Białoruś Łukaszenki: Kraj szpiegów i szpicli

Redakcja
Złośliwi mówią, że bez pomocy wszechwładnej na Białorusi tajnej policji politycznej KGB nawet żniwa w tym kraju nie mają prawa się udać. Ale tym, którzy występują mniej lub bardziej oficjalnie przeciwko ostatniemu dyktatorowi Europy Aleksandrowi Łukaszence, nie jest wcale do śmiechu.

Bo agenci KGB kontrolują życie Białorusinów, i to bardzo dokładnie. Nie brakuje głