Boiskowe przesądy, czyli jak piłkarze pomagają swojemu szczęściu

Dorota Kowalska
Udostępnij:
Sikają na boisku, modlą się, zakładają slipki na lewą stronę, wszystko, żeby zaczarować rzeczywistość. W przesądy wierzą nie tylko piłkarze, ale też trenerzy, jeden z nich chodzi nawet systematycznie do wróżki. O czarach na piłkarskich boiskach pisze Dorota Kowalska

Mistrzostwa Europy w pełni, piłkarze strzelają bramki, kibice szaleją na stadionach i poza nimi, ale mało kto zdaje sobie sprawę, jakie rytuały i przesądy towarzyszą zawodnikom, zanim jeszcze wybiegną na boisko. A jest ich, co tu dużo mówić, całkiem sporo. - Każdy z nas w coś wierzy - wzrusza ramionami Jan Tomaszewski, poseł Prawa i Sprawiedliwości, jeden z najwybitniejszych bramkarzy w historii polskiej piłki nożnej. Tomaszewski zawsze na boisku miał coś założonego na lewą stronę, choćby slipki czy skarpetki. Podobnie jak rumuński piłkarz Adrian Mutu, który uważa, że granie z bielizną założoną na opak chroni go przed złymi mocami na boisku.

A skoro już jesteśmy przy bieliźnie, ponoć David Beckham wierzy w szczęście, które przynoszą mu majtki jego żony Victorii, nosi je zapewne w kieszeni spodenek, bo trudno sobie wyobrazić, aby wciągał je na siebie.

Ale wracając do Jana Tomaszewskiego, kiedy wbiegał na rozgrzewkę, starał się bardzo szybko strzelić piłkę do bramki. A potem nic już do niej nie wkładał, żadnych ręczników, butelek z piciem, sam też do bramki nie wchodził. Nawet, kiedy wybijał piłkę, rozbieg robił z boku słupa. - Chodziło o to, aby raz odczarować bramkę piłką i aby nic już do niej nie wpadło - tłumaczy.

Zabobony, jak podkreśla Tomaszewski, nabierają znaczenia zwłaszcza podczas meczów turniejowych, takich właśnie jak Mistrzostwa Europy. Wszyscy pamiętają, że Kazimierz Górski, legendarny trener naszej reprezentacji, w dniu spotkania nigdy nie golił zarostu, a inny selekcjoner Jerzy Engel nie wyszedł na boisko bez swojego słynnego już płaszcza. Przesądy można bowiem dzielić na te obowiązujące we wszystkich drużynach świata i te indywidualne.

Są przesądy, w które wierzą wszystkie drużyny świata: kobieta w szatni to pech, w autobusie jadącym na mecz trzeba zająć zawsze to samo miejsce, najlepiej słuchać też zawsze tej samej muzyki

Do pierwszych zaliczane są wszelkie zabobony związane z autokarem wiozącym zawodników na mecz. Cała ekipa pilnuje, aby kierowca pod żadnym pozorem nie cofał. Jeżeli to bezwzględnie konieczne, drużyna na czas manewru grzecznie wysiada z wozu. Kolejna sprawa: kobieta. W autokarze lub szatni jest zapowiedzią najgorszego z możliwych scenariuszy. - Kiedy już się pojawi, wiadomo, że będziemy grać nie tylko przeciwko innej drużynie, ale i przeciw złym mocom - tłumaczy Dariusz Dziekanowski, były zawodnik kadry. - Kiedy po drodze mijamy pogrzeb, to dobry znak, kiedy mijamy wesele, znaczy, że będzie źle - dodaje.
Dziekanowski ma też indywidualny przesąd: nigdy nie założy na siebie koszulki z numerem trzynaście. Kiedyś na zgrupowaniu juniorów trener, mimo że się bronił, kazał mu taką ubrać i wypuścił na kilka minut do gry. - Nie dość, że się potknąłem o własne nogi, to jeszcze upadłem tak nieszczęśliwe, że miałem poobijaną rękę - mówi. Od tej pory trzynastka dla niego nie istnieje.

Do zabobonów obowiązujących w niemal całym piłkarskim świecie należy także ten, aby zawsze w drodze na mecz siedzieć w autokarze na tym samym miejscu. John Terry, reprezentant Anglii, kapitan drużyny Chelsea FC, słucha w drodze na stadion zawsze tych samych utworów, parkuje samochód na Stamford Bridge zawsze w tym samym miejscu i trzykrotnie owija taśmą getry. Ale, jak sam przyznaje, jest bardzo przesądny. I tu dochodzimy do indywidualnych rytuałów, które towarzyszą piłkarzom. Sebastian Mila, pomocnik, reprezentant Polski, zawsze przed meczem wkłada najpierw lewego buta, z szatni wychodzi ostatni, nigdy, jak podkreśla, przed chłopakami.

- A na rozgrzewce zawsze mam inne getry niż podczas meczu - dorzuca.

Strój i sposób jego zakładania, o czym świadczy chociażby wspomniany już przykład Tomaszewskiego czy Beckhama, ma dla piłkarzy ogromne znaczenie.

Bramkarz Liverpoolu Pepe Reina oprócz tego, że przed każdym meczem musi zatankować swój samochód do pełna oraz zaparkować go zawsze na tym samym miejscu przed stadionem, podczas przebierania się w klubowy strój, zachowuje taką samą kolejność zakładania poszczególnych jego elementów, podobnie sprawa wygląda, kiedy przychodzi czas na rozbieranie. Z kolei Bobby Moore, były kapitan reprezentacji Anglii, zawsze zakładał swoje spodenki jako ostatnia osoba z drużyny. Łukasz Madej, zawodnik Śląska Wrocław, zaczyna się z kolei przebierać dokładnie 25 minut przed rozgrzewką i żadnych odstępstw od tej reguły nie uznaje.

Dość powszechnym rytuałem piłkarzy jest też noszenie tej samej bielizny. Tak postępowali w każdym meczu Rumun Adrian Mutu i bramkarz reprezentacji Kolumbii Rene Higuita. Ich bielizna musiała być w kolorze niebieskim.

Ale tak jak koloru bielizny noszonej przez piłkarzy kibice raczej zobaczyć nie mogą, to wiele rytuałów dzieje się właściwie na ich oczach.
Podczas mistrzostw świata w 1998 r. we Francji stoper Laurent Blanc przed każdym meczem całował w łysinę bramkarza drużyny Fabiena Bartheza. Ten zwyczaj okazał się bardzo skuteczny, bo Francuzi zdobyli Puchar Świata, do czego miał przyczynić się ponoć także fakt, że Niebiescy zanim wybiegli na boisko słuchali przeboju Glorii Gaynor "I will survive". Wielu z nas jest nieco zdziwionych, bo Mario Gomez, zawodnik drużyny Niemiec, który wbił właśnie Holandii dwa gole, a w sumie na Euro zdobył już trzy bramki, nigdy nie śpiewa hymnu narodowego. Co, jak się okazuje, wcale nie znaczy, że Gomezowi brakuje patriotyzmu. Po prostu: ten świetny napastnik naszych zachodnich sąsiadów będąc w drużynie juniorów, podczas jakiegoś meczu zapomniał zaśpiewać hymnu narodowego. Kiedy sędzia odgwizdał początek spotkania, już po kilkunastu minutach strzelił gola. To był dla niego znak. Od tego czasu, kiedy przed meczami jego koledzy śpiewają hymn, on milczy jak zaklęty.

Cristiano Ronaldo zawsze wchodzi na boisko, zaczynając od prawej nogi. Rio Ferdinand, obrońca reprezentacji Anglii, przeskakuje nad białymi liniami boiska i oblewa twarz wodą w tunelu w drodze na mecz. Jest też spora grupa piłkarzy, którzy cały czas grają z obandażowaną ręką czy kolanem. Ale nie dlatego, że nabawili się kontuzji, wierzą, że ten bandaż przyniesie im szczęście. Takiego przekonania nabrali najczęściej wtedy, kiedy opatrunek nosić musieli z powodu takiego czy innego urazu. A jeśli strzelili wtedy gola, zagrali świetny mecz? Właśnie! Może powodem była nie tylko świetna forma, ale właśnie ten kawałek materiału na kończynie. Więc lepiej dmuchać na zimne i nosić cenny amulet cały czas przy sobie.

I jeśli takie obrazki mogą nas dziwić, ale nie szokować, to szokować mógł dość nietypowy zwyczaj bramkarza Argentyny Sergio Goycochea, który wsławił się świetnymi obronami karnych podczas Mistrzostw Świata w 1990 r. we Włoszech. Goycochea był bardziej niż pewny, że jego gra jest związana z sikaniem na boisku. Osłaniany przez kolegów załatwiał swoje potrzeby na środku boiska. Wierzyć, nie wierzyć, Argentyna wygrała konkurs rzutów karnych z Jugosławią i Włochami. Ponieważ zadziałało, Goycochea sikał także na murawie przed rzutami karnymi turnieju Copa America w 1993 r. przeciwko Brazylii i Kolumbii. Swoją drogą Argentyna wygrała te mistrzostwa.

W przeciwieństwie do sikających zawodników powszechnym obrazkiem na światowych boiskach jest widok modlących się piłkarzy. Przemysław Tytoń, który obronił karnego z Grekami, przyklęka przy tym na kolano, czym zwraca uwagę kibiców zebranych na stadionie. Niektórzy piłkarze, zwłaszcza Portugalczycy i Hiszpanie, robią trzy razy znak krzyża, wbiegając na boisko, inni szepcą pod nosem modlitwę i wznoszą oczy do nieba. W każdym razie liczba tych, którzy liczą na boską pomoc w sportowych zmaganiach, jest w piłkarskim świecie całkiem spora.
Tyle zawodnicy, ale przecież nie tylko oni są aktorami tego wielkiego, sportowego przedstawienia. Równie ważne role, choć najczęściej nie pierwszoplanowe, odgrywają trenerzy. Oni też mocno wierzą w przesądy. O Kazimierzu Górskim i Jerzym Engelu już było, ale taki na przykład były trener reprezentacji Argentyny Carlos Bilardo podczas mistrzostw świata w 1986 i 1990 zakładał ten sam krawat. Ale też elementy ubioru, krawaty, płaszcze swetry, marynarki czy buty bardzo często wśród trenerskiej braci nabierają charakteru talizmanów, które trzeba mieć przy sobie podczas każdego spotkania.

Z kolei Stuart Pearce, były piłkarz reprezentacji Anglii, kiedy był trenerem Manchesteru City, stawiał na ławce rezerwowych maskotkę.

Raymond Domenech, były francuski piłkarz, a obecnie trener, przy doborze zawodników do drużyny kierował się ich znakami zodiaku, wiadomo, jak wielkie jest ich znaczenie. Trener Realu Madryt Jose Mourinho zawsze siada na ławce z notesem i długopisem.

Za to były selekcjoner reprezentacji Hiszpanii Luis Aragones zabraniał swoim podopiecznym zakładania ubrań w kolorze żółtym, bo uważał ten kolor za pechowy.

Trenerzy włoscy też czarowali rzeczywistość. Romeo Anconetani przed każdym meczem rozsypywał sól przed drzwiami szatni swojego zespołu, a pod stołem układał papryczki. Giovanni Trapattoni jako trener włoskiej reprezentacji (obecnie jest selekcjonerem Irlandii) podczas mistrzostw świata w Korei i Japonii, dbał o to, aby ławka trenerska była pokropiona wodą święconą.

Pytanie, czemu mają służyć te wszystkie rytuały. - Każdy z nas robi wszystko, aby było jak najlepiej - ocenia Sebastian Mila. Pewnie, bo jeśli slipki założone na lewą stronę mają dopomóc szczęściu, to czemu nie.

Dorota Kowalska

Wideo

Komentarze

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Dodaj ogłoszenie