Cały ten zgiełk. Nasz instynkt survivalu

Liliana Sonik
Szyją maseczki ochronne, i to z filtrem, według zaleceń epidemiologów. W stacjach krwiodawstwa ustawiły się kolejki chętnych do oddania krwi. Tysiące organizują się np. na profilu „Widzialna ręka”, by pomagać tym, którzy pomocy potrzebują. Małe firmy uruchamiają produkcję fartuchów ochronnych dla szpitali. Pielęgniarze oferują zastrzyki i kroplówki w domach.

FLESZ - Koronawirus - seniorzy to największa grupa ryzyka

Czytaj także

Bez wątpienia mają szlachetne serca. Oraz instynkt, który każe polegać na sobie, gdy wszystko się wali.

Surwiwalowcy przygotowują się na „koniec świata”: na wojnę atomową, biologiczną, chemiczną, zamach terrorystyczny, powódź, czy długotrwały brak prądu. Jednym słowem na zapaść cywilizacji. Noszą broń, budują schrony przeciwatomowe i gromadzą zapasy jedzenia, wody, benzyny. Nowemu pokoleniu wydają się skrzyżowaniem kowboja z Inspektorem Gadżetem.

W wersji unowocześnionej nazywają się preppersami. Od surwiwalowców różnią się stylem i tym, że - niezależnie od kataklizmów - będą dążyć do zachowania komfortu życia. Do puli możliwych katastrof dorzucają epidemie, katastrofy klimatyczne, koniec systemów bankowych i blokadę internetu. Są przygotowani na wszystko. Potrafią sami zrobić żel dezynfekujący, starają się mieć działki lub ogrody, gdzie uprawiają, co się da, aby pozostać w trybie samowystarczalności żywieniowej, bez nawozów i środków ochrony roślin. Najbardziej zdeterminowani budują schrony podziemne z wentylacją, zapasem leków i wody, głównie gazowanej, bo ta nie psuje się przez lata, oraz z suchym prowiantem zabezpieczonym przed robalami. Oczywiście wyposażeni są w agregaty prądotwórcze. Zgromadzili też stosowną odzież, nasiona warzyw, a nawet… gry planszowe i ulubione książki. Niemniej ważne są stosowne kompetencje dotyczące np. ziołolecznictwa, umiejętności robienia węzłów, oczyszczania wody, krzesania ognia…

Mówi się, że surwiwalowców i preppersów w Stanach Zjednoczonych jest około 3 miliony, a w Polsce tylko kilka tysięcy. Czyżby?

W starszym, a chyba też średnim pokoleniu, funkcjonuje jeszcze instynkt będący wynikiem doświadczeń historycznych. Mój ojciec uważał, że najbezpieczniej jest we własnym domu, w którym piętrzyły się słoiki z „zaprawami” i konfiturami, w piwnicach stała beczka kiszonych ogórków i kapusty, a studnia zapewniała wodę niezależnie od tej płynącej z kranu. W swoim pokoju nie pozwolił rozebrać pieca kaflowego, na wypadek, gdyby jakiś Putin odciął gaz. „W razie potrzeby, będziecie mieli gdzie się ogrzać” - mówił. Miał już ponad 80 lat, a jeszcze sadził ziemniaki i warzywa kompletnie ignorując fakt, że w sklepie kosztowały grosze. Bo najpewniej i najzdrowiej mieć własne… W zasadzie był ekspertem surwiwalu, za wyjątkiem umiejętności władania jakąkolwiek bronią, bo tego nie znosił. O przeniesieniu się do miasta, o czym marzyła moja mama-krakowianka, myślał jak najgorzej. Nie żeby się bał miasta, w którym przecież studiował i długo pracował, ale miasto nie dawało mu takiego poczucia bezpieczeństwa, jakiego potrzebował.

Ludzi którzy myśleli (myślą) podobnie jest multum. Nauczyła ich tego wojna i permanentne kryzysy zaopatrzenia w PRL. Część tej zapobiegliwości przetrwała w nas, nawet jeśli myślimy o tym rzadko. W gruncie rzeczy sprowadza się to do zasady: „podczas apokalipsy polegać na sobie!” I nie chodzi tylko o odpowiedzialność za siebie samego, ale za całą wspólnotę. Nie wymyślimy leku na koronawirusa, ale zmobilizować się do każdej pomocy, która stępi jego jad, potrafimy. I musimy.

Czytaj także

Wideo

Materiał oryginalny: Cały ten zgiełk. Nasz instynkt survivalu - Dziennik Polski

Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych”i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Komentarze 1

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Podaj powód zgłoszenia

G
Gość

Permanentnie w PRL nie było zarazy poza wyklętymi solidarnymi dzięki którym i z "błogosławieństwem" wyższej zachodniej kapitalistycznej cywilizacji mieliśmy embarga, lichwiarskie pożyczki oraz sabotaże i strajki. A jak dobrnęliśmy do zbawiennego kapitalizmu to władza zamiast zamknąć kraj by zakończyć epidemię ratuje prywatnych biznesmenów bo po kilku dniach zastoju nie mają nawet skarpetek pod zastaw by utrzymać firmy na których się uwłaszczyli i zabrali narodowi jego majątek wytworzony w PRL.

Dodaj ogłoszenie