Buty dla generała de Gaulle'a

rozmawia Andrzej Dworak
Chodzili i chodzą w nich politycy, dyplomaci, artyści, menedżerowie i wszyscy ci, którzy nad wszystko cenią jakość i elegancję. Szyte na miarę buty najstarszej w Polsce pracowni obuwia to majstersztyk. Z Maciejem Kielmanem o historii słynnej warszawskiej rodziny szewców rozmawia Andrzej Dworak

Czym różnią się buty szyte na miarę od fabrycznych?
Buty na zamówienie szyte tradycyjnymi sposobami mają zwykle dłuższą żywotność. Można je wiele razy reperować, a one nie tracą swoich walorów użytkowych. Niektórzy twierdzą nawet, że dopiero leciwy but ma naprawdę klasę. W przeciwieństwie do butów damskich, męskie, bazujące na klasycznych wzorach, są odporne na wpływy sezonowej mody.

Prawdopodobnie 70 proc. naszych modeli mogłoby być sprzedawane dobre sto lat temu i zapewne jeszcze długo będą wyznacznikiem męskiej elegancji. Jesteśmy jednak otwarci na nawiązanie do najnowszego wzornictwa, jeśli osoba zamawiająca wyrazi takie życzenie. Między innymi w taki sposób pojawiają się u nas nowe modele, rocznie około dziesięciu. Bywa też, że decydujemy się na uszycie jakiejś niezwykłej pary butów nie z powodów komercyjnych, lecz wyłącznie dla prezentacji kunsztu naszych pracowników.

Od czego zależy jakość butów Kielmanów?Są szyte ręcznie i to jest podstawowy wyróżnik. Metody szycia nie zmieniły się od czasu założenia naszej firmy i sądzę, że np. przed wojną dobry szewc, podobnie jak obecnie, nie uszył w tygodniu więcej niż dwie, trzy pary butów. W dawnych dobrych firmach, takich jak Hiszpański, Struś czy Kielman, robota musiała odpowiadać najwyższym standardom, więc nie było mowy o pośpiechu i zwiększaniu tempa produkcji. Tak jest i dzisiaj, bo przecież rękodzieło to prawdziwy slow fashion, zarówno podczas celebry składania zamówienia, jak i w trakcie kolejnych etapów jego realizacji.

Macie jeszcze stare maszyny?
Jedyne maszyny używane w produkcji to stare singery służące do szycia cholewek. Pozostałe czynności są wykonywane wyłącznie ręcznie. Stawia to nas zresztą w bardzo małym gronie kilkunastu firm na świecie, w których buty powstają jak przed wiekami.

No to cofnijmy się o ponad wiek. Skąd pochodzą Kielmanowie?
Ze Szleswika-Holsztynu, północnego regionu Niemiec tuż przy granicy z Danią. Na przełomie XVIII i XIX wieku w nieznanym nam bliżej celu przybyli na tereny Mazowsza. Osiedlili się w Szczepankowie, w guberni łomżyńskiej, gdzie wkrótce zajęli się zarządzaniem dużym majątkiem ziemskim. W roku 1880 do Warszawy wyruszył młody Jan Kielman. W stolicy zrazu podjął równolegle naukę w zawodzie cukiernika i szewca, aby po pewnym czasie pozostać przy tym drugim. Po trzech latach pracy dostał tytuł mistrzowski i postanowił się usamodzielnić, zakładając małą pracownię.

Firma szybko się rozrosła, a on sam zmienił się w przedsiębiorcę zatrudniającego blisko sto osób. Jego dzieci, Wacław i Julia, dostały staranne wykształcenie, m.in. w Akademii Handlowej w Antwerpii. Tak naprawdę tylko Jan był wśród Kielmanów rzemieślnikiem z krwi i kości, a od jego czasów kolejni właściciele już nie szyją butów, tylko je projektują, organizują pracę i wytyczają pola działalności firmy. Dla przykładu mój ojciec, absolwent Wydziału Prawa UW, zanim dołączył do firmy, przez 25 lat był radcą prawnym. Wszyscy właściciele znają tajniki rzemiosła, jednak prawdziwy zawód szewca wykonują pracownicy.
Mieszkacie w Warszawie od niemal 130 lat?
Od czterech pokoleń na przemian w Warszawie i podwarszawskim Józefowie. To położenie uniwersalne: stwarza warunki do prowadzenia firmy i jest złotym środkiem między naszymi ukochanymi górami i Mazurami, po których żeglujemy. Kielmanowie od początku byli członkami najstarszego klubu sportowego, jakim jest Warszawskie Towarzystwo Wioślarskie i aktywnymi sportsmenami.

