Bielan: To najbrudniejsza kampania w USA od lat. W dodatku rekordowo droga

Agaton Koziński
Adam Bielan
Adam Bielan FOT.BARTEK SYTA/Polskapresse
Dodaj komentarz:
Udostępnij:
- Obserwuję amerykańskie kampanie i tak negatywnej, co mówię z dużym smutkiem, nie widziałem od dawna. Tak naprawdę obaj kandydaci, zamiast mówić o planach na najbliższe cztery lata, koncentrują się na atakach na swojego konkurenta - mówi Adam Bielan, polityk, w rozmowie z Agatonem Kozińskim.

Podgląda Pan amerykańskie wybory? Co dostrzega w nich tak doświadczony spin doktor jak Pan?
Tak, przyglądam się im. USA to nadal najpotężniejszy kraj globu, także choćby z tego powodu ich wynik będzie miał wpływ na cały świat, także na Polskę. W dodatku tegoroczna kampania jest bardzo interesująca, gdyż te wybory są wyjątkowo zacięte.

Czy fakt, że te wybory są tak zacięte, nie jest zaskoczeniem? Barack Obama ma wszystkie cechy przywódcy, a Mitt Romney sprawia wrażenie człowieka dużo gorzej przygotowanego do roli prezydenta - a mimo to obecny prezydent nie umie go zdecydowanie wyprzedzić w sondażach. Gdzie popełnia błąd?
Cztery lata temu byłem na konwencjach zarówno Republikanów, jak i Demokratów - i nie miałem wtedy wątpliwości, że Obama idzie po zwycięstwo. Widać to było choćby w poziomie entuzjazmu wyborców obu kandydatów. Teraz jest zupełnie inaczej. Ta kampania jest bardzo zacięta, przede wszystkim z powodu świetnej strategii Obamy.

Chciał Pan powiedzieć Romneya.
Nie, nie przejęzyczyłem się. Biorąc pod uwagę notowania Obamy jako prezydenta oraz nie najlepszy stan amerykańskiej gospodarki, obecny prezydent powinien być dziś w dużo poważniejszych opałach, niż jest. Na jego korzyść pracują wewnętrzne problemy, w jakich znajdowała się Partia Republikańska w ostatnich miesiącach. Jej prawybory były bardzo zacięte, w jej trakcie Romney mocno się wykrwawił. Udzielał wtedy wypowiedzi, które teraz są mu wypominane. Poza tym Republikanie już w czasie samej kampanii popełnili wiele błędów.

A czy nie jest tak, że oni już na samym początku mieli pod górkę? Przecież po rządach George'a Busha Amerykanie mieli potwornie dość Republikanów.
George Bush pod koniec swojej prezydentury był wyjątkowo niepopularny, dlatego żaden kandydat Republikanów nie miał szans w starciu z Barackiem Obamą cztery lata temu. Jednak nastroje szybko się zmieniły i już dwa lata później Republikanie wygrali wybory do Kongresu, zdobywając większość w Izbie Reprezentantów. W tym roku decydujący wpływ ma sama kampania. Republikanie dużo gorzej przygotowali swoją konwencję, generalnie nie błyszczeli inwencją. Tak naprawdę dopiero od miesiąca Mitt Romney i jego sztab nabrali wiatru w żagle. Momentem przełomowym była pierwsza debata telewizyjna, kiedy kandydat Republikanów zdecydowanie pokonał Obamę. Od tego momentu widać w sondażach trend wzrostowy Romneya. Dziś byłby faworytem tych wyborów, gdyby nie fakt, że sztab obecnego prezydenta jest dużo lepiej zorganizowany. Ta machina wyborcza od wielu lat szykowała się do tego starcia w najważniejszych stanach.

Rozłóżmy tę kampanię na czynniki pierwsze. Najpierw Romney. Rok temu właściwie nikt go nie znał, dziś jest bardzo blisko prezydentury. Co jest jego siłą, a co słabością?
Stara prawda polityki mówi, że to nie opozycja wygrywa wybory, tylko władza je przegrywa. Kandydat Republikanów korzysta ze słabych wyników gospodarczych, jakie zanotował przez cztery lata Obama. Generalnie Amerykanie słabo oceniają jego kadencję. Romney próbuje to wykorzystać. Znam kilku jego bliskich współpracowników i oni podkreślają, że jego największym atutem jest inteligencja. Na korzyść Romneya działa też fakt, że odniósł sukces w biznesie, a także dał się poznać jako sprawny organizator - to przecież on odpowiadał za organizację zimowej olimpiady w Salt Lake City w 2002 r. czy później był gubernatorem stanu Massachusetts. Romney długo nie umiał jednak swoich atutów wykorzystać w kampanii, która była wyjątkowo słaba. Kandydat Republikanów miał w niej mnóstwo wpadek.

