18+

Treść tylko dla pełnoletnich

Kolejna strona może zawierać treści nieodpowiednie dla osób niepełnoletnich. Jeśli chcesz do niej dotrzeć, wybierz niżej odpowiedni przycisk!

Bogata Szwajcaria zamyka się przed imigrantami. Czy to jej zaszkodzi?

Anna PrzybyllZaktualizowano 
Szwajcarzy opowiedzieli się za wprowadzeniem limitów dla imigrantów. Komisja Europejska już mówi o działaniach odwetowych. Głosowanie Szwajcarów może się jednak obrócić przeciwko gospodarce tego bogatego kraju.

Szwajcaria, tradycyjny azyl dla politycznych uciekinierów z Europy, zaryglował drzwi. Rząd wydał nowe instrukcje, ogłaszając, że odtąd "obcokrajowcy niewarci azylu z powodu nikczemnych działań lub czynów, lub nastawienia łamiącego szwajcarskie interesy nie będą w żadnym wypadku przyjmowani" - tak mógłby brzmieć tekst prasowy sprzed kilku dni. A jednak pochodzi z magazynu "Time" z 14 sierpnia 1944 r. Wtedy - przynajmniej oficjalnie - był sprawiedliwie wymierzony w nazistów i obywateli reżimu Vichy. Dziś zaostrzone kontrowersyjne antyimigracyjne prawo dotknie osób z innych państw Unii Europejskiej, działając według szwajcarskiego kaprysu.

W niedzielnym referendum w sprawie ograniczenia masowej imigracji podwójna większość Szwajcarów opowiedziała się za przywróceniem limitów dotyczących zagranicznych pracowników. Według oficjalnych wyników chce tego 50,3 proc. wyborców i większość kantonów. Wygrane nieznaczną większością przez zwolenników ograniczenia imigracji referendum było rozpisane na wniosek populistycznej liberalno-prawicowej Szwajcarskiej Partii Ludowej (SVP). Przeciwnych propozycji SVP było 49,7 proc. głosujących. Różnica między zwolennikami a przeciwnikami ograniczenia imigracji wyniosła nieco mniej niż 30 tys. głosów. Frekwencja wyborcza wyniosła 56 proc. i należała do najwyższych w ciągu dziesięciolecia.

Naród przemówił, UE ukarze
Wrew negatywnej opinii o referendum, jaką wyraził rząd, parlament, prezydent i środowiska biznesowe szwajcarska minister sprawiedliwości Simonetta Sommaruga wynik głosowanie nazwała "kluczową decyzją o daleko idących konsekwencjach".

Według niej "obywatele szwajcarscy przyjęli inicjatywę »przeciwko masowej imigracji« i opowiedzieli się za zmianą szwajcarskiej polityki imigracyjnej". Minister dodała, że "Rada Federalna (rząd) bezzwłocznie zajmie się pracami nad wdrożeniem decyzji ludu".

Przywrócenie limitów dotyczących zagranicznych pracowników wiąże się też z ograniczeniem uprawnień imigrantów do zasiłków i preferowaniem obywateli szwajcarskich przy zapełnianiu wakatów.

Wyniku głosowania pogratulowali Szwajcarii w mediach przedstawiciele eurosceptycznych partii z Francji, Holandii, Austrii i krajów skandynawskich. Nigel Farage, przewodniczący UKIP, największej brytyjskiej partii eurosceptycznej, pochwalił Szwajcarów za wynik referendum i wyraził nadzieję, że zachęci on inne kraje do pójścia tą samą drogą. - To wspaniała wiadomość dla miłośników narodowej suwerenności i wolności w całej Europie - oświadczył eurodeputowany. Dodał, że "mądra i silna Szwajcaria postawiła się zastraszaniu i groźbom nieobieralnych biurokratów z Brukseli". - Co mogli zrobić Szwajcarzy, możemy i my - wtórował mu Geert Wilders, lider holenderskiej Partii Wolności.

Przyjęcie wniosku SVP zaszkodzi relacjom Szwajcarii z Unią Europejską, ponieważ Berno będzie musiało w ciągu trzech lat renegocjować dwustronne porozumienie dotyczące swobodnego przepływu osób zawarte z UE w 2002 r. lub je anulować.

