki niż kina i tez niewiele miało wspólnego z tzw. szkołą polską, która była spojrzeniem na historię, ale jednak pewna formą estetyczną. Poza tym kiedy wtedy kręcono filmy, to one były w środku uwagi całego świata. To były filmy, na które się czekało, one pochodziły zza żelaznej kurtyny, one coś miały opowiedzieć. Trywialnie mówiąc, ludzie lubią oglądać filmy o tym, jakie innych spotkało nieszczęście. I na tym też polega powodzenie filmu "Lewiatan", który pokazuje kompletną beznadzieję życia w Rosji. Ludzie w Ameryce oglądają go z myślą: "Fajnie, że to nie u nas". "Ida" natomiast jest dużo szlachetniejszym filmem.
    Jeśli chodzi o tematykę stosunków polsko-żydowskich, mieliśmy film "Pokłosie". "Ida" sprawiedliwie pokazuje relacje polsko-żydowskie czy raczej fałszuje historię? Znów Polska się podzieliła , słychać głosy, że to film antypolski.
    Mówiłem już o tym i jeszcze raz powtórzę, że antypolski to jest film "Kac Wawa", bo pokazuje, że Polacy to jest naród idiotów. "Pokłosie" jest bardziej publicystyczne niż artystyczne i rzeczywiście, jeśli chodzi o publicystykę, to wiadomo, że mogą być różne opinie. "Ida" natomiast to zupełnie co innego, to film kameralny, mówiący o ludziach, którzy coś przeszli i coś z tych przejść wynieśli. On nie uogólnia jak "Pokłosie". Tu mamy dziewczynkę, która była wychowywana na katoliczkę, a okazuje się, że została oddana do klasztoru jako dziecko żydowskie, żeby ją uchronić przed losem. I takie historie słyszeliśmy, np. księdza, który był żydowskim dzieckiem, i to jest historia prawdziwa. Mamy też ciotkę dziewczynki, która była stalinowskim prokuratorem, przeszła przez piekło, straciła swoje dziecko i jej los też jest w jakimś sensie oparty na prawdziwych wydarzeniach. Ale to są losy dwóch bohaterek, relacja pomiędzy nimi i to, co one z tego - jakie konsekwencje i jakie wnioski - wyciągnęły dla siebie samych. Domaganie się, aby były przedtem napisy, że 6,5 tys. Polaków dostało medal "Sprawiedliwy wśród narodów świata", jest nonsensem.
    Czy "Ida" odpowiada na pytanie, w jaki sposób przenosić tę polskość w świat, jak ją pokazywać?
    Nie wiem, co "Ida" ma wspólnego z polskością. To historia, która mogłaby się wszędzie zdarzyć, w każdym miejscu, gdyby takie, a nie inne warunki były. Akurat nigdzie indziej się nie zdarzyło, ze ten Holokaust miał tak olbrzymi wymiar i że potem nastąpiły czasy stalinizmu. Francuzi też prześladowali Żydów w dużo większym stopniu w czasie wojny.
    Wciąż pokutuje u nas pogląd, że nie mamy pieniędzy, aby robić takie filmy jak w Ameryce. Pana film "Zabij mnie glino" dowodzi, że może u nas zaistnieć kino akcji stylizowane na amerykańskie i zdobyć popularność.
    No, "Ida" w Polsce popularności nie zdobyła. Zaistniała w świecie jako taki eksperyment artystyczny w dużym stopniu, również przez temat, bo to jest temat, który wszystkich żywo interesuje. Przede wszystkim i Ameryka, i Akademia Filmowa są szalenie politycznie i społecznie zaangażowane, ustawione. Nie ma szans zaistnieć film, który jest europejski, ale nie jest polityczny, bo ich to w gruncie rzeczy nie obchodzi. To znana ogólna tendencja, że ludzie chcą oglądać to, co ich dotyczy, rzeczywistość, którą znają. W Polsce również. Polskie seriale wyparły tasiemce amerykańskie czy brazylijskie, które kiedyś były popularne, dlatego że kiedyś polskich seriali nie było. Teraz polskich seriali mamy do licha i trochę. I nikomu nie przychodzi do głowy, żeby oglądać jakieś inne telenowele. Stąd też Ameryce nie jest bliski film "Bogowie", który u nas miał wielką widownię, bo ich to w gruncie rzeczy nie interesuje. Interesuje ich "Lewiatan" ze względu na sytuację polityczną, o której wszyscy słyszeli - Rosja napadła na Ukrainę - interesuje ich, jak to jest w Rosji. Interesuje ich "Ida", bo odnosi się do tematu, który jest tam wiecznie żywy. Filmy, które robimy dla naszej widowni, nie mają specjalnie szansy powodzenia. Nawet "Ciało", które zdobyło Srebrnego Niedźwiedzia w Berlinie.
    Naszą rozmowę zakończymy jakimś światełkiem w tunelu dla polskiej kinematografii?
    Zakończymy cytatem z Andrzeja Wajdy: Powinniśmy robić te filmy, których oni nie robią. A jeżeli się uda z filmem przebić, to fantastycznie, ale nie może to być celem filmowca. Celem filmowca musi być konkretna widownia, a nie Oscary czy festiwale, bo jest to nieszczere. Mamy kolegów, którzy chcieli się ambicjonalnie przedrzeć na cały świat, spekulują, żeby zaistnieć za granicą. Po co? Kiedy robi się coś szczerze i naturalnie, to widownia to przyjmuje. A jak to jest dobre, to przy odrobinie szczęścia spodoba się i na świecie.

    Czytaj treści premium w Polsce Plus

    Nielimitowany dostęp do wszystkich treści, bez inwazyjnych reklam.

    Komentarze

    Dodajesz komentarz jako: Gość

    Dodając komentarz, akceptujesz regulamin forum

    Liczba znaków do wpisania:

    zaloguj się

    Najnowsze wiadomości

    Zobacz więcej

    Najczęściej czytane

    Nie przegap

    Wideo