„Biesy” w Teatrze Dramatycznym na trójkę z plusem. Recenzja Piotra Zaremby

Piotr Zaremba
fot. materiały promocyjne Teatru Dramatycznego
„Biesy” to jedna z ważniejszych dla mnie powieści. I chyba dla ludzkości trochę też. Kilka cytatów przeszło nieprzypadkowo do światowego krwioobiegu: „Jeżeli Boga nie ma, co ze mnie za kapitan?”, „Buty czy Szekspir?”, itd. Obejrzałem w swoim życiu dostatecznie wiele adaptacji, aby dodatkowo docenić siłę tej historii Fiodora Dostojewskiego – jako podstawy dobrej dramaturgii. Tak się składa, że niedawno przypomniałem sobie „Sprawę Stawrogina”, wersję Teatru Telewizji z roku 1997, zrobioną przez mistrza Krzysztofa Zaleskiego.

Dyrektora Teatru Dramatycznego w Warszawie Tadeusza Słobodzianka cenię za to, że niezależnie od swoich poglądów, które można wyczytać z doboru niektórych tekstów czy reżyserów, robi teatr dla ludzi. Teatr stosujący się do różnych tradycyjnych kryteriów, w tym szanujący wagę literatury, którą się na jego czterech scenach wystawia. Decyzja zrobienia u siebie „Biesów”, zwłaszcza przy ich konserwatywnej (choć w szczególny sposób), antyrewolucyjnej wymowie, można tylko skwitować podziękowaniami.

Jest to zarazem przedsięwzięcie bardzo ambitne. Mierzymy się w ten sposób z wielką teatralną tradycją, przede wszystkim adaptacji Andrzeja Wajdy z krakowskiego Starego Teatru, z roku 1971. Dla wielu z nas Mikołaj Stawrogin ma już na zawsze twarz Jana Nowickiego, a Piotr Wierchowieński – Wojciecha Pszoniaka, kogokolwiek potem jeszcze w tych rolach widzieliśmy.

Zadanie powierzono Januszowi Opryńskiemu, szefowi lubelskiego Teatru Prowizorium, który to teatr jest koproducentem przedstawienia. To on kroił fabułę, on wymyślał konwencję przybliżenia XIX-wiecznej wielowątkowej opowieści do naszej współczesnej wrażliwości. „Biesy” to historia po części kryminalna, po części polityczna, można by rzec traktująca o dawnych terrorystach funkcjonujących w obrębie represyjnego i dusznego carskiego systemu.

Już sam fakt, że Dostojewski widział w „burzycielach” większe zagrożenie niż w dawnym ładzie, jest wyzwaniem. Ale ta fabuła ma własną logikę. Zwłaszcza, że natura opisanego spisku, raczej potencjalnego, tajemniczego, niejasnego, pozwala trochę abstrahować od politycznego konkretu. Na obraz politycznej choroby nakłada się portret kryzysu duszy rosyjskiej prowincjonalnej inteligencji, to z kolei obyczajowo-psychologiczna część utworu. Wszystkie te nici zbiegają się w osobie Stawrogina, nihilisty bardziej moralnego niż ideologicznego, choć ocierającego się o spiskowe działania, raczej jednak w roli świadka, niż sprawcy. Przy okazji sporo tu rozważań na temat roli religii i moralności w życiu jednostki. Niektóre z nich bardziej pasują do wieku XX niż do epoki, w której żył autor.

Opryński zdecydował się na pewną przewagę wątków osobistych nad politycznymi, chociaż te ostatnie są także obecne. I trudno właściwie prowadzić debatę nad tym, czy ciął sensownie. Każda teatralna wersja „Biesów” będzie arbitralnym wyborem.

Przykładowo telewizyjna wersja Zaleskiego wydała mi się fabularnie bardziej spójna, a jednak brakło mi w niej kilku ważnych scen czy zdań, choćby prezentacji quasitotalitarnych wywodów Szigalewa modelującego, jakże proroczo, ustrój przyszłości. Opryński wybrał bardziej chaotyczną fakturę narracji, ale wywody Szigalewa zachował, wkładając je po części w usta młodemu Wierchowieńskiemu. Kto miał rację? Jałowa debata.

Cięcia pozwalają nie tylko unikać wielu kwestii, ale inaczej rozkładać akcenty niż w powieści. Przykładowo, u Zaleskiego stary profesor Wierchowieński to postać niemal epizodyczna, ozdobnik. U Opryńskiego jest istotniejszy, ale tak go spreparowano, że nie jest modelowaną z wielką niechęcią figurą rosyjskiego liberała, jak chciał tego Dostojewski, bardziej już oderwanym od realności estetą. I pewnie takie przykłady można mnożyć. Radziłbym każdemu po obejrzeniu adaptacji sięgać po oryginał.