Szwajcarzy wcześniej trzykrotnie głosowali w sprawie wolnego przepływu ludzi: w maju 2000 r. i następnie w 2005 i 2009 r. w sprawie rozszerzenia umowy z UE o nowych członków Unii.

Rzeczniczka KE Pia Ahrenkilde Hansen podkreśliła, że swobodny przepływ osób jest wpisany w dwustronną umowę zawartą między UE a Szwajcarią. Zapowiedziała, że KE oceni konsekwencje tego referendum dla relacji UE - Szwajcaria. Poza tym od grudnia 2008 r. Szwajcaria jest w strefie Schengen i zniosła kontrole na granicach z UE. A jeśli chciałaby wprowadzić limity dotyczące zagranicznych pracowników, takie kontrole musiałyby być przywrócone.

Hansen przypomniała, że dwustronne porozumienia dają także Szwajcarii dostęp do unijnego wspólnego rynku, więc UE nie może zaakceptować restrykcji, jakie zostały przegłosowane w niedzielnym referendum. - To może mieć wpływ na inne nasze porozumienia ze Szwajcarią - powiedziała rzeczniczka. I to w kluczowych dla tego kraju dziedzinach, jak np. rozwój nauki.

Dosłownie na ostatniej prostej zawieszone zostały rozmowy o udziale Konfederacji w wartym 77 mld euro programie badawczym UE. Poszkodowane zostaną uniwersytety szwajcarskie, bo w ramach programu miały otrzymać granty wysokości 540 mln euro. Program był przewidziany na siedem lat.

Katastrofa dla gospodarki
Bank Credit Suisse ogłosił, że zamknięcie granic dla imigrantów może w długiej perspektywie "poważnie zaszkodzić" gospodarce. A to dlatego, że 56 proc. szwajcarskiego eksportu trafia na unijny rynek. Jeśli KE nałoży na Szwajcarię cła, będzie to zabójcze dla tego kraju.

Kwoty imigracyjne odczuje też rynek pracy. W Szwajcarii żyje 8 mln osób, czyli mniej niż równowartość 2 proc. obywateli UE, a równocześnie siedzibę ma 5 z 50 największych europejskich firm oraz wiele mniejszych. Szwajcaria, gdyby była w UE, miałaby najwyższy odsetek imigrantów - 23 proc. mieszkańców kraju nie posiada obywatelstwa Helwecji. Z tego 63 proc. pochodzi z państw Unii Europejskie lub EOG. Kraj jest też atrakcyjnym krajem imigracyjnym, gdyż w zasadzie nie zna problemu bezrobocia, które oscyluje na poziomie 3,5 proc., a stale potrzebuje uzupełniać braki kadrowe w konkretnych zawodach.

Stąd Szwajcaria polega w dużej mierze na wysoko wykwalifikowanych imigrantach z UE, którzy uzupełniają personel szwajcarskiego sektora prywatnego. Szwajcaria, gdzie tylko 20 proc. uczniów robi maturę (2/3 w wieku 16 lat decyduje się na szkołę zawodową), a dyplom ukończenia wyższej uczelni ma 18 proc. obywateli, może mieć poważny kłopot z wypełnieniem ewentualnej "luki menedżerskiej". W ubiegłym roku do tego kraju przeniosło się ok. 80 tys. obcokrajowców. Nowe prawo mocno ograniczy tę liczbę.
Doświadczenie pokazuje, że na groźbach społeczności międzynarodowej zapewne się skończy, a wola ludu zostanie uwzględniona w szwajcarskim porządku prawnym. Kiedy 29 listopada 2009 r. 57 proc. uczestników referendum ogłoszonego również przez SVP opowiedziało się za zakazem budowy meczetów z minaretami dla 400-tysięcznej wspólnoty muzułmańskiej, sankcjami i zamrożeniem kontaktów groziły Szwajcarii ONZ, UE i Rada Europy. Ówczesna minister sprawiedliwości Eveline Widmer--Schlumpf zapewniała, że władze zrobią wszystko, aby wynik referendum nie stał się prawem. Jednak wbrew oczekiwaniom liberalnych działaczy w lipcu 2011 r. Europejski Trybunał Praw Człowieka w Strasburgu oddalił skargi ugrupowań muzułmańskich na zakaz budowy świątyń. Siedmiu sędziów uznało, że skarżący, czyli były rzecznik meczetu w Genewie i kilka ugrupowań muzułmanów, nie mają podstaw, aby uważać się za ofiary złamania praw człowieka. I więcej minaretów, poza czterema już istniejącymi (w Zurychu, Genewie, Winterthur i Wangen bei Olten) republika alpejska nie ujrzy.

