Bruksela skończy jak przekupki spod hali

Tomasz Wróblewski, wiceprezes Polskapresse
Raz w miesiącu jestem wysyłany po owoce i warzywa. Za każdym razem kończy się to kompromitacją. Przekupki pod halą wykorzystują moją ignorancję i swoje insiderskie informacje do wciśnięcia mi przysłowiowych kwaśnych jabłek.

Biorę to, czego świadome i stałe klientki nie chcą kupić. Jestem ofiarą tego, co ekonomista George Akerlof nazwał syndromem asymetrycznej informacji. W 2001 roku dostał Nobla za pokazanie, jak insiderskie informacje rujnują rynek. Akerlof posłużył się przykładem handlarza używanych samochodów, choć równie dobrze mógłby sięgnąć po moją przekupkę.

Dealer, dysponując informacjami na temat prawdziwego stanu technicznego samochodu, zapewnia sobie przewagę nad klientem. Wykorzystuje asymetrię informacyjną, a dokładniej - naciąga klientów. W krótkim czasie daje mu to pokaźny zysk, ale na dłuższą metę rujnuje rynek i w końcu jego samego. Klienci tracą zaufanie i z czasem unikają podejrzanie tanich handlarzy używanych samochodów. Akerlof wyliczył punkt, w którym brak zaufania staje się silniejszym czynnikiem od ceny.

Przekupka pod halą może jutro oferować mi truskawki nawet za 4 zł kobiałka, a ja i tak pójdę do hipermarketu, żeby nie narażać się na utyskiwania partnerki - coś ty znowu kupił?

Irlandia, najbardziej entuzjastyczny członek UE, obaliła najważniejszy prounijny traktat. Nie dlatego, że "cena była za wysoka", ale właśnie z braku zaufania. Irlandia była jedynym krajem, który głosował, równie dobrze mogłoby to być każde inne z 26 państw, które nie ratyfikowały traktatu lizbońskiego w referendum. Po prostu Europejczykom zbyt wiele razy już Bruksela wciskała kwaśne jabłka.

Już sama nazwa - traktat lizboński - została tak pomyślana, żeby nieświadomych politycznie obywateli Unii Europejskiej wprowadzić w błąd. W 90 proc. jest to ten sam dokument, który w 2005 roku Francuzi i Holendrzy odrzucili. Objętościowo może i cieńszy o kilkadziesiąt stron, ale to tylko zasługa czcionki i odległości między wierszami, a nie prostszej formuły, jak wmawiali nam członkowie komisji konstytucyjnej.

Język i intencje lobby brukselskiego zostały te same. Przewodniczący komisji Valery Giscard d'Estaing pytany o to, jak chce wyjść naprzeciw eurosceptykom, odpowiedział: - Opinia publiczna zostanie przekonana do przyjęcia tej wersji bez jej poznawania. Tej propozycji nie powinniśmy prezentować im bezpośrednio. Wszystkie wcześniejsze pomysły znajdą się w tekście, ale zostaną nieco ukryte. Były premier Belgii Jean-Luc Dehaene, dziś deputowany, na posiedzeniu komisji konstytucyjnej przekonywał wręcz swoich kolegów do utajnienia szczegółów obrad dotyczących planów wdrażania traktatu, żeby nie dawać przeciwnikom argumentów do ręki.

Władze Unii w klasyczny sposób wykorzystały swoją uprzywilejowaną pozycję (asymetrię informacyjną) dla osiągnięcia politycznego celu. Kiedy w ostatni poniedziałek kryzys zaufania osiągnął apogeum, komisja zachowywała się jak przekupka spod hali na gwałt polewająca wodą wysuszoną włoszczyznę. Komisja z dnia na dzień zawiesiła proces przeciwko irlandzkim szkołom katolickim preferującym przy naborze osoby wierzące. Przełożyła dyskusje nad krytycznymi dla irlandzkich eurosceptyków inicjatywami, jak subsydia rolne czy "harmonizacja systemu kalkulowania podatków korporacyjnych" - to taka unijna nowomowa na podniesienie CIT-u do poziomu Francji i Niemiec. Schowała problemy pod dywan.

Ale krzywa zaufania Akerlofa została już przekroczona. Tym bardziej że na liście wątpliwości wciąż pozostawało wiele niewyjaśnionych punktów. Jak choćby siła głosu Irlandii w przyszłych władzach Unii. Surowy wymóg miliona podpisów pod petycją do Komisji Europejskiej w dowolnej sprawie. Oznaczałoby to, że 25 proc. Irlandczyków musiałoby się podpisać pod listem, żeby ich postulaty zostały w Brukseli wysłuchane.

Atmosfery zaufania nie poprawił napastliwy ton pod adresem przeciwników traktatu nazywanych nacjonalistycznymi egoistami i wrogami demokracji. Mało kto zwrócił uwagę, że wśród tych "oszołomów" znalazł się też prezydent Niemiec Roman Herzog - mechanizmy kontroli demokratycznej przestają działać w Europie - ostrzegał. Skoro człowiek, który przewodniczył konwencji praw podstawowych, ma wątpliwości, to może problem jest poważniejszy niż nacjonalistyczna histeria.

Irlandia to bolesna nauczka, ale na razie tylko nauczka. Akerlof dowodził, że rynek można odratować, ale najpierw trzeba przywrócić równowagę informacyjną.

Obawy i wątpliwości sceptyków muszą być traktowane jako równoprawne poglądy, nieważne, jak błahe się nam wydają. Dziś już wiemy, że euroentuzjaści daleko nie zajdą na samym poczuciu intelektualnej przewagi nad euro-sceptykami.

Wideo

Komentarze

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Dodaj ogłoszenie