Być jak żona, tylko nie łóżkowa

Redakcja
Gdyby nie Carmen Balcells, nie znalibyśmy książek Mario Vargasa Llosy. To jego agentka zrobiła zeń literacką sławę. Pisarze są bowiem od pisania, a ich agenci od podbijania świata - pisze Anna J. Dudek.

Carmen Balcells to hiszpańska agentka literacka, o której mówi się, że wynalazła ten zawód. Wielofunkcyjnego menedżera o twórczym podejściu. Jednocześnie księgowego i prawnika. Negocjatora kontraktów, który szuka wydawcy i pilnuje terminów. Zachowuje kamienną twarz w rozmowie z wydawcą o pieniądzach, co dla autora jest trudne, bo jak tu sprzedać własne dziecko? Agent emocje powściąga i twardo negocjuje stawki, bo motywuje go dobrze pojęty interes autora, a zatem także jego własny.

Ale zawód agenta to o wiele więcej. Autor musi wiedzieć, że ma nie tylko przedstawiciela handlowego, który dobrze go sprzeda, ale też osobę, na której może polegać i której może ufać. Taką, która nie opowie prasie o kiepskim rozdziale, który właśnie napisał, czy twórczym kryzysie, przez który akurat przechodzi. - Agent jest bliżej ludzi znanych, więc dużo o nich wie. Bez takich cech jak dyskrecja czy umiejętność pozostawania w cieniu nie da się tego zawodu z powodzeniem wykonywać. Nie zawsze chodzi tylko o dyskrecję zawodową, bo pracuje się z człowiekiem, a nie ze sławnym noblistą, a ten ma prawo być wściekły czy zmęczony - mówi o wieloletniej współpracy z Czesławem Miłoszem Agnieszka Kosińska, agentka poety. To zawód , który z powodzeniem, choć powoli, bo i rynek młodszy, i zapotrzebowania inne, na polski grunt przeszczepiają rodzimi reprezentanci literackich gwiazd i ich sekretarze. - W kwestii profesjonalnego reprezentowania interesów polskich autorów sytuacja wyglądała kiepsko, kiedy zaczynałam, i nadal nie wygląda zbyt dobrze. Na polskim rynku nie ma wielu agencji, które zajmowałyby się reprezentacją rodzimych twórców.

Dlatego podstawowym polem działalności mojej agencji jest właśnie reprezentowanie polskich autorów - mówi Monika Regulska z Syndykatu Autorów, która reprezentuje między innymi Dorotę Masłowską, Tomasza Piątka i Józefa Hena. Regulska uważa, że polscy pisarze zaczynają rozumieć, że agent nie jest po to, żeby oskubać ich z zysków ze sprzedanej książki, ale pomóc odnaleźć się w biurokratycznym chaosie. Dorota Grupińska, szefowa wydawnictwa MG, które specjalizuje się w wydawaniu polskich autorów, mówi, że tylko raz dostała propozycję od agenta. - I to po tym, jak nawiązaliśmy kontakt przy wydaniu innej książki, do której ja poszukiwałam prawa. Poza tym nic. Natomiast codziennie otrzymuję od agentów wiele mejlowych propozycji wydania książek autorów zagranicznych. Polscy autorzy zgłaszają się do mnie sami: głównie oczywiście przez internet, ale też polecają mnie sobie wzajemnie - mówi wydawczyni.

Sterta do czytania

W wydawnictwach nadesłane książki leżą w wielkich stertach, czekając, aż redaktor w końcu je przeczyta. - Nie ma ludzkiej możliwości, żeby redaktorzy byli w stanie przerobić taką ilość materiału. Normalnie na świecie jest tak, że te sterty leżą u agentów, których zadaniem jest czytanie nadesłanych propozycji. Dzięki temu na zachodnim rynku pojawiają się młodzi autorzy, nowe nazwiska. W Polsce to nie funkcjonuje - tłumaczy Monika Regulska. - Pomyślałam, że warto, bo w ten sposób mam szansę uczestniczyć w tym, że nowe pokolenie pisarzy będzie w przyszłości funkcjonowało inaczej. To jest perspektywa długoterminowa, nie na dwa lata. Trzeba ze sterty tego, co przychodzi, wyłuskiwać to, co jest dobre - dodaje.

To dlatego pierwszym i najważniejszym kryterium, które musi spełniać dobry agent literacki, jest wyczucie słowa. A to można osiągnąć, nałogowo czytając. Amerykańska agentka pracująca w Nowym Jorku Elizabeth Jote napisała na swojej stronie internetowej, że zanim ktoś stanie się dobrym agentem , musi być dobrym czytelnikiem. To ważne, bo to agent jest często pierwszym filtrem dla tekstu, który dostaje. Pierwszym czytelnikiem, redaktorem i często- krytykiem. W Polsce , gdzie agentów literackich jest mało, bo i rynek szczupły, i nakłady stosunkowo niewielkie, a i tradycji brak, ta strona działalności agentów jest mało rozbudowana, podczas gdy w USA czy Wielkiej Brytanii, gdzie powstał ten zawód, jednym z głównych zadań agenta jest praca z autorem nad tekstem. Wydawcy proponuje się tekst doprowadzony do idealnej postaci. W Polsce, gdzie główną funkcją agenta jest szukanie dla autora wydawcy, dopiero to się zaczyna.

