Biernacki i Kwiatkowski - dwaj rezerwowi PO z potencjałem

Dorota Kowalska
Marek Biernacki i Krzysztof Kwiatkowski mają mocną pozycję osobistą w Platformie
Marek Biernacki i Krzysztof Kwiatkowski mają mocną pozycję osobistą w Platformie Bartek Syta, Marcin Obara/Polskapresse
O Marku Biernackim i Krzysztofie Kwiatkowskim mówią: Profesjonaliści, których wiedzę, kwalifikacje i doświadczenie warto wykorzystać. Czy Donald Tusk będzie to miał na uwadze? - pisze Dorota Kowalska

Od kilku dni na politycznej giełdzie krążą dwa nazwiska: Krzysztofa Kwiatkowskiego i Marka Biernackiego. Ponoć w Platformie rozpoczynają się poszukiwania kandydata na prezesa Najwyższej Izby Kontroli, ostatniej instytucji obsadzonej jeszcze za rządów PiS. I właśnie w tym kontekście padają nazwiska wyżej wymienionych. W przypadku Krzysztofa Kwiatkowskiego rozważa się także powołanie go na stanowisko wiceministra spraw wewnętrznych, który po jakimś czasie mógłby zastąpić Jacka Cichockiego. Przynajmniej tak donosi "Newsweek". Obaj zainteresowani chętni do rozmowy na temat przyszłych, ewentualnych nominacji nie są. Poseł Biernacki w ogóle nie chce się w tym temacie wypowiadać. Poseł Kwiatkowski mówi krótko: - Z nikim o żadnych stanowiskach nie rozmawiałem i o żadne stanowiska nie zabiegam. Staram się jak najlepiej wypełniać swoje obowiązki reprezentowania moich łódzkich wyborców w Sejmie. Tyle.

Skąd te nazwiska i czemu właśnie one? Obaj panowie uchodzą za profesjonalistów, w każdym razie nie pchają się przed kamery, jeśli nie mają nic do powiedzenia. Spokojni, ważą słowa, znają się na tym, co robią.

- To dwa ważne nazwiska PO, z którymi Tusk nie wie, co zrobić. Dla Kwiatkowskiego miejsce szukane jest od dawna: ma dobrą prasę, ludzie go lubią, w swoim regionie ma silną pozycję - opowiada jeden z polityków Platformy. Z kolei o Biernackim mówią, że ma jaja i jest niezależny. - To samodzielnie myślący, potrafiący grupować wokół siebie innych polityk - ocenia Biernackiego Paweł Piskorski, szef Stronnictwa Demokratycznego. I dodaje, że Biernacki został odsunięty na boczny tor, ale niewykorzystany przez kolejną kadencję, pierwszy ruszy do buntu, a ten nie jest Tuskowi potrzebny po kolejnych wyborach. Zakładając oczywiście, że Platforma Obywatelska je wygra i będzie się musiała układać nie tylko z ludowcami, ale też z SLD.

Zarówno Kwiatkowski, jak i Biernacki łączeni są z frakcją konserwatystów w Platformie. Nigdy nie należeli też do dworu premiera

Chociaż Biernacki wrócił już do gry trzy lata temu, bo to jego władze Platformy wyznaczyły na przewodniczącego sejmowej komisji śledczej ds. wyjaśnienia okoliczności śmierci Krzysztofa Olewnika. W bliskim otoczeniu premiera nie było wtedy żadnej osoby, która po objęciu tej funkcji gwarantowałaby spokojne prace komisji. To pierwsza sprawa, druga - kwalifikacje Biernackiego. W PO mało kto tak dobrze zna się na pracy organów ścigania i wie, jakie dotykają je problemy. Choć premier za Biernackim nie przepada, względy merytoryczne przeważyły. I trzeba przyznać, wybór był trafny: komisja działała sprawnie, merytorycznie, bez tego teatru, który często towarzyszy pracom sejmowych komisji śledczych. Nawet posłowie opozycji chwalili Biernackiego za profesjonalizm i sprawne prowadzenie posiedzeń.

