Brzozowski: Zrobimy wszystko, by „Czuły Barbarzyńca” znów pojawił się na mapie Warszawy

Anita Czupryn
Tomasz Brzozowski
Tomasz Brzozowski Piotr Smolinski
- Mój dom nie wygląda jeszcze tak, jak mieszkanie pani profesor Marii Janion, ale księgozbiór jest spory, myślę,że osiągnął jakieś 15 tysięcy książek - mówi Tomasz Brzozowski, wydawca, twórca „Czułego Barbarzyńcy”, w rozmowie z Anitą Czupryn.

Zapytam tak, jak mawiał bohater dobrze Panu znanej powieści: „Kurwa fiks, że też Panu się zawsze takie rzeczy muszą przytrafiać”?
(Śmiech). Tak mawiał Egon Bondy w powieści Bohumila Hrabala „Czuły barbarzyńca”.

Tymczasem księgarnio-kawiarnia „Czuły Barbarzyńca”, kultowe miejsce na mapie Warszawy, zakończyła swój żywot na Powiślu. Z dnia na dzień.
Niestety, nie było to aż takie spektakularne wydarzenie, jakie wokół siebie organizowali Bondy czy Hrabal. Właściciel postanowił wypowiedzieć nam umowę, która była ważna do czerwca 2017 roku. Ponoć zmieniły się przepisy, które mu to umożliwiły.

Ludzie pytali, dlaczego nic nie mówiliśmy, „zorganizowałoby się obronę”, ale trudno odmówić właścicielowi prawa do dysponowania własnym lokalem.

Przez lata procesował się Pan, jak piszą gazety, ze znanym warszawskim kupcem roszczeniowym. Co to znaczy?
Tego się nie da prosto wyjaśnić, to różne skomplikowane, wieloletnie przepychanki. Wolałbym się skupić na przyszłości, bo pewne wątki były, minęły i przepadły, nic z tym formalnie już zrobić nie możemy.

Jeśli chodzi o przyszłość, to „Czuły Barbarzyńca”, jak się okazuje, ma drugie życie - z ul. Dobrej przeniósł się na ulicę Piwną. Szybko znalazł Pan to nowe miejsce?
Wiedząc, że umowa i tak nam wygasa, szukaliśmy przyczółku, ale też lokalu, który można uratować, ponieważ księgarnia przy Piwnej to ostatnia księgarnia na starym mieście. Panie, które ją prowadziły od lat 80., zwróciły się z propozycją, czy bylibyśmy zainteresowani przejęciem tego, zmianą formuły. One po kilkudziesięciu latach przechodziły na emeryturę, a zależało im na tym, żeby to nie było czysto komercyjne i dzikie działanie, ale żeby ten charakter księgarni, mniej antykwariatu, bo to był klasyczny antykwariat, pozostał. Fundacja „Czułego Barbarzyńcy” przejęła to, etapami, w końcu ubiegłego roku.

Ale to też miejsce tymczasowe, bo Pan chciałby na Powiśle wrócić?
Szukamy większego lokalu, bo ten przy Piwnej miał być tylko uzupełnieniem, a stał się głównym naszym obszarem działań. Odzew jest bardzo duży, rozmawiamy, spotykamy się, potrzebujemy też namysłu, co i jak chcemy robić, bo chcielibyśmy poszerzyć formułę. Zatem teraz jest czas przemyśleń.

Niektórzy śmieją się, że stał się Pan ofiarą swojego sukcesu, bo to Pan „Czułym Barbarzyńcą” spowodował, że dziś na Powiślu jest tak drogo, jeśli chodzi o czynsze, że ta dzielnica stała się modna.
To prawda, no cóż, odkryliśmy na nowo dzielnicę, która była, a nikt jej nie zauważał. To jest ten plus. Mam nadzieję, że nam się uda na Powiślu zaistnieć w jakiejś formule. Jeden powód to moda na Powiśle, ale drugi, jeszcze ważniejszy, to pogarszająca się sytuacja na rynku książki.

To dość niepojęte, zważywszy, jak rozpropagowane są akcje czytelnicze, że wiele powstaje blogów czytelniczych, że dziś wszyscy piszą książki, poczynając od dziennikarzy, przez celebrytów, po przeciętnych ludzi. Tymczasem trwa kryzys czytelnictwa, księgarnie upadają.
Była pierwsza próba uporządkowania rynku, czyli stała cena za książkę. Ponieważ rynek książki, jako chyba jedyny po 90. roku w żaden sposób nie został uporządkowany. Pewne reguły, ustanowione jeszcze w czasach PRL-u zostały przyjęte jako punkt wyjścia i w zasadzie wszystkie inne sprawy, związane z rabatami, terminami, są uzgadniane ot, tak sobie - jak jesteś silniejszy, wywalczysz więcej, jak jesteś słabszy, wywalczysz mniej. Stąd też padają małe księgarnie, one nie mają kapitału, nie mają środków na akcje promocyjne, działania dodatkowe i to jest proces, który trwa już od kilkunastu lat. W ciągu ostatnich 5-7 lat w Polsce zniknęło 2 tysiące małych księgarni. To ogromna liczba. A to, że tyle lat przetrwały, oznacza, że prowadzili je raczej pasjonaci. Warunki rynkowe, nie mające żadnych regulacji sprawiają, że nie ma podstaw do rozwoju i funkcjonowania księgarń niezależnych. Książki, które wydają dziennikarze to najczęściej obieg komercyjny, który być musi, ale ja mówię o...
… o literaturze?
Tak, o jakichś ważnych 30 procentach rynku. Jakiś czas temu czytałem artykuł, w którym pani Katarzyna Tubylewicz, która pracowała w Instytucie Polskim w Sztokholmie, w Monachium, innych miejscach, spaceruje po Warszawie i ze zdumieniem stwierdza, że np. z klasyki warszawskiej Bolesława Prusa dostępna jest tylko powieść „Emancypantki”. I to jest właśnie ten brakujący fragment rynku, niekomercyjny, nienastawiony na hity, to książki których później nie można sprzedawać w dyskontach w pakietach, z jeszcze większym upustem, z rabatem do 70 procent. To jest fundament, którego nam właśnie brakuje. Odbudowa obecności literatury klasycznej na rynku to wieloletni wysiłek, który nie może się obyć bez pieniędzy publicznych.

Jak samorząd odnosi się zarówno do „Czułego Barbarzyńcy”, jak i całego tego systemu? W Krakowie wpadli na pomysł, by księgarnie wpisać w katalog branż chronionych.
To dyskutowany, pilotażowy program, który wprowadzany jest w tym roku. Chociaż Kraków szczyci się tym, że jest stolicą literatury. Powinien mieć taki pakiet wprowadzony już cztery lata temu, kiedy dostał ten tytuł. Samorządy w sposób dość opieszały się tym zajmują. Na szczęście dla nas władze Warszawy zareagowały bardzo przychylnie, i mam nadzieję, że razem znajdziemy dobre miejsce dla „Czułego Barbarzyńcy”. Ale też samo miasto nie może wszystkiego rozwiązać. W Warszawie takie lokale, które są w zasobach miejskich, mają specjalne stawki dla instytucji, które prowadzą coś więcej niż tylko działalność komercyjną. A potrzebna jest interwencja na poziomie ustawodawcy, który by pokazał, że książka jest ważna, i żeby ten przykład również szedł w dół. We Francji w latach 80., też nastąpił gwałtowny rozwój komercyjnych sieci, supermarketów książkowych, powstało zagrożenie tradycyjnych księgarni i wtedy stworzono tzw. program Langa, który konsekwentnie wdrażano przez kilkadziesiąt lat, modyfikowany, bo rynek się zmieniał. Co pokazuje, że bez tego sygnału z „góry” nie ma co liczyć, że samorządy będą tutaj pionierem, bo one nie mają takich instrumentów. Wprowadzenie stałej ceny na książki to tylko jeden z elementów porządkowania rynku. Ustawa wyrówna siły pomiędzy małą, pojedynczą księgarnią a siecią, bo w warunkach rynkowych mała księgarnia nie ma szans się obronić. To rzecz oczywista, że lepszych warunków handlowych od sieci, która ma 30 czy 40 punktów nie wynegocjuje, będzie miała gorsze, a związku z tym będzie skazana na klęskę.

To jak się na to zapatruje „góra”? Jest nowy projekt ustawy?
Nie wiem, czy teraz nowy rząd w tym ferworze różnych spraw pomyślał o książce. Myślę, że środowisko księgarskie jest bardzo zdeterminowane, chociaż i nieco zniechęcone. Gotowa ustawa, która przeszła już przez wszystkie możliwe procedury została właściwie zaniechana w ostatnich dniach posiedzenia poprzedniego Sejmu. Jak się odbuduje to środowisko - nie wiem, bo przecież poszły już koszty na różne badania, analizy. Zobaczymy.