Jakie były największe słabości Romneya?
Brakowało mu charyzmy, w wystąpieniach publicznych zachowywał się bardzo ostrożnie, nie potrafił porwać tłumów. Część komentatorów uważa, że wynika to z jego doświadczeń osobistych. Jego ojciec był gubernatorem stanu Michigan i też brał udział w wyborach prezydenckich w latach 60. - ale odpadł po lapsusie, gdy powiedział, że popierał wojnę w Wietnamie, bowiem generałowie wyprali mu mózg. Mitt na pewno pamięta porażkę ojca, gdyż angażował się w jego kampanie wyborcze. Być może to negatywne doświadczenie sprawia, że wypowiada się bardzo ostrożnie, chłodno, zachowuje się wręcz sztucznie. To wrażenie zmieniła dopiero pierwsza debata telewizyjna. Pytanie, czy ten sukces Romneya nie przyszedł zbyt późno, by zmienić kolej losów w tych wyborach. W wielu stanach można głosować wcześniej za pomocą poczty - jest to możliwe m.in. w kluczowym dla tych wyborów stanie Ohio. Wśród głosujących w ten sposób Obama ma zdecydowaną przewagę. Pytanie, czy Romney będzie w stanie nadrobić to w dniu wyborów.
Jak to było możliwe, że sztuczny, chłodny Romney pokonał w debacie tak świetnego mówcę, jakim jest Obama?
Jego zwycięstwo dla osób znających historię wyborów w USA nie było dużym zaskoczeniem. Tak naprawdę wszyscy urzędujący prezydenci, którzy ubiegali się o reelekcję, mieli kłopoty w takich debatach. To specyfika amerykańskiej polityki. Urzędujący prezydent bardzo rzadko udziela wywiadów mediom, które są mu nieprzychylne. Przez cały czas jest otoczony przez osoby, które mu sprzyjają i które chwalą wszystkie jego posunięcia. Przez cztery lata brakuje mu konfrontacji z mocną krytyką. Gdy więc dochodzi do debaty z konkurentem, jest mocno zdziwiony tym, co słyszy. Podobne problemy miał też Ronald Reagan w 1984 r. Choć nawet biorąc pod uwagę te uwarunkowania, występ Obamy w pierwszej debacie był bardzo słaby. Wydaje mi się, że on po prostu zlekceważył swego rywala, uznał, że jego przewaga jest tak duża, że powinien jak najmniej ryzykować - dlatego też sprawiał wrażenie mocno wycofanego w porównaniu z Romneyem. W kolejnych debatach telewizyjnych wypadł dużo lepiej, ale mimo wszystko trudno było mu odrobić straty z pierwszego starcia. Zgodnie z amerykańską zasadą: nigdy nie masz drugiej szansy, by zrobić dobre pierwsze wrażenie.

Pomijając jedną debatę, chwali Pan strategię Obamy. Co jest jej największą zaletą?

Prowadzi ją niezwykle skutecznie. Sztab Obamy miał bardzo dużo czasu, żeby przygotować się do tej kampanii - tym bardziej, że od wielu lat mogli się domyślać, kto będzie przeciwnikiem prezydenta. To pozwoliło zebrać mnóstwo materiałów na temat Mitta Romneya - i przygotować skuteczną kampanię negatywną. Jeszcze latem przed konwencjami wyborczymi sztab Obamy zalał negatywnymi spotami reklamowymi te stany, w których wynik wyborów nie jest jeszcze przesądzony. Dużo za to zapłacił, ale osiągnął swój cel, stworzył wrażenie, że Romney nie rozumie problemów amerykańskiej klasy średniej, jest oderwany od rzeczywistości. W tym przypadku Republikanie popełnili duży błąd, nie reagując na ten czarny PR odpowiednio wcześniej - negatywny wizerunek Romneya utrwalił się i na przykład w Ohio bardzo trudno go zmienić.