Biernacki zaliczany jest do konserwatywnej frakcji Platformy, ale też w 1997 r. zaangażował się w działalność Akcji Wyborczej Solidarność. Był posłem na Sejm III kadencji z listy AWS, przewodniczył Komisji ds. Służb Specjalnych. Od 7 października 1999 r. do 19 października 2001 r. pełnił funkcję ministra spraw wewnętrznych i administracji w rządzie Jerzego Buzka. W okresie jego urzędowania utworzono Centralne Biuro Śledcze.
Jednak mimo tych doświadczeń nie miał szans na żadne poważne stanowisko po wygranych przez Platformę (przyszedł do niej w 2002 r.) wyborach w 2007 r. Był wprawdzie przymierzany do stanowiska wiceministra spraw wewnętrznych i administracji, ale nie chciał współpracować ze Schetyną. - Schetyna ma bardzo silną osobowość, mogłoby między nami dochodzić do tarć. Taka sytuacja byłaby bez sensu i mogłyby ją wykorzystywać służby specjalne, pokazując, że nie stronią od udziału w grze politycznej - mówił Biernacki tuż po wyborach w wywiadzie dla "Gazety Wyborczej".

Na wsparcie premiera też nie miał co liczyć, bo choć obaj pochodzą z Trójmiasta, większy wpływ na Donalda Tuska mają tamtejsi liberałowie. Biernackiego trzymano w politycznej zamrażarce także z powodu jego niechęci do SLD. Ze środowiskiem postkomunistycznym walczy od ponad 20 lat. W 1991 r. został likwidatorem majątku PZPR na Pomorzu. Domagał się też zamknięcia strony internetowej Lewica bez Cenzury, na której nawoływano do ataków na polskich żołnierzy w Afganistanie. Był przeciwny układaniu się z partią Leszka Millera. Dzisiaj także jasno i wyraźnie głosi swoje poglądy. Wiadomo, że w Platformie toczy się bój o ostateczny kształt projektu ustawy in vitro, która wyjdzie z klubu. Marek Biernacki pytany, jak będzie głosował, jeśli projektem PO będzie projekt bardziej liberalny, odpowiada tak: - Będzie projekt, będą decyzje. Powiem wprost: U nas każdy podejmuje decyzję indywidualnie, nie mogę więc mówić w imieniu moich kolegów, ale wyłącznie swoim. Ja będę głosował przeciwko, jeżeli ten projekt nie zostanie poprawiony.

- Marek nie jest kimś, kto zmieniałby swoje poglądy. Jest też na tyle niezależny, że odważnie je głosi - mówi jeden z polityków Platformy. Inny, z frakcji konserwatywnej PO, dodaje, że te spekulacje o Marku Biernackim, który miałby stanąć na czele NIK, dobrze nie wróżą. Bo wiadomo, że taki news często wypuszczany jest wcześniej, aby spalić nazwisko kandydata. Ale kandydaturę Biernackiego popierają w Platformie konserwatyści, podnosząc, że to człowiek skrupulatny, niepoddający się żadnym naciskom.

Dla Krzysztofa Kwiatkowskiego NIK byłby jednak zesłaniem. Dzisiaj rozchwytywany przez media, popularny i rozpoznawalny przez wyborców, jako szef Najwyższej Izby Kontroli musiałby usunąć się w cień. - Proszę zwrócić uwagę, że Lech Kaczyński jest jedyną osobą, która po doświadczeniu szefowania NIK zrobiła polityczną karierę - zauważa Paweł Piskorski.

Kwiatkowski to polityk młody i ambitny, w każdym razie na pewno nie udaje się na polityczną emeryturę.