Wrócę do początków „Czułego Barbarzyńcy”, czyli do 2002 roku i tego momentu, kiedy księgarnio-kawiarnia, pierwsza taka w Warszawie, zaczęła działać. Obawiał się Pan, że ludzie nie przyjdą, że nie kupią pomysłu?
Zawsze, gdy robi się coś nietypowego, są obawy. Ale mówiąc szczerze, miałem wewnętrzne przekonanie, że to musi zadziałać. To typ przedsięwzięcia egoistycznego, ono wyrasta z własnych naszych potrzeb. Nie jest to wynik śledzenia rynku, szukania luk, gdzie jakaś „rada biznesu” mówi: „Wchodzimy w to”. Nie. To przedsięwzięcie osobiste i miałem przeczucie, że nie tylko ja potrzebuję takiego miejsca, nie tylko ja będę się czuł w tym miejscu dobrze. Wszystko wydarzyło się spontanicznie. Na początku działaliśmy jako wydawnictwo i pamiętam spotkania z księgarzami, kiedy mówili: „To będzie katastrofa, przecież ludzie zniszczą ci księgozbiór w dwa dni, zobaczysz, nie wypłacisz się, nie dasz rady”.
No bo jak można - jeść i czytać? (śmiech).
Proszę mi wierzyć, że w ciągu tych kilkunastu lat nie zdarzyła się taka sytuacja ani razu. Może gdzieś, w ferworze zabawy, dzieci mogły podczas Czułych Czytanek zniszczyć jakąś książkę, ale to zdarzenia ekstremalne; piętnaścioro bawiących się dzieci, to coś nie do okiełznania (śmiech). Ale później widać było, że pomysł się spodobał, bo tych miejsc, podobnych punktów pojawiało się sporo. Ale oczywiście najtrudniejsze jest utrzymanie poziomu. Nam się to udało przez kilkanaście lat. Dlatego zrobimy wszystko, by „Czuły Barbarzyńca” pojawił się na mapie Warszawy. Tym czasem oczywiście zapraszam na Piwną.

Od razu wiedział Pan, że to miejsce będzie się tak nazywać? Bo zachwyt nad Hrabalem, tym, co pisał, jest zachwytem bezwarunkowym?
Od razu wiedziałem, że to musi być ta nazwa, bo z nią wiąże się stosunek do świata; cała filozofia. Chodziło o odtworzenie atmosfery domu Hrabala, tej Grobli Wieczności, czy Nieskończoności, gdzie odbywały się spotkania pisarzy, malarzy, muzyków, twórców wszelkiego autoramentu, którzy się przez ten dom przewijali. To jest dokładnie kwintesencja tego ducha.

Dla Pana osobiście czym był „Czuły Barbarzyńca” na Dobrej?
Trudno to opisać. Całym światem, całym życiem. Ja tam spędzałem wszystkie dni w roku, cała moja rodzina, dzieci tam dorastały. Chyba już bardziej nie można się zżyć z miejscem i z ludźmi.

Jakby Pan scharakteryzował bywalców „Czułego Barbarzyńcy”?
Na pewno, niezależnie od zawodów, bo zawody uprawiają przeróżne, to ludzie, którzy są ciekawi świata, nowych odkryć. To ludzie, którzy chcą się rozwijać, spotykać innych ciekawych ludzi, którzy coś tworzą, animują, działają. To na pewno ludzie otwarci, poszukujący, no i co jest ważne w dzisiejszych czasach - mili. Kulturalni. To zanikające cechy.

Naprawdę?
Na świecie panuje dużo brutalności.

Chce Pan powiedzieć, że bywalcy „Czułego Barbarzyńcy” to ludzie przypominający bohaterów książek Hrabala, tacy, którzy nie bardzo nadawali się do życia w opresyjnym państwie, że z takich władza pożytku nie ma, że są nieżyciowi?
Często przychodzili ludzie bardzo „życiowi” - prawnicy, biznesmeni, ale myślę, że przyciągała ich atmosfera przede wszystkim spowolnienia i wyłączenia z rytmu pośpiesznego. Tak to było pomyślane, żeby tam się zapadać i wyłączać z szybkiego biegu. I atmosfera rodzących się idei, które tam powstawały, które unosiły się w powietrzu; ludzie, którzy piszą, notują, dyskutują, organizują projekty, koncerty, wystawy, stowarzyszenia, fundacje, manifestacje. Słowem - jak u Hrabala, ale nie w świecie opresji, tylko w świecie trochę bezdusznym, goniącym za wszelką cenę za sukcesem, za zyskiem. Ci bywalcy też oczywiście myślą o tym, żeby z czegoś żyć, mieć sukces, ale chcą po niego sięgnąć poprzez swoją pracę artystyczną, działalność, poprzez to, co tworzą. Myślę, że to było bezcenne.

Można powiedzieć, że wiązała ich outsiderstwo?
Może trochę tak, ale to też nie było nic demonstracyjnego. Staraliśmy się unikać outsiderstwa dla outsiderstwa. Żartowałem, że byliśmy świecką świątynią, do której mógł przyjść każdy: biznesmeni, prawnicy, deweloperzy, którzy czuli się dobrze, podobnie jak chłopak z ASP, który przyszedł wyklejać swoją pracę dyplomową i rozmawiać z nami o wystawie swoich dzieł.