W historii wielu warszawskich rodzin powtarza się taki schemat: dorabianie się z pokolenia na pokolenie, okres spokoju w dwudziestoleciu międzywojennym, a po nim gehenna okupacji i pauperyzacja za PRL-u. Jak było z Kielmanami?
Niestety wojny nie przetrwały liczne warszawskie pracownie, w tym Hiszpańskiego i Strusia. Ten pierwszy słynął z doskonałych butów jeździeckich, drugi z damskich pantofli. Firma Jana Kielmana, mego pradziadka, choć szyła wszystkie rodzaje obuwia (tuż przed wstąpieniem do kawalerii buty jeździeckie zamówił Kazimierz Brandys), szybko zyskała w Warszawie renomę wytwórcy najelegantszych półbutów męskich. Niebawem firma zaczęła sprzedawać buty w carskim Sankt Petersburgu, czym utrwaliła swoją silną pozycję na kilkadziesiąt lat. Wojna przekreśliła szanse dalszego rozwoju, zwłaszcza tragiczny upadek powstania 44 roku, zburzenie miasta, w tym siedziby firmy przy ul. Chmielnej 1/3.

A jak było za Polski Ludowej?

Ponure lata PRL-u nie sprzyjały egzystencji firm z tradycjami przedwojennymi. Mego dziadka Wacława nachodziły liczne kontrole poszukujące w buchalterii jakiegokolwiek "haka", aby mu utrudnić działalność. Odkrycie nawet jakiegoś niezaksięgowanego kawałka skóry narażało go na szykany i drakońskie kary.

Żyło się w ciągłej obawie, że w nowym ustroju firma nie przetrwa. Ryzyko jej zamknięcia, a nawet aresztowania właściciela było tak realne, że niepewny jutra Wacław, wychodząc z domu, pakował sweter, zmianę bielizny i szczoteczkę do zębów. Jakby tego było mało, w połowie lat 50. do lokalu przy Chmielnej 6, który rodzina odbudowała własnym sumptem, dokwaterowano zegarmistrza (z którym udało się nam rozstać dopiero po 40 latach). Syn Wacława, a mój ojciec, Jan - zwany drugim - zdecydował, że nie będzie kontynuował wątpliwego interesu i został prawnikiem.
Później jednak przyszła wolność...
Jan II zdanie zmienił, kiedy zaczęło być trochę lżej dla rzemiosła na początku lat 80. Kilka lat przed nim do firmy zaczęła zaglądać moja mama Leokadia, która w latach 70., aby wspomóc chorego Wacława, zamierzała w niej być tylko jakiś czas, a została do dziś. Nie miała praktyki w prowadzeniu przedsiębiorstwa czy kierowaniu rzemieślnikami; miała za to cechy niezbędne do osiągnięcia sukcesu: energię, pracowitość, silną wolę i świetną intuicję. To właśnie jej firma zawdzięcza utrzymanie właściwego kursu przez trzy ostatnie dekady.

Mój ojciec w pełni włączył się do pracy w firmie dopiero w 1982 roku. Jako humanista i stateczny prawnik był ostoją zdrowego rozsądku i tarczą w potyczkach z biurokracją. Był zwolennikiem tradycyjnego prowadzenia firmy i zachowywał dystans do większości ekstrawagancji. Jemu mogę przypisać tezę, że dobrą pozycje firma Kielman osiągnęła dzięki swojej niezmienności.

Kto należał do najbardziej znanych Państwa klientów?
Przed wojną gen. Sikorski z rodziną, Mieczysława Ćwiklińska, Jan Kiepura, Adolf Dymsza, Stefan Wiechecki "Wiech", Marian Brandys i wielu innych. Tuż po wojnie odwiedził pracownię dawny nasz klient - światowej sławy pianista Witold Małcużyński. Zatrzymywał się w nieodległym od firmy hotelu Bristol. Pewnego razu zlecił posłańcowi hotelowemu odbiór swoich butów. Po jakimś czasie posłaniec wrócił bez obuwia, za to z wyjaśnieniem, że nie mógł odebrać, bo są kompletnie zalani. Istotnie - w budynku pękła rura, zalewając pracownię do wysokości kolan. Podobno maestro po słowach posłańca westchnął i powiedział: Mój Boże, co za czasy, tacy zacni ludzie... Naszymi klientami byli m.in. Charles de Gaulle, Zbigniew Brzeziński, Donald Sutherland, Jeremy Irons, Sophie Marceau i Steven Segal. Ponadto niemal wszyscy polscy premierzy, liczni parlamentarzyści, dyplomaci, menedżerowie... Dzięki stronie internetowej zyskujemy klientów z odległych krajów, np. szalenie wymagających Japończyków.

Najlepsze buty szyją wciąż w Warszawie... Możemy tak powiedzieć?
Chyba tak. Kiedyś rozważałem zakup maszyn i stworzenie linii produkcyjnej w pracowni. Zapewne produkcja wzrosłaby wielokrotnie, wpływy również, ale stracilibyśmy poczucie robienia czegoś absolutnie wyjątkowego i dla wyjątkowych osób. Bylibyśmy tylko jedną z setek europejskich fabryczek produkujących niezłe buty konfekcyjne na lokalny rynek.
Tymczasem teraz mamy przyjemność przyjmować zlecenia od klientów z blisko 30 krajów na wszystkich kontynentach. I nie zamierzamy tego zmieniać. W końcu jesteśmy najstarszą i największą pracownią obuwia w Polsce. Większość naszych klientów wybiera nas, bo mamy im do zaproponowania coś nadzwyczaj cennego: czas, wysokogatunkowe skóry oraz znajomość kunsztu.

Wideo

Komentarze

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Dodaj ogłoszenie