Polityczną karierę zaczynał jako 17-latek, w 1989 r. wstąpił do Federacji Młodzieży Walczącej. Razem z bratem Sebastianem organizowali legalne manifestacje, ale zawsze naprzeciw nich stawała policja. Już w czasie prawniczych studiów na Uniwersytecie Łódzkim, od początku lat 90. należał do Porozumienia Centrum, ale opuścił tę partię w 1997. Od 1998 r. był radnym Zgierza, a od 2002 r. wiceprezydentem. Dwa razy startował do Sejmu, ale bez sukcesów. Przegrał też z Jerzym Kropiwnickim walkę o prezydenturę Łodzi w 2006 r. Startował jako kandydat Platformy, do której wstąpił w 2004 r. Ale nie podał się, w wywiadzie dla "Vivy" udzielonym Krystynie Pytlakowskiej wyznał, że w dzieciństwie koledzy mówili na niego "czołg", bo nigdy się nie poddawał. - Mobilizuje mnie, gdy coś nie idzie prosto. Przeszkód nie przyjmuję do wiadomości po prostu. Zawsze trzeba przynajmniej spróbować. Inaczej człowiek biłby się z myślami, że miał szansę, a jej nie wykorzystał - mówił.
W tym samym wywiadzie opowiadał także o swojej walce z chorobą nowotworową. O tym, jak wyjechał z kolegami na narty, ale już na kilka tygodni przed tym wyjazdem zauważył na brzuchu dziwną wypukłość. Nic nikomu nie powiedział. W górach był dziwnie zmęczony. Przyjaciele jeździli bez wysiłku, on czuł się od nich słabszy. Ciągle senny, otępiały. "Stary, co się dzieje?", pytali go koledzy. "Po powrocie powiedziałem mamie: "Coś ze mną chyba nie tak". Mama, pielęgniarka w szpitalu wojewódzkim w Zgierzu, namówiła mnie na szybką wizytę u lekarza. - "Nie ma się czym martwić - uspokoił nas - to mały tłuszczak. Wytniemy i po krzyku". Kiedy jednak mnie otworzyli, okazało się, że to nowotwór złośliwy - chłoniak. Uznali, że nie ma sensu go ruszać. Był już rozlany na inne organy. Zaszyli mnie więc, mówiąc mamie, żeby mnie zabrała do domu. W zasadzie tylko po to, bym mógł pożegnać się z rodziną. Mama przyznała mi się do tego po latach - opowiadał Krystynie Pytlakowskiej. Lekarze nie dawali mu szans, rodzice po kryjomu płakali, a on nie wyobrażał sobie, że mógłby przegrać tę potyczkę z losem.

Może dlatego po przegranej z Jerzym Kropiwnickim nie załamał się nie złożył broni, ale poprowadził kampanię Jerzego Buzka w wyborach do europarlamentu. Poprowadził ją tak, że Buzek zrobił najlepszy wynik w kraju. Sam też nie próżnował, został wiceprzewodniczącym sejmiku województwa łódzkiego.

W 2007 r. w wyborach do Senatu głosowało na niego aż 164 tys. ludzi. To był ogromny sukces. Politycy Platformy mówią, że Kwiatkowski to człowiek nie tylko ambitny, ale też pracowity. Może dlatego premier mianował go na stanowisko ministra sprawiedliwości. O swojej pracy w ministerstwie zawsze mówił z przejęciem i pasją. Ale jest też przy tym bardzo konkretny i merytoryczny, trochę jak Marek Biernacki. Podobnie jak Biernacki łączony jest bardziej z konserwatywnym skrzydłem Platformy.

Wiadomo, że nie chciał się żegnać z Ministerstwem Sprawiedliwości, był bardzo zaangażowany w pracę resortu. Trzy tygodnie temu mówił w wywiadzie dla "Polski": "Jako ministrowi sprawiedliwości udało mi się wprowadzić rewolucję informatyczną w wymiarze sprawiedliwości. Wprowadziłem tzw. e-sąd, do którego przez internet wpłynęło już ok. 4 mln wniosków! Ponad 20 mln Polaków skorzystało z możliwości internetowego sprawdzenia księgi wieczystej. Ograniczyliśmy przeludnienie w zakładach karnych, szeroko korzystając z systemu dozoru elektronicznego. Wprowadziłem także zmiany w ustawie o ustroju sądów powszechnych, wprowadzając menedżerski model zarządzania sądami przez dyrektorów, którzy będą wybierani w otwartych konkursach. Program nagrywania na salach rozpraw sądowych mam nadzieję, że w Polsce, tak jak w Hiszpanii, skróci czas rozprawy o 1/3. Obywatel musi krócej czekać na rozstrzygnięcie jego sprawy". O resorcie opowiadał z przejęciem, pasją.