Przychodzili politycy?
Oczywiście, przychodzili. Witaliśmy wszystkich z otwartymi ramionami, nawet jeśli był to polityk.
Pytanie, czy kupowali książki?
Owszem. Jeśli jest ciekawa oferta, książki są ciekawie pokazane i ciekawie opowiedziane, to ludzie kupują. To była, myślę, nasza mocna strona, że oferowaliśmy takie książki, których nie było nigdzie indziej, a jeżeli nawet czytelnicy je widzieli, to nie wiedzieli, jak się do nich dobrać: kim jest autor, czy to jest ciekawe, do czego to porównać? Nasza księgarnia spełniała też absolutnie pracę kulturową. Mówiliśmy o nowych pisarzach, zjawiskach, tendencjach. Mam nadzieję, że nadal będzie to nasza mocna strona, czyli bycie przewodnikiem w świecie książki. Książek ukazuje się wiele, zwłaszcza nowości, ale wymagają komentarza. Nawet najlepszy pisarz, jeżeli nie jest właściwie skomentowany, znika w tej zakrzyczanej ofercie książek. Literatura komercyjna jest niezbędna dla rynku książki i w Polsce ma się ona dobrze. Natomiast zupełnie zdechł ten obieg literatury poważniejszej.

O Panu mówi się, że z czułością podchodzi do książek. Jak ona się rodziła?
Miałem takie szczęście w życiu, że nigdy nie zastanawiałem się, co chcę robić. Pierwszą gazetę wydałem, gdy byłem w siódmej klasie podstawówki. To był kwartalnik literacki o wdzięcznej nazwie „Cztery Pory Roku” i na ile to było możliwe, już wtedy organizowałem wystawy. Wtedy wydawało mi się, że to były poważne wystawy (śmiech). Robiliśmy teatr, była muzyka. Ale muzyka przegrała z literaturą. I tak zostało. Marzenia o byciu wydawcą, o tym, kto wybiera książki, kto decyduje, dyskutuje. Nigdy nie pociągała mnie, choć miałem taki epizod, praca akademicka, opisywanie literatury. Nie. Chciałem być tam, gdzie rodzi się literatura, gdzie jest życie, energia.

Nigdy nie wyrzucił Pan żadnej książki, zastanawiam się, jak wygląda Pana mieszkanie? Wąskie ścieżki między regałami?
Nie wygląda jeszcze tak, jak mieszkanie pani profesor Marii Janion, ale ona jako samotny wilk może sobie pozwolić na większą nonszalancję. Ale księgozbiór jest spory, myślę, że mój prywatny osiągnął jakieś 15 tysięcy książek.

Jakie Pan ma rozwiązania, gdzie upchnąć takie ilości druku? Niektórzy przechodzą na e-booki.
Na pewno e-booki są wygodną formą, zwłaszcza dla ludzi, którzy się często przeprowadzają czy dużo podróżują, a lubią czytać. Nie jestem przeciwnikiem e-booków, one są dobrym uzupełnieniem rynku, myślę, że można przekonać młodzież do klasyki poprzez pokazanie jej właśnie na e-bookach. Ale za to też musi ktoś zapłacić, przygotować, opakować. Nie widzę żadnej komercyjnej instytucji, która by się chciała tym zająć, to trudny projekt, na zyski można liczyć po latach, a może się okazać, że to nie jest zyskowne, więc znów pieniądz publiczny wchodzi w grę. Ktoś musiałby podjąć taką decyzję, a to się rozpada, bo zaczyna się dyskusja, który klasyk jest dobry, a który niedobry. I tak klasycy umierają.

Widzi Pan teraz takie zakusy, wyznaczanie, który klasyk jest dobry, a który jest be?
Myślę, że na przykład Witold Gombrowicz nie będzie pieszczochem i specjalnie hołubionym pisarzem. Wszyscy ci odszczepieńcy, wyłączeni, kanciaści, nie będą pasować. Co kilka lat następuje przewartościowanie i debata o klasykach. To są gwałtowne i kategoryczne ataki. Brak umiarkowania i myślenia o pokazaniu całej różnorodności literatury. Czas najlepiej pokazał oczywistą listę - którzy pisarze przetrwali.

Pan się angażuje w politykę, chodzi na demonstracje KOD?
Od polityki staram się trzymać jak najdalej.

FLESZ: Polacy żyją krócej. Co nas zabija?

Wideo

Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych”i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Komentarze

Ta strona jest chroniona przez reCAPTCHA i obowiązują na niej polityka prywatności oraz warunki korzystania z usługi firmy Google. Dodając komentarz, akceptujesz regulamin oraz Politykę Prywatności.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Dodaj ogłoszenie