Blisko kompromisu budżetowego. Byle nie znaleźć się na minie

Agaton Koziński
Udostępnij:
Pełne kurtuazji spotkanie Tuska i Merkel to kolejny sygnał, że negocjacje budżetowe przebiegają po naszej myśli. To nie przypadek, że polski premier nawet nie grozi wetem - mimo że tak usilnie namawia go do tego konkurencja polityczna. Nie grozi, bo nie musi. Wszystko wskazuje na to, że te 300 mld zł na politykę spójności, które obiecał w reklamówkach wyborczych, stanie się faktem.

Oczywiście, nie jest tak, że polski premier i niemiecka kanclerz mówili jednym głosem. Oboje w oficjalnych wystąpieniach po rozmowach podkreślali różnice ich dzielące. Ale wsłuchując się w słowa, jakie na wspólnej konferencji wypowiadali Tusk i Merkel, trudno oprzeć się wrażeniu, że oboje dobrze się rozumieją i nie zamierzają sobie nawzajem robić krzywdy. Tym bardziej, że ich interesy w Unii Europejskiej są w dużej mierze zbieżne. Polska, co oczywiste, potrzebuje kolejnych przelewów w Brukseli na dalszą budowę infrastruktury. Ale potrzebują ich także Niemcy (choćby na dokończenie inwestycji w dawnym NRD), poza tym Berlin nie może jednoznacznie opowiedzieć się po roli bogatych członków UE - ktoś, kto zamierza spełniać rolę lidera, musi brać w obronę słabszych. Tak pewnie będzie w przypadku budżetu na lata 2014-2020. Polska na tym skorzysta.

Herman van Rompuy przedstawił - na razie nieoficjalnie - projekt zmian w propozycji budżetowej Komisji Europejskiej. Na pewno on zostanie jeszcze kilka razy zmieniony, ale wiele na to wskazuje, że zaprezentowane wczoraj liczby są już bliskie końcowego kompromisu. Oznacza to, że Polska na następne siedem lat otrzymałaby w ramach polityki spójności 74 mld euro - a więc więcej niż zapowiadane 300 mld zł i więcej niż mieliśmy w poprzedniej perspektywie finansowej (wtedy do naszej koperty włożono 68 mld euro).

Sukces? Na pewno jeszcze nie czas na otwieranie szampana. Przede wszystkim trzeba się przygotować na to, że listopadowy szczyt UE, które będzie poświęcony tylko budżetowi, nie przyniesie efektu. Zbyt wiele krajów włożyło zbyt wiele wysiłku w to, żeby całkowicie obalić proponowany od ponad roku porządek.Wielka Brytania (ale także Szwecja i Dania, po cichu także Francja) żądały lub żądają daleko idących cięć. Nawet jeśli się z tych żądań wycofają, muszą to zrobić z twarzą. Dlatego pewnie listopadowy szczyt będzie jedną wielką kłótnią i zakończy się niczym. Dopiero kolejne podejście (w grudniu albo w styczniu) da rezultat. I dziś wszystko wskazuje na to, że ten rezultat będzie zbliżony do obecnej propozycji van Rompuya.

Jest jeszcze jedna wątpliwość - cena, jaką będziemy musieli zapłacić za tak szczodrą pomoc unijną na następną siedmiolatkę. Głośno o tym się nie mówi, ale wygląda na to, że wsparcie w ramach polityki spójności będzie obwarowane dodatkowymi warunkami. Jakimi? Na razie można się tylko domyślać. Czy to będzie obowiązek dołączenia do unii bankowej? Czy twarda deklaracja przyjęcia euro do roku 2017? A może konieczność dołożenia się do pomocy krajom z problemami gospodarczymi? Te pytania na razie pozostają otwarte. Musimy więc ufać naszym negocjatorom, że zgadzając się na te dodatkowe warunki, nie wpuszczają Polski na minę.

Kliknij, aby czytać pozostałe komentarze Agatona Kozińskiego

Wideo

Komentarze

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Dodaj ogłoszenie