Musiał go jednak opuścić, bo nie pasował do układanki premiera. Czy teraz zostanie szefem NIK, a może nowym ministrem spraw wewnętrznych? Tak naprawdę polityczny los Krzysztofa Kwiatkowskiego, podobnie zresztą jak Marka Biernackiego, leży w rękach premiera. Bo to Donald Tusk wciąż rozdaje karty.

Dorota Kowalska
Współpraca: Marcin Darda

Wideo

Komentarze 20

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

K
Kareem
The National Gallery bimatoprost without prescription or membership Following signs showing an umbrella-shaped red light, they will drive up one at a time along a lane reminiscent of fast-food drive-thrus. Along the way, they’ll negotiate fees and services with one of up to 40 sex workers. Once an agreement is reached, they’ll join the prostitutes in a car-wash style box to complete the transaction.
q
qwertyk
Czy może wreszcie ktoś z dziennikarzy czy choćby z internautów, odpowiedzieć na pytanie, dlaczego D.Tusk pozbył się K.Kwiatkowskiego z rządu ?
T
Tytus
Nie wiem, czy ma to związek z art., ale mam pytanie. Kto doradził Panu Premierowi Donaldowi Tuskowi, jaką konwencję po katastrofie smoleńskiej należy stosować ?
M
Mój koń zamiast Tuska!
ale z takim wielkim ŁBEM zastąpi cały "potencjał" PO-PSL.
No i szkody nie narobi.
u
uratowani
Zastanawia mnie ta bezgraniczna wiara mediów w mądrość byłego ministra Krzysztofa Kwiatkowskiego. Żaden z jego poprzedników, czy to był prawnik, czy nie prawnik, nie znalazł recepty, a tu, „trask, prask”, tylko przyszedł i wiedział jak rozwiązać problemy ? Myślę, że Jego poprzednicy nie byli ani tacy głupi, ani tacy mądrzy. Byli, zwykłymi politykami i tak jak wielu ministrów, ignorantami. Myśleli, że wymiar sprawiedliwości można naprawić w czasie jednej kadencji, za ich rządów. A to nie takie proste. Wymaga nakładów, czasu i najtrudniejszych i niepopularnych reform (np. ograniczenia kognicji, tak w sprawach karnych – np. wykroczenia, cywilnych – np. niesporne rozwody, ubezpieczeniowych – np. decyzje administracyjne, czy reformy, w tym uproszczenia procedur, którą powinny robić komisje kodyfikacyjne), a nie doraźnych zmian robionych na zamówienie polityczne. Jednak sukces, tak jak chciał pan minister Kwiatkowski musiał być tu i teraz. I stacjonująca od dawna w MS, ekipa urzędników, która przez lata nie potrafiła naprawić sądownictwa, od razu przedstawia „stary-nowy”, bo dobry dla każdego ministra, program naprawczy. Np. program z czasów Ministra Andrzeja Kryże, a przygotowywany przez sędziego Petrynę już w 2006 r, dotyczący przekształcenia sądów. Ale nawet jak przekształcą małe sądy, to nic się nie zmieni. Olbrzymie zaległości są w wielu największych. I nadal w tych sądach postępowania karne, cywilne, gospodarcze będą toczyć się latami. Tam się nic nie zmienia, panują układy, patologiczne powiązania z ministerstwem, przerost stanowisk funkcyjnych itp. Sędziowie są przeciążeni i zniechęceni. A w Ministerstwie bez orzekania 150 sędziów urzędników. To jest pierwsze szybkie lekarstwo. Niestety, MS, nie chciało tego ruszyć za czasów pana ministra Krzysztofa Kwiatkowskiego. Czy teraz zechce ? Nie wiem.
s
skryba
Pan poseł Kwiatkowski, także w tym artykule, chlubi się, zresztą nie swoim dziełem, bo m.in. prof. Gołaczyńskiego i zdymisjonowanego ministra Grzegorza Wałejki – protokołem elektronicznym. Tyle, że jest to kolejna wydmuszka przygotowana przez ludzi, którzy mają niewiele wspólnego z praktyką. To teoretycy prawa. Co do protokołu, to napłynęło tysiące uwag, zgłaszano je także na spotkaniach z Panami Ministrami Czają i Wałejką. Problemy będą miały nie tylko sądy odwoławcze, ale i pierwszo instancyjne, zwłaszcza w dużych wielotomowych i wieloosobowych sprawach. Np. przed kolejną rozprawą i przed wydaniem wyroku, zawsze przegląda się (czyta) protokoły rozpraw. A tu, kwestia odsłuchania ??? Jak pominąć dłużyzny, przecież to trwa, a świadek się jąka zastanawia, używa zwrotów dla niego oczywistych (np. grypsery, slangu), które trzeba doprecyzować. Łączny czas nagrania może trwać 1 godz., gdy treść jego zeznań mieściłaby się na 1-2 stronach protokołu. Opowiadał mi sędzia cywilny, który niedawno przesłuchiwał 5 świadków w trybie telekonferencji. Całość trwała ok. 4, 5 godziny. Gdy także spisywany na bieżąco protokół zawierał niecałe 6 stron. Ani oszczędności czasu w czasie rozprawy, ani potem w przygotowaniu się do wyrokowania. Całość trzeba odsłuchać. Gdyby nie spisywano protokołu na bieżąco, to sąd byłby ugotowany. Ale o tym trzeba wiedzieć. Trzeba być praktykiem. Odwołajmy się do doświadczeń niemieckich, gdzie poza zapisem na taśmie, sędzia skrótowo dyktuje istotę zeznań świadka. Np., że był, widział to i to. Pomija dłużyzny itp. Nikt tego nie podważa. A jeśli chce, to musi wykazać sprzeczność treści z nagraniem elektronicznym. Poza tym, jest zasada kontradyktoryjności. To strony, w tym np. prokurator muszą odwoływać się do konkretnej, z podaniem karty etc., (a nie ogólnej) treści dowodów, by wykazać swoje racje. Inaczej przez przepisy zorganizowany jest proces. Sprawa sie toczy dzień po dniu, lub z małymi przerwami. U nas ustawodawca (m.in. poprzez brak zasady kontradyktoryjności - strona, np. prokurator nie odpowiada za dowody, ich brak etc. ułomności te będzie podnosił w apelacji, a także problemy ze stawiennictwem świadków)i ministerstwo (nakazując wyznaczać na 1 sesję kilka spraw, a sesji w tygodniu ma być kilka)wymusiły zasadę odroczeń. Nie ma możliwości szybkiego skończenia rozpoczętej sprawy. Dopiero gruntowana zmiana procedury umożliwi sensowne korzystanie z udogodnień, ale nie obejdzie się bez formy pisemnej. A już poseł Kwiatkowski odtrąbił sukces. Najgorsze jest to, że on się na tym nie zna, nigdzie nie widzi problemu. To co podsuną mu resortowi urzędnicy, akceptuje. Tym bardziej, że chce mieć sukces medialny.
T
To juz było
„Nie byłoby tego całego zamieszania z dostępem do akt, gdyby minister wydał nowe rozporządzenie. Miał na to pół roku! To skandal, że go nie ma.” - mówi Jerzy Stępień, dla Gazety Wyborczej. Święte słowa. Zanim ostatecznie odsądzimy ministra Gowina od czci i wiary, proponuję kubeł wody na ostudzenie. Zmiana przepisów ustawy-Prawo o ustroju sądów powszechnych, została dokonana nie przez ministra Gowina ale przez ekipę, pana ministra Krzysztofa Kwiatkowskiego. Przypomnę, że prace nad nią rozpoczynał pan minister Jacek Czaja, a kontynuował pan minister Grzegorz Wałejko,wraz z pracującym w MS do dziś zespołem dyrektorów i sędziów. Wydaje się, że to nie minister Gowin, ale jego poprzednik, a ściślej rzecz ujmując odpowiedzialny za tę ustawę podsekretarz stanu w MS, nie powinien był jej wypuścić bez pełnego oprzyrządowania tj. niezbędnych okołoustawowych aktów prawnych. Tymczasem, nie dość, że pod rządami poprzedniego ministra sprawiedliwości przygotowano ustawę kontrowersyjną, kontestowaną przez całe środowisko sędziowskie, (jest ona także przedmiotem skargi konstytucyjnej), to jeszcze wraz z jej wprowadzaniem nie tylko nie przygotowano zmiany rozporządzenia o którym pisze Pan sędzia Jerzy Stepień, ale także nie przygotowano innych istotnych rozporządzeń (w tym dotyczących ocen okresowych sędziów). Po prostu kwestie te pod rządami poprzedniego ministra i jego zastępców zostawiono odłogiem. O ile pierwsza tj. dotycząca zmiany rozporządzenia, wydaje się być prosta i pewnie niedopatrzenie jest dziś źródłem „kryzysu rządowego”, o tyle druga tj.oceny sędziów to kukułcze jajo, podrzucone następcy, z którym nikt nie wie jak sobie poradzić. Obawiam się, że takich „jaj” minister Gowin znajdzie jeszcze wiele.
A
A....lka.
Jestem przerażona jak w Polsce można robić karierę. Kogo wybiera się na stanowiska państwowe. W odróżnieniu innych ministrów, np. od profesorów, Religi, czy Ćwiąkalskiego, ludzi z dorobkiem, a przede wszystkim z wyuczonym i wykonywanym zawodem, opisana w artykule kariera Krzysztofa Kwiatkowskiego zaczyna się od słów: „wstąpił do”, a potem już leciało, w różnej kolejności: asystent prof. Jerzego Buzka, radny Zgierza, dwa razy wiceprezydent, senator, sekretarz stanu, minister, poseł. Na Boga toż taki człowiek nigdzie bez poparcia partyjnego, samodzielnie nie popracował. On nie ma własnego zawodu. Zawód – polityk . Znaczy się do wszystkiego. I nie chodzi mi tu tylko o Pana Kwiatkowskiego, ale o całą generację ludzi którzy w braku własnej stabilizacji zawodowej garną się do polityki. I jej się trzymają przez cale Zycie. Chyba, że potem mając znajomości idą do biznesu, bo dzięki wykonywanym wcześniej stanowiskom są tam potrzebni. Stworzyliśmy patologiczny system rządzenia krajem ? Może się mylę ?
@lusia
O czym pan Kwiatkowskim mówi, chyba sam nie bardzo zna temat: "wprowadzając menedżerski model zarządzania sądami przez dyrektorów, którzy będą wybierani w otwartych konkursach" Na menadżerow sądów zostaną wybrani obecni ich dyrektorzy. Nic się nie zmieni. A w sądach juz trwa balagan w związku z nową ustawą ustrojową. Sędziowie zamiast sądzić, to skupiają się na obowiązkowym debatowaniu (udział w licznych zgromadzeniach sedziowskich). Pan minister Kwiatkowski nic nowego nie stworzył, a zaakceptował jako swój program przygotowany przez ministra Jacka Czaję, który dziwnym trafem za jego rządów odszedł z Ministerstwa Sprawiedliwości. Dlaczego ? Program ten był tworzony przez ludzi, którzy byli oderwani od sądzenia lub latami pracowali nie w sądzie, a w ministerstwie. Co z tego wyszło widzimy idąc do sądu. Czy szybciej mamy załatwioną naszą normalna codzienną sprawę ?
P
Prezes
"Dla Krzysztofa Kwiatkowskiego NIK byłby jednak zesłaniem". I dobrze dać go do NiKu, Polska odetchnie, a przynajmniej telewizja.
l
lex
A oto jak za poszczególnych rządów rosła liczba sędziów delegowanych do Ministerstwa Sprawiedliwości. Dane pochodzą z ministerialnego kwartalnika „Na Wokandzie”. A zatem, wbrew deklaracjom o wzmocnieniu kadrowym sądów, a także redukcji delegacji do ministerstwa, najwięcej sędziów zostało odciągniętych od orzekania za rządów PO (kiedy ministerstwem kierował pan Krzysztof Kwiatkowski). Przy czym z uwagi na liczbę delegacji, w niektórych ośrodkach, jak np. Warszawa (sądy rejonowe i okręgowe),takie działanie ministerstwa stanowi prawdziwy dopust Boży. Dlatego urzędnicy swoich delegacji, stanowisk i uposażeń będą bronić jak niepodległości. Tym bardziej, że jak słyszymy w sądach, część liczby delegowanych to wspólni znajomi.