Nie w pytaniu, co wyciąć, a co zostawić, widzę problem z tą inscenizacją. Jako reżyser Opryński wybrał modny kierunek dostrajania klasyki do naszych czasów. Polega on na częściowym odzieraniu fabuły z rodzajowości, co wyrywa ją z kontekstów epoki. Wyrażają to „ponadczasowe” ubrania i styl bycia postaci odległy od dawnych czasów. Aktorzy nie grają realistycznych bohaterów powieści, raczej ich swoiste syntezy. Emocje wyrażają i swoje cechy kreślą – chwilami, bo nie jest to konsekwentne - symbolicznym ruchem scenicznym.

Nie mam poczucia abyśmy dzięki temu coś zyskiwali, w każdym razie nie w każdym momencie. Mogę zrozumieć, że aby wyrazić swój stosunek do profesora Wierchowieńskiego Warwara Stawrogina kładzie się na jego łóżku, co jest sceniczną przenośnią. Czy jednak jako kobieta nadekspresyjna, w permanentnej histerii, staje się ona dla nas lepiej zrozumiała? Przecież i w naszych czasach zdarzają się damy. Paradoks „Biesów” polega na zderzeniu dawnej elity z jej stylem, z obrzydlistwami nowej epoki. Gdy rodzice zachowują się w „Biesach” tak jak dzieci, przynajmniej jeden z efektów tej powieści zostaje zaprzepaszczony.

Nie buntuję się co do zasady przeciw scenicznym metaforom. Niektóre z nich są tu całkiem efektowne, jak kreślenie kolejnych listów wprost na ścianach, czy właściwie szybach ograniczających sceniczną przestrzeń. Mam jednak wrażenie, że maniera gry wymuszona przez reżysera jest zbyt związana z dzisiejszym teatrem, już nawet nie z dzisiejszym sposobem bycia bohaterów. Za dużo tu generalnie ruchu i krzyku. Piotr Wierchowieński, który tradycyjnie biega po scenie jak wielki owad, nie różni się pod tym względem od innych postaci.

Nawet Stawrogin za dużo krzyczy. Tradycja jego grania, kojarzona z Nowickim była inna. To posępny, chwilami prawie nieruchomy człowiek, przez to jawiący się jak ktoś naznaczony charyzmą. Tu jego rozedrganie nie bardzo pozwala nam zrozumieć, co widzą w nim inni: Szatow czy młody Wierchowieński.

Nie jestem dogmatycznie przeciwny samej idei teatralnych przenośni, ale wtedy trzeba mieć perfekcyjny zespół. Tak było choćby w przedstawieniach Teatru Narodowego – w „Jak być kochaną” czy w „Heddzie Gabler”, kiedy wygrywano poszczególne relacje między postaciami czy nastroje bohaterów symbolicznym ruchem. Tu mam co do owej perfekcyjności co najmniej wątpliwości. W takiej sytuacji bezpieczniejsza jest konwencja bardziej realistyczna. Nota bene obecna w kilku kluczowych scenach.

Mam wrażenie, że porwanie się na „Biesy” powinno pociągać za sobą maksymalną mobilizację najlepszych sił zespołu. Najwyraźniej jednak rozparcelowany na czterech scenach (to przedstawienie grane jest Na Woli), teatr z tak dużą ekipą nie mógł sobie na to pozwolić. To jednak ma swoje konsekwencje.

Problemem jest już sam typ aktorów, których dobrano do obsady. Sławomir Grzymkowski grający młodego przecież Stawrogina ma 51 lat. Jest starszy od swojej scenicznej matki, Anny Moskal grającej Warwarę. Mam świadomość, że wiek jest w teatrze rzeczą cokolwiek umowną. Ale ta umowność ma granice, wytycza ją sytuacja, kiedy nie osiąga się podstawowych efektów, za to pojawia się wrażenie śmieszności. Jan Nowicki w roku premiery Wajdowskich „Biesów” miał lat 32. Piotr Adamczyk grający tę samą postać w spektaklu Zaleskiego miał ich 25. Stary Stawrogin staje się cokolwiek niezrozumiały.

To zresztą także problem reszty obsady. Ludzi dwudziestoletnich (taki wiek Piotra Wierchowieńskiego nawet się podaje) grają czterdziestolatkowie. Można zastosować podobna sztuczkę, żeby coś nowego powiedzieć. Tak było w niedawnym telewizyjnym „Hamlecie”, gdzie wszystkich postarzono z pewną intencją. Tu robi to wrażenie przypadku, zaciemniającego wszakże sens utworu. A przecież Słobodzianek zgromadził w Dramatycznym całkiem sensowną młodą część zespołu. To były role dla nich.

