Bóg się rodzi, ktoś odchodzi...

Paweł Zarzeczny
Paweł Zarzeczny
Paweł Zarzeczny Fot. Polskapresse
Kolega mnie właśnie ochrzanił, że nie jestem zbyt mądry, że życie zmarnowałem (sporo ludzi tak mówi, dalej mi zazdrośćcie i złorzeczcie). Ja mu na to - temu koledze, co mi współczuje tak boleśnie - na absolutnym luzie: - Każdy mężczyzna ma w życiu trzy rzeczy do zrobienia: spłodzenie syna, zbudowanie domu, zasadzenie drzewa. Ja mam to wszystko. A ty, co zrobiłeś poza gadaniem? Poza prawieniem mi nauk? Masz cokolwiek poza jęzorem? Zamilkł.

Co wyście zrobili poza gadaniem? Kupiliście rower z przerzutką? Narty? Plastykowy basen? Pączki? Różę na randkę za złotówkę? To nie ja, to Wy zmarnowaliście życie, które zaczyna się Narodzeniem.
Wigilia. Spotkają się młodzi, gniewni, pryszczaci, którzy wiedzą jedynie, jak wygląda litera "o", ze starymi, których przeczołgało życie. Czasem mocno. U Jezusa to życie trwało 33 lata. U nas ma trwać 67. Męka Pańska. Nie myślicie czasem, że Jezus był samobójcą, z wyboru, widząc, jak wiele lat pracy czeka go jako stolarza?

CZYTAJ TEŻ: Zarzeczny: Jak zabić Świętego Mikołaja

Wigilia Bożego Narodzenia. Dzieciątka Jezus, zawsze mylnie nazywanego Bogiem, bo Bogiem jest jego Ojciec. On, świeżo narodzony Jezusek, jest tylko nadzieją, wiarą i jest kimś optymistycznym, zbawcą. On urodził się w zwykłej rodzinie w Betlejem, dziś nazwalibyśmy tę rodzinę niepełną, może patologiczną nawet, bez własnego mieszkania, telewizora, komórki, komputera. Jezus wykonywał zwyczajny zawód, robił krzesła. Co się więc stało, że od dnia Jego narodzin liczy się daty w Polsce, w Rosji, w Stanach Zjednoczonych? Wszędzie? Przecież nie z pragmatyki. Po prostu z obserwacji, że ten człowiek tak wiele wycierpiał w dobrej sprawie. I im bardziej chciał pomóc ludziom, tym bardziej był pomiatany. Poniżany. Lekceważony. Zeszmacony. Każdy normalny człowiek mu współczuł. Zwłaszcza męczeńskiej śmierci, kiedy wołał z Krzyża: "Ojcze, czemuś mnie opuścił?". On, niemal Bóg, czuł się opuszczony... Jak każdy z nas.

Bo tak jest do dziś. Ale wyznawcy Jezusa trwają. I ja trwam. Tyle że nie nazywamy się opuszczeni, tylko wykluczeni. Modlimy się. Śmiejcie się z nas i obchodźcie narodziny kota. Jezus nawet Was by pobłogosławił: "Boże, wybacz im, bo nie wiedzą co czynią".

Wszyscy byliśmy biednymi Jezuskami, potrzebującymi Matki, potem niejeden z nas się wykoleił. Bo też oczekiwania są większe niż możliwości

Ja z całej religii i rozlicznych Bogów, no więc z naszej Trójcy Świętej, najbardziej przyrównać się mogę do Jezusa właśnie. Urodziłem się w totalnej biedzie, z zamordowanymi rodzicami, miałem cztery lata. Wzięła mnie pod opiekę, z domu dziecka, ciotka. To może było w okolicach Bożego Narodzenia nawet. Zapytałem ją, to może było najważniejsze nawet pytanie mojego życia: - Ciociu, czy mogę do cioci mówić Mamo? - to było takie moje dziecinne, błagalne poszukiwanie oparcia. Kogoś, kto dopiero się narodził, ledwo chodził... A już poczuł ciężar Krzyża. No i na pytanie, czy mogę mówić: "Mamo", Ciotka odpowiedziała mechanicznie, bez najmniejszego chyba zastanowienia... - Nie.

Nigdy nie dostaliście tak w głowę siekierą, młotkiem, obuchem, że ktoś nie daje ci miłości, choć chce ją dać. Oj, ciociu, to był znak, że Duch Święty na sekundę Cię opuścił. I rozum. I serce, którego dałaś mi tak wiele. Ja płaczę z tego powodu do dziś, a to pół wieku prawie… Boże, miłość, tak bezinteresowna i w sumie tania, tu znalazła granicę. Co byś, moja ciociu, straciła? Szacunek u sąsiadów? Bo bym mówił: "Mamo"?
No więc Jezus miał podobnie, kiepsko, same problemy. Nie miał biologicznego ojca, ciąża matki była wątpliwa, a jednak się zdarzyło! Bóg się rodzi! Moc truchleje!