Papiery i kurtka dla Czesława

Literaci nie lubią tracić swojego czasu ani na sprawy organizacyjne, ani zbędne dyskusje czyli parlawery, jak mawiał Czesław Miłosz. Po zakończonych sesjach biznesowych Miłosz zwykł mawiać do Agnieszki Kosińskiej: "No dobrze, zarobiliśmy ździebełko na chlebek i masełko, a teraz chodźmy do ważniejszych spraw". Wisława Szymborska takie sesje biznesowo-organizacyjne, które odbywała dwa razy w tygodniu ze swoim sekretarzem Michałem Rusinkiem, nazywała szuraniem papierami. - Na początku, w 1996 r., czyli zaraz po Noblu, chciałem to wszystko organizować w teczki, później w pudełka, ale szybko okazało się, że potrzebne będą wielkie pudła po pampersach, żeby to wszystko pomieścić. Nadawaliœmy im tytuły, np. "Varia", "Autografy", "Zaproszenia", była też tzw. teczka żółwia ze sprawami, które mogły poczekać - opowiada Michał Rusinek.

Zadania literackie i organizacyjne to tylko część pracy agentów. Często zdarza się, że załatwiają też całkiem zwyczajne sprawy, które ułatwiają ich pracodawcom życie. Robią zakupy w supermarkecie, nadzorują budowę domu, umawiają wizyty u lekarzy, czasem jadą do KFC po megakubełek, bo pisarz właśnie zgłodniał. - Jednym z najbardziej nietypowych zleceń, jakie dostałem, było wstawienie po kryjomu do ogrodu znajomych Wisławy Szymborskiej plastikowej owcy nabytej w przydrożnym sklepie z krasnalami. Najtrudniejsze było to, że pani Szymborska, miłośniczka kryminałów, kazała mi podjechać pod ich dom na wyłączonym silniku, a było ostro pod górkę! Ale udało się - opowiada Rusinek.

Agenci przebywają z pisarzami na co dzień. Dlatego mówią o sobie żartobliwie, że bywają automatyczną sekretarką, bodyguardem, kiedy sytuacja tego wymaga, oraz okiem i uchem osób, dla których pracują. - świetnie podsumował to kiedyś mój syn, nastoletni wówczas Mikołaj, mówiąc o mnie, że jestem dla Czesława Miłosza typem żony, tylko nie łóżkowej - śmieje się Agnieszka Kosińska. - Prowadziłam biuro, odbierałam telefony, podgrzewałam lub przygotowałam obiad, jeśli Carol, żona Miłosza, załatwiała akurat sprawy na mieście, wpuszczałam listonosza. Oprócz prac literacko-redakcyjnych zajmowałam się też prozaicznymi sprawami, jak remont mieszkania, kupno regałów, wymiana starych okien czy kupno nowej kurtki na zimę dla Czesława. Zresztą wymiana jego garderoby to była nie lada ekwilibrystyka, bo nie chciał tracić czasu na mierzenie nowych ubrań. Po śmierci Carol w 2002 r. zostałam też, wedle określenia Miłosza, majordomusem - wspomina jego agentka.

Najlepsze w podróżach są powroty

Literackie gwiazdy rzadko ruszają w podróż bez swoich asystentów. Niektóre w ogóle podróżować nie lubią, tak jak Wisława Szymborska, która twierdziła, że zodiakalne Raki nie są stworzone do podróży, a najprzyjemniejszą ich częścią są z powroty do domu. - Ona zresztą podróżowała w dość nietypowym celu: lubiła fotografować się obok tablic z zabawnymi nazwami miejscowości. W Irlandii z tego powodu zwiedziliśmy Limerick i Moher, na Sycylii Corleone, a w Niemczech Neandertal - opowiada Rusinek. To agenci i sekretarze organizują podróże służbowe, trasy promocyjne nowych książek czy wieczory autorskie i oczywiście towarzyszą pisarzom zawsze i wszędzie. Żeby uniknąć niespodzianek w podróży, Agnieszka Kosińska bardzo starannie planowała podróże Miłoszów. Zaopatrywała ich na drogę w niezbędne telefony, kontakty i ściągawkę dla Carol. - Miłosz miał wtedy już prawie 90 lat, więc o wszystko trzeba było zadbać. Jeśli poeta przygotowywał tekst, trzeba go było odpowiednio wydrukować, zwykle w dwóch kopiach, włożyć do teczki. Pamiętać o biletach, okularach, lupie, lekarstwach - mówi Kosińska.