A proszę podsumować te wybory. Czy coś Pana w nich zaskoczyło? Pojawiły się w czasie kampanii elementy wcześniej Panu nieznane?
Obserwuję amerykańskie kampanie i tak negatywnej, co mówię z dużym smutkiem, nie widziałem od dawna. Tak naprawdę obaj kandydaci, zamiast mówić o planach na najbliższe cztery lata, koncentrują się na atakach na swojego konkurenta. Poza tym ta kampania jest rekordowa pod względem wydatków, po raz pierwszy w historii przekroczą one łącznie 2 mld dol. Stany Zjednoczone są coraz bardziej spolaryzowane. Prowadzi to do tego, że prawdziwa kampania odbywa się w coraz mniejszej liczbie stanów. To z kolei prowadzi do sytuacji, w której coraz większe pieniądze są wydawane na coraz mniejszym terytorium. W tych najważniejszych stanach - wygląda na to, że kluczowe będzie Ohio - reklamy są nadawane niemal non stop we wszystkich stacjach telewizyjnych. To sprawia oczywiście, że wielu wyborców ma mętlik w głowie, informacje wysyłane przez kandydatów docierają do nich w coraz w mniejszym stopniu.

Dużo mówi się o wykorzystaniu internetu w tej kampanii. Czy rzeczywiście jest on kluczowy?
Rola internetu rośnie z wyborów na wybory. Pierwszy dostrzegł to Barack Obama, który cztery lata temu świetnie wykorzystał portale społecznościowe i pod tym względem pokonał wyraźnie rywali. W tym roku internet jest jeszcze ważniejszy niż w poprzedniej kampanii. Ale równie aktywny jak Obama jest w nim Romney, przez co prezydent nie ma już takiej przewagi.

Dostrzegł Pan jakieś nowe narzędzia internetowe albo nieznane wcześniej rozwiązania, pomysły?
Znacznie większą rolę odgrywa na przykład Twitter. Dziś wykorzystuje się go do granic przepustowości. Podczas ostatnich debat telewizyjnych śledzenie wszystkich twittów ich dotyczących było właściwie niemożliwe, gdyż tych informacji było zbyt wiele.
Omówiliśmy kampanię. Czego się Pan spodziewa po jej ostatnich dniach? Czy w finale może wydarzyć się coś niespodziewanego?
Bardzo ważny będzie piątek. Tego dnia pojawią się pierwsze wiarygodne sondaże już po przejściu huraganu "Sandy". Dziś trudno stwierdzić, jakie on będzie miał konsekwencje polityczne - wiadomo, że prezydent Obama nadzoruje prace sztabu kryzysowego, więc ma więcej możliwości pokazywania się w mediach. Poza tym w każdy pierwszy piątek miesiąca publikowane są wyniki z rynku pracy. W październiku te wyniki były zadziwiająco dobre dla Obamy, po raz pierwszy od lat bezrobocie spadło poniżej 8 proc. Jeśli ten trend się utrzyma, to obecny prezydent na tym zyska. Ale jeśli te wyniki pokażą kolejny wzrost bezrobocia, będzie to woda na młyn dla Romneya. Choć jest bardzo prawdopodobne, że te wybory zakończą się podobnie jak elekcja w 2000 r., kiedy powtarzano liczenie głosów, a George Bush został prezydentem, mimo że Al Gore zdobył więcej od niego głosów. Te wybory są równie zacięte.

W 2015 r. w Polsce odbędą się wybory prezydenckie i parlamentarne. Co z wyborów amerykańskich zostanie przeniesione na nasz grunt pod względem marketingu wyborczego? Które elementy Pan by przeszczepił, gdyby odpowiadał za strategię którejś z partii?
W Polsce poszczególne partie polityczne dość dobrze umieją korzystać ze spotów wyborczych - natomiast ciągle nie umieją angażować ludzi w swoje kampanie. Z doświadczenia wiem, że często wolontariusze zgłaszający gotowość pomocy są odsyłani z kwitkiem. W USA to niemożliwe. Tam tysiące ludzi angażuje się w sposób bardzo bezpośredni - wywiesza flagi, plakaty, pomaga rozwieszać billboardy czy dzwoni do innych wyborców. Partia w Polsce, która dziś wyjdzie do ludzi, będzie bardziej bezpośrednia w kontaktach, w 2015 r. będzie miał większe szanse na zwycięstwo.

Amerykanie chętniej angażują się w życie polityczne niż Polacy. A czy coś w USA Pana uderzyło na poziomie operacyjnym? Czy obecne amerykańskie wybory są zapowiedzią większej roli kampanii negatywnej w naszym kraju? Nasza polityka pójdzie w tym kierunku?
Negatywną tendencję w USA widać już od dłuższego czasu. Już na poziomie prawyborów sukcesy najczęściej odnoszą politycy bardziej wyraziści. Jest coraz mniej miejsca na niuansowanie problemów. Obawiam się, że ta tendencja w Polsce pewnie również coraz mocniej zauważalna.

Rozmawiał Agaton Koziński

Wideo

Komentarze

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Dodaj ogłoszenie