Liczba delegowanych sędziów
31.12.2005 r.75
31.12.2006 r.96
31.12.2007 r.132
31.12.2008 r139
31.12.2009 r.150
31.12.2010 r.158
31.12.2011 r.152
P
Papisek
Za rządów pana ministra Kwiatkowskiego opracowano w znowelizowanym - prawie o ustroju sądów powszechnych, "jasne kryteria doboru na stanowiska sędziowskie". I tak można przez kilka lat pracować w ministerstwie sprawiedliwości, w ogóle w tym czasie nie orzekając, by właśnie w czasie delegacji do ministerstwa awansować na stanowiska: sędziego sądu apelacyjnego - dyrektor biura, sędziego wojewódzkiego sądu administracyjnego - podsekretarz stanu, sędziego sądu okręgowego – inny podsekretarz stanu. Czy to, Panie ministrze są standardy, które mają obowiązywać ? Czy w ten sposób, z ludzi którzy jednocześnie są podległymi panu urzędnikami, Rzeczpospolita ma dobierać kandydatów na stanowiska sędziowskie ?
A
Alik
Czy Dziennik Polska włączył się w kampanię wyborczą na rzecz nieudanego bylego ministra sprawiedliwosci, a obecnie posła Kwiatkowskiego ? Tydzien temu był art. podobnej treści. I dziś znowu. Sponsorowani, czy zakochani ? Czytydzien temu za dużo było głosów krytycznych i trzeba naprawić wizerunek "prawnika roku" ?
To też dobre zostac prawnikiem roku bez aplikacji. To tak jak zostac lekarzem roku, tylko po studiach, bez żadnej praktyki ? Ot,Polska rzeczywistość. A idźcie po poradę do takiego "prawnika roku". Powierzycie swoje sprawy majątkowe, spadkowe, a może kolizję drogową ? Co wam prawnik roku poradzi ?
3
że lejwoda
Kwiatkowski bardziej się przyda tuskowej ekipie! Ze spokojem mogą zaufać mu liberalne gospodarcze "elity", dla których Krzysio jest w stanie natychmiast zmieniać prawo, np.kodeks handlowy dla "dobrego płatnika" !
E
Ejsmont
Kto powołał Pana Milewskiego na Prezesa Sądu Okregowego w Gdańsku ? Czy nie na szczęście były minister Kwiatkowski ? To albo mimo sygnalizowanych mu zastrzeżeń powolał tego człowieka, albo tak rządził resortem że nic nie wiedział. Ale jak mógł, on musiał mieć czas na telewizję, radio, a jeszcze jedno - uczył dzieci w szkole :-).
Dodaj ogłoszenie