CZYTAJ TEŻ: Maher: Prezenty świąteczne - udręka każdego mężczyzny

Boże Narodzenie. Tak się zdarza, że poród nieoczekiwane nadsyła owoce. Ja miałem dwa narodzenia dzieci. Pierwsze - jakoś tak szybko, miałem 19 lat, chłopak, niestety totalny paralityk w piłkę, nawet ja lepiej grałem (za to geniusz). Narodziny córki? Jechałem na mecz do Łodzi i żona prosi, weź mnie ze sobą… Była w ósmym miesiącu, spoko, Widzew grał z kimś tam (to znaczy wiem z kim, ale to nieistotne), w składzie dwóch superlegionistów: Michalski i Szczęsny. Źle się czuli na niepewnym gruncie, ale nie pękali. No i po meczu ja żonę do ciotki, na pogaduchy, a z nimi na żeberka z piwem. Koło północy jadę po nią (to znaczy mój druh, brat "Drzewka" prowadzi, Janek), a przed blokiem karetka na sygnale. I ktoś mówi - pana żona właśnie rodzi, na sedesie... Brrr... I wiecie, co stało się dalej tej nocy, nocy narodzenia?

Okazało się, że jesteśmy pięć minut od Centrum Zdrowia Matki Polki, z najdoskonalszym zespołem medycznym. Żona po 10 minutach była na stole. Córeczka ważyła jakieś półtora kilo, roślinka, ale przeżyła, w inkubatorku. Na który trochę wcześniej, nieświadomie, składałem się w Wielkiej Orkiestrze. Tak, ja przeżyłem też swój cud narodzenia. A dziś - półtora kilo to ona ma w jednej łydce...

Narodzenie to przyjście na świat naszych dzieci. Albo takich, których lubimy. Właśnie poznałem się z Bogusią Małecką z Suwałk. Jej syn Patryk jest liderem Wisły Kraków, mistrza Polski w gałę, generalnie rządzi szatnią i Rynkiem. I pytam jej, jak się ten chłopiec, nasza nadzieja na Euro, rodził, poza tym, że w bólach. I ona mówi, że… nagle! Trudno, jak to poród! Że ojciec się zmył, wyglądało to na totalną wpadkę, nędza, cztery posady, żeby związać koniec z końcem… Aż nagle ktoś jej mówi, że chłopakowi, temu niby bez przyszłości, klei się do nogi piłka. Temu Patrykowi. A potem - on strzela w jednym sezonie w Wigrach Suwałki jako nastolatek nie 10 goli, i nie 20 goli. Nie 30 goli i nie 50. No to ile? 80 goli! 80 goli w jednym roku. To nie jest Boże Narodzenie? Nie jest cud narodzin?

Chrystus się rodzi, Pan Bóg nadchodzi! Niech każdemu z Was moich cierpliwych Czytelników zdarzy się takie Narodzenie. Nie krawat pod choinką, nie perfumy, ale dziecko! Pamiętajcie, że dziecko jest tu najważniejsze. To dla niego Mikołaj i cała - dobre określenie - szopka! Nie musi to być Wasze dziecko, może sąsiada, czyjeś dzieci, wnuczek, kuzynka - nowe życie! Tak patrzcie na choinkę, ona zwiastuje plon, nawet jak zapowiada się źle. Wrzaskiem, płaczem, bólem, szokiem. Boże Narodzenie to jednak wiara. W coś lepszego, kiedy nie może być gorzej. Jak teraz.
Boże Narodzenie oznacza jednak, że jak ktoś się rodzi, to ktoś musi odejść. W sensie dosłownym. Ja odchodzę (koniec gwarancji, mam okres pogwarancyjny bardzo niepewny). Co dalej? W 2012 podobno nastąpić ma koniec świata. Nie wierzę, bo żadne przepowiednie się nie sprawdzają, zwłaszcza ekonomistów. Moje się sprawdzają co do joty - mówiłem, żeby nie okupować Afganistanu. Jezus dałby się ukrzyżować, ale na cudzy teren nie ważyłby się wejść. Czy ten Jezus, jego idee, żyją? Czy ja mam jakieś spaczone postrzeganie? Zapytałem przyjaciół, może mnie kiedyś zastąpią, z Moskwy i Londynu (jestem dziś bardziej europejski, niż sądzicie).