Ksenofobia we włoskim kantonie
Szwajcarzy zagłosowali zgodnie z zasadą, że "boimy się tego, czego nie znamy". Kantony z największym odsetkiem osób z obcym paszportem nie chciały kwot antyimigracyjnych, a małe kantony ze środkowej Szwajcarii, z mniejszym odsetkiem "obcych", były "za". Podział poglądów przebiega wzdłuż linii języka i wielkości miast. Francuskojęzyczne kantony popierają współpracę z UE, są bardziej lewicowe i proimigracyjne. Kantony niemieckie są bardziej przeciwne UE, mocniej prawicowe i popierają w większym stopniu kontrolę imigracji. Najmocniej za uszczelnieniem granicy opowiedział się szczególnie ksenofobiczny kanton Ticino, jedyny, w którym mówi się po włosku. Największe miasta, jak Zurych, Genewa, Bazylea czy Berno z wyższym odsetkiem imigrantów, a co za tym idzie - wyższą stopą bezrobocia, opowiedziały się przeciwko kwotom. Na wsiach i w małych miasteczkach, gdzie bezrobocia prawie nie ma, ludzie głosowali przeciwko imigracji.

2010 r. przyniósł skandal z ksenofobicznymi hasłami wzywającymi do przepędzenia zagranicznych robotników z kantonu Ticino. "Precz z włoskimi szczurami!" - takie hasło pojawiło się na plakatach w Bellizonie i Locarno. W jedynym włoskojęzycznym kantonie Szwajcarii liczącym 340 tys. mieszkańców pracuje około 45 tys. obywateli Włoch, najczęściej przy niskopłatnych nieciekawych pracach, których nie podejmują się Szwajcarzy. Chęć wyrzucenia ich ze Szwajcarii wydaje się podobnie niezrozumiała jak wola pozbycia się wschodnich Europejczyków z Wielkiej Brytanii, którzy pracują w rzeźniach albo "na zmywaku".

Teraz w tym samym regionie z radością przyjęto wynik ostatniego referendum. "Tak dalej być nie może, napływ obcokrajowców musi być ograniczony: kontestując rząd, parlament, biznes, związki zawodowe i przeważającą liczbę partii politycznych, Szwajcarzy zafundowali dziś narodowej polityce ekonomicznej poważny wstrząs" - nie krył radości dziennik "Corriere del Ticino".

Nielubiani Niemcy
Prawica uderzyła w czasie kampanii referendalnej w antyniemieckie nastroje. Na plakatach zachęcających do poparcia inicjatywy SVP widniały ludki w czarnych strojach depczące czerwoną powierzchnię ze szwajcarskim krzyżem. To nie pierwszy raz w ostatnich latach, gdy Niemcom mówi się, że są persona non grata na helweckiej ziemi.

W październiku 2007 r. prasa donosiła o Katrin Wilde, pierwszej w historii Niemce prowadzącej poranek w Radio Energy Zurych. "Szkoda, że w Niemczech nie ma już pieców gazowych. Tam powinna pani trafić" - listy takiej treści dostawała od słuchaczy wściekłych, że w rodzimej stacji muszą słuchać akcentu rodem z okolic Saarbrücken. A zamiast rodzimego "Grüezi" są o poranku witani słowami "Guten Morgen". Przez 3 miesiące przyszło aż 600 mejli, większość nieprzyjaznych i rasistowskich, a trzy grożące życiu Katrin. Groźby obróciły się w czyny - 22-letniej dziennikarce zniszczono samochód, a wykończona psychicznie kobieta wróciła do ojczyzny.

Od lat niemiecki akcent oznacza szykany - studentów nie wpuszcza się do dyskotek, wykładowców wyższych uczelni zmusza się do prowadzenia zajęć w dialekcie szwajcarskim, a pracowników wyższego szczebla wyzywa od "hitlerowców".

Od 2004 r., gdy Szwajcaria podpisała z UE umowę o przepływie osób, ok. 25 tys. Niemców przeniosło się do tego kraju, stając się drugą co do wielkości mniejszością narodową, tuż po Włochach, liczącą obecnie ok. 300 tys. osób. W przeciwieństwie jednak do przybyszów z Południa, Niemcy pracują w prestiżowych branżach, jak medycyna, architektura, prawo czy bankowość.

Szwajcarzy, oględnie mówiąc, nie przepadają za aroganckimi Niemcami. W maju 2009 r. podnieśli bunt, gdy minister finansów RFN Peer Steinbrück skrytykował ich mechanizmy bankowe ułatwiające omijanie płacenia podatków w Niemczech, porównując Helwecję do Burkina Faso.

Pomimo nagonki na Niemców prasa zza Odry odniosła się do wyniku referendum krytycznie, ale ze zrozumieniem. Dziennik "Frankfurter Allgemeine Zeitung" ocenił, że wynik referendum jest "największą porażką rządu i politycznych partii oraz pracodawców i związków zawodowych od czasu wypowiedzenia się przez Szwajcarów w 1992 r. przeciwko przystąpieniu do Europejskiego Obszaru Gospodarczego". "Berliner Zeitung" podkreślił w komentarzu, że odsetek cudzoziemców (23 proc.) jest w Szwajcarii prawie trzy razy wyższy niż w Niemczech, gdzie wynosi 9 proc., stąd obawy Szwajcarów przed nadmiernym napływem obcej ludności wydają się uzasadnione.

Niedługo kolejne referendum
Jak podaje niemiecki tygodnik "Stern", inicjatywa SVP nie będzie jedyną w tym roku, która zostanie poddana referendum. Szwajcarskie stowarzyszenie ekologiczne, Ekologia i Populacja (Ecopop), chce pójść dalej niż SVP, i nie tylko wprowadzić ograniczenia dla napływu nowych imigrantów, ale wpisać ich maksymalny odsetek do konstytucji. Sekretarz stanu Yves Rossier reprezentujący Szwajcarię w Brukseli nazwał liczącą 1,5 tys. działaczy organizację Ecopop "ekofaszystami".

Ważny aktywista Ecopop Andreas Thommen, 47-letni gospodarz z Effingen, wsi na północy Szwajcarii, liczącej 600 mieszkańców, uważa, że należy ograniczyć przyrost imigrantów w społeczeństwie do 0,2 proc. rocznie. Chodzi o to, aby liczba mieszkańców Szwajcarii nie przekraczała "poziomu, który byłby zgodny z trwałą ochroną zasobów naturalnych". Więcej ludzi oznacza nadmierny hałas, nadprodukcję dwutlenku węgla i brak miejsca. - Jeśli boom budowlany będzie się rozwijał w takim tempie, jak teraz, to w końcu cała Szwajcaria zostanie zabetonowana - mówi Thommen. Na początku listopada 2012 r. tekst inicjatywy "Stop nadmiernej populacji - tak dla trwałej ochrony zasobów naturalnych" podpisało ponad 120 tys. osób, przekraczając tym samym próg 100 tys. podpisów koniecznych w Szwajcarii do zorganizowania referendum.

Uszczelnienie granic to kolejna przeszkoda w dostaniu się do "raju w środku Europy". Szwajcaria i tak ma najbardziej drakońskie prawo naturalizacyjne na kontynencie. Aby się ubiegać o obywatelstwo helweckie, trzeba mieszkać tam nieprzerwanie co najmniej 12 lat, wzorowo płacić podatki i nie mieć zatargów z prawem. Nawet po spełnieniu tych warunków łatwo można przepaść na wymagającym teście językowym i szczegółowej rozmowie motywacyjnej.

Mimo to wciąż dużo osób stara się o paszport kraju, który według ubiegłorocznej analizy firmy Economist Intelligence Unit jest najlepszym krajem na świecie, aby się w nim urodzić. Jeszcze w 1988 r. Szwajcaria plasowała się na 13. miejscu w tym rankingu. W 2011 r. 36 tys. osób otrzymało szwajcarski paszport.

polecane: Flesz - e-papieros zagraża zdrowiu

Wideo

Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych”i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Komentarze

Ta strona jest chroniona przez reCAPTCHA i obowiązują na niej polityka prywatności oraz warunki korzystania z usługi firmy Google. Dodając komentarz, akceptujesz regulamin oraz Politykę Prywatności.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Dodaj ogłoszenie