Agent mimochodem wnika więc w prywatne życie pisarza. Poznaje go od strony, której czytelnicy nie znają. Z czasem przestaje patrzeć na pisarza jak na noblistę czy popularnego autora, a zaczyna postrzegać go jako zwykłego człowieka. Agnieszka Kosińska wspomina, że ulubionym momentem jej i poety były chwile po pracy, kiedy poeta mówił do niej: Poplotkujmy trochę. I to sprawiło, że ich relacje, początkowo stricte służbowe, z czasem przerodziły się w serdeczną, zażyłą więź. Nie bez znaczenia jest też fakt, że zwykle są to związki wieloletnie, obrosłe w dziesiątki wspólnych spraw, wspomnień, podróży i przywiezionych z nich anegdot.

Piętnaście lat pracował z Wisławą Szymborską Michał Rusinek. Ich współpraca zaczęła się zresztą przedziwnie, bo od przecięcia kabla od dzwoniącego ciągle telefonu. - Mam nadzieję, że między mną a panią Wisławą był rodzaj przyjaźni. To także relacja mistrz - uczeń. Zawsze uważnie słuchałem jej uwag do swoich wierszyków, ale byłem też uczniem trudnym, bo zgłaszałem uwagi i do jej limeryków - mówi Rusinek. Agentka Czesława Miłosza z kolei podkreśla, że właściwym słowem do przybliżenia jej relacji z poetą jest "perspektywa". - W tym tandemie trudno doszukać się linii stycznych, skoro dzieliła nas różnica 60 lat - tłumaczy Kosińska. I dodaje, że był jeszcze jeden szczegół, który na początku utrudniał współpracę. - Miłosz nigdy nie był moim ulubionym autorem - śmieje się dziś agentka. Ale z czasem połączyło ich poczucie humoru i wyczucie, jak mówi Kosińska, absurdu istnienia, który okazał się solidnym fundamentem ich współpracy.

Skrytykować noblistę. I za nim tęsknić

Najtrudniej jest odważyć się na krytykę pomysłów autora. Kosińska opowiada, jak w 2000 r. Miłosz razem z Szymborską mieli otworzyć Międzynarodowe Targi Książki. Z tej okazji mieli napisać mowę, a że oboje nie lubili presji czasu i narzuconego tematu, praca nad tekstem wyjątkowo im nie szła. W końcu asystentka, zapytana o opinię, zaproponowała, że może lepiej przeczytać wiersz, bo tekst, który powstał, był - delikatnie mówiąc - słaby. - Miłosz dostał szału, jego żona zaś wezwała mnie na rozmowę. Dostałam burę, bo - jej zdaniem - tak mówić mu nie wolno, bo Czesławowi skacze wtedy ciśnienie - wspomina Kosińska. Bywają też sytuacje zabawne, chociaż komizmu można w nich dostrzec dopiero po czasie, jak w anegdocie, którą przytacza Michał Rusinek. - Kiedyś zamiast odpisać na zaproszenie do Stambułu, że "przez kilka najbliższych miesięcy Wisława Szymborska nie będzie mogła przyjechać", odpisałem, że "przyjedzie na kilka najbliższych miesięcy". Ale udało się jakoś z tego wybrnąć - śmieje się.

Chętnie opowiadają o pracy, podróżach, wieczorach autorskich. Pytani jednak o to, jacy są czy byli ich pracodawcy, najbliżsi współpracownicy pisarzy uśmiechają się do swoich wspomnień i rzucają jedną z przygotowanych na takie okazje anegdot. Michał Rusinek mówi o Szymborskiej, że była damą.

Na pytanie, czy mu jej brakuje, mówi tylko, że czasem łapie się na tym, że musi jej opowiedzieć coś zabawnego, po czym zdaje sobie sprawę, że już nie opowie. Monika Regulska mówi, że lubi wszystkich swoich pisarzy, bo każdy jest inny, każdy jest osobnym światem. Agnieszka Kosińska zdradza, że Miłosz w jednym momencie potrafił zmienić się z wymagającego profesora we wspaniałego kompana, mimo dzielącej ich różnicy wieku. I na koniec dodaje. - Kiedy jestem w mieszkaniu Miłosza, ciągle słyszę stukot jego laski i zdarza mi czekać, aż poeta mnie zawoła - mówi Kosińska.

Czytaj także:

Matka Madzi z Sosnowca Katarzyna W. w szpitalu psychiatrycznym

Wielka Sobota: Święcimy pokarmy [ZOBACZ ZDJĘCIA]

Sondaż: Śmierć papieża najważniejszym wydarzeniem po 1989

Wideo

Komentarze

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Dodaj ogłoszenie