CZYTAJ TEŻ: Siennicki: Życzmy sobie miłości oraz świętych świąt

Moskwa 2011. Weronika.
"Wydawać się może, że Rosjanie religijni nie są, że z religijności pozostały wyłącznie cerkwie i cerkwuszki umiejscowione w malowniczych terenach. Każda Rosjanka przecież może do siódmego miesiąca usunąć ciążę! Prawosławni obchodzą pogańskie święto końca zimy - Maslenitsa (święto bardzo smaczne, ponieważ obowiązkowym daniem są bliny), zważywszy na różnorodność religijną, sylwester wydaje się ważniejszym świętem od Bożego Narodzenia, obchodzonego siódmego stycznia. Ciekawe jest to, że wojna z Czeczenią nie miała podłoża religijnego, była i jest spowodowana samą niechęcią do tamtego narodu w całości, ale nie do islamu. Na ulicach Moskwy można zobaczyć modlących się muzułmanów, czasami zajmujących jezdnie z powodu braku miejsc w meczecie. Polecą wtedy obelgi w stronę muzułmanów, ale nie będą to obelgi religijne.

Wygląda to czasem tak, jakby w kraju cerkwi i popów, którego nigdy nie odwiedził papież, mieszkali sami ateiści, narodzeni z bolszewizmu. Tak. Większość Rosjan NIE WIERZY W BOGA i trudno zrozumieć fenomen odwiedzania relikwii kościelnych i związanych z tym kolejek rozciągających się na pół Moskwy, trwających nawet 36 godzin. Fenomen wiary prawosławnej w Rosji polega na wierze w cuda, a nie w instytucję kościelną. Rosjanie zawsze wierzyli w siłę wyższą. Teraz mogą tę wiarę kultywować w kościołach, przy aprobacie władzy".

Tyle Weronika o świecie, gdzie Boga już nie ma, tylko po nim pamiątki. A co w Londynie?

Antek, 2011, Londyn
"Jedna moja mała obserwacja - polskie święta są smutne i poważne. Angielskie za to pijane i wesołe, widać to po kolędach i po tym, że w polskie święta (Wigilia) jest zakaz picia... a w angielskie święta (Christmas Day) jest bardzo wesoła zabawa, dużo śpiewania, trunków. To chyba wynika z faktu... że Polacy to urodzeni pesymiści. Więc już patrzą na to, że ten mały Jezusek za 33 lata zginie na krzyżu za nasze grzechy. Natomiast Anglicy widzą w święta to, że przybył ten, co wszystko zmieni :)".
Jedni nie wierzą, inni się bawią, a u nas powaga chwili...

CZYTAJ TEŻ: Jaroński: Grudniowe szkoły przetrwania

Boże Narodzenie. Co sprezentować pod choinkę? Koledze piłkarzowi złożyłem takie życzenia: "Miłości. Ona nic nie kosztuje, a może dać najwięcej. Niestety, czasem najwięcej zabrać… Ale trzeba wierzyć". A ja dostałem prezent parę dni przed Wigilią. Kolega sprezentował mi piłkę - taką, jaką kopać będą na Euro. Zrobił konkurs, za co kochamy… piłkę (mój najcenniejszy prezent wigilijny to była piłka futbolowa, gumowa!). No i ja odpisałem: "Ja myślę, że wielu ludzi kocha piłkę dzięki mnie. I za to należy mi się niejedna piłka... A ja ją kocham, bo kojarzy się z dzieciństwem. Był Pele, był Best, a tuż za płotem grał Deyna, i przyjeżdżał do nas Lubański. I tydzień w tydzień zapominało się o biedzie i dziurawych butach...".

Taka prawda, wszyscy byliśmy biednymi Jezuskami, kochającymi, potrzebującymi Matki, potem rośliśmy i niejeden z nas się po prostu wykoleił. Bo też oczekiwania zawsze są większe niż możliwości.

Przypomina mi to historia, też o Narodzinach. Koledze rodzi się Syn. Idą do lekarza, i doktor po badaniach mówi tak:

- Fajny chłopak. Już niedługo powinien zacząć chodzić!

A kolega:
- A mógłby pan powiedzieć, panie doktorze, kiedy… zacznie zarabiać na siebie?

No więc Jezus na siebie zarobił. Dał nam wiarę. I nawet tym najgorszym ludziom jak ja odrobinę szlachetności.

Paweł Zarzeczny

Wideo

Komentarze 6

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

w
witold uj
praca czyni czlowieka
f
frog
I pioro tez ostre.Nie chcial bym w tobie miec przeciwnika.Syna mam,domu nie zbudowalem. A jesli chodzi o drzewo to czasem sie pod nim odleje.I nie narzekam
B
Bartek
Wesołych Świąt Panie Pawle!
M
Michał
Wszystkiego najlepszego dla naj orygilnalniejszego faceta jakiego (nie osobiście ) poznalem:) Powiedziec ze Pan sie Mamie udal to prawie nie powiedziec nic. Pozdrowienia od stalego czytelnika i tropiciela Pana myśli:)
J
J
Wierzę, że Jezus jest Bogiem.

Ludzie tak (jak ja) się mylą już od prawie 2000 lat.
Z
ZORRO
WSZYSTKIEGO NAJLEPSZEGO I WSZYSTKIEGO WESOŁEGO!!! Z SERDECZNYMI POZDROWINIAMI
Dodaj ogłoszenie