Owszem, doświadczony aktor Łukasz Lewandowski potrafi wzbudzić w sobie ową złowrogą ruchliwość, która kojarzy nam się z Piotrem Wierchowieńskim. Nie przebija jednak nie tylko Pszoniaka, ale nawet Jarosława Gajewskiego grającego w „Sprawie Stawrogina”. Owszem, Grzymkowski ma kilka dobrych momentów, przede wszystkim monolog w scenie rozmowy z popem Tichonem, który jest jego wyznaniem. Czy to jednak ów „piękny Stawrogin”, którym fascynują się tak kobiety jak mężczyźni?

Maciej Wyczański jako Szatow, Marcin Sztabiński jako Kiryłow, Anna Moskal jako Warwara Stawrogina są poprawni. Chwilami zdobywają naszą uwagę dzięki sile tekstu Dostojewskiego, ale rozmaite ruchowe zadania nałożone na nich przez reżysera tylko podkreślają sztuczność ich postaci, także tę wiekową.

Broni się Agnieszka Roszkowska jako pastelowa w swoim szaleństwie Maria Liebiadkin. Niezłe, ale zdawkowo uczestniczące w akcji z wyboru Opryńskiego inscenizatora, są: Agata Góral jako Dasza i Martyna Kowalik jako Liza. Swobodnie biorą wiraże swoich ról starzy wyjadacze: Adam Ferency jako kapitan Liebiadkin i Mariusz Wojciechowski jako profesor Wierchowieński. No ale to są aktorzy, którzy mogą czytać książkę telefoniczną i nadać temu fascynującą wymowę. Oni przypominają nam, co to jest sceniczna charyzma. Skądinąd reżyser mniej ich wtłoczył, zwłaszcza Ferencego, w konieczność wykonywania scenicznych wygibasów.

Będę się jeszcze czepiał. Porywając się na „Biesy”, nie powinno się ulegać pokusie bylejakości. Uważam za nią obsadzanie tych samych aktorów w kilku rolach. Czasem to ma nawet sens inscenizacyjny, ale przeważnie jest sztuczką oszczędnościową, przy okazji podkreślającą sceniczną umowność. W tym przypadku zagranie przez Agatę Góral rodzącej Marii Szatow zaraz po tym jak była Daszą Szatow, mogło nawet rodzić u kogoś nie znającego powieści wątpliwości co do samej akcji. Czy oznacza to, że siostra Szatowa staje się jego żoną, można pytać.

Jeszcze bardziej da się to powiedzieć o występie jedynego aktora Prowizorium Jacka Brzezińskiego, skądinąd całkiem sugestywnego, aż w trzech rolach: Liputina, katorżnego Fiedki i Szigalewa. Ktoś oglądający to bez znajomości fabuły mógł się czuć mocno zmylony. Gdy zaś do tego dodać pewną chaotyczność fabularnych zawijasów…

Przyjmuję więc tę premierę bez euforii, aczkolwiek mam też o niej do powiedzenia parę rzeczy dobrych. Symboliczna i funkcjonalna scenografia Jerzego Rudzkiego nieźle budowała posępny nastrój. Podobnie muzyka Rafała Rozmusa.

Ten nastrój miał znaczenie. W zetknięciu z mocnymi dialogami Dostojewskiego, z paroma kawałkami jego budzącego grozę języka, mógł zaciekawić kogoś, kto stykał się z „Biesami” po raz pierwszy.

Trzeba zresztą przyznać, że zasadnicze przesłanie, właściwie różne przesłania, o ile tylko wychylały się z pewnego scenicznego chaosu, nie były zdeformowane, uwspółcześnione na siłę. Nie zmieniono im wektorów.

Nawet pewna dziwaczność przekombinowanych dialogów o Bogu zyskiwała dzięki tej oprawie swój wyraz. Może więc ktoś weźmie się po przedstawieniu z tą literaturą za bary? W czasach, kiedy grube powieści nie są już w modzie, a rosyjska krasomówczość może też nieprzygotowanego czytelnika cokolwiek przestraszyć, takie nawet niedoskonałe wprowadzenie w ten świat poprzez żywych ludzi ma swoją wagę.

POLECAMY W SERWISIE POLSKATIMES.PL:

Wideo

Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych”i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Komentarze

Ta strona jest chroniona przez reCAPTCHA i obowiązują na niej polityka prywatności oraz warunki korzystania z usługi firmy Google. Dodając komentarz, akceptujesz regulamin oraz Politykę Prywatności.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Dodaj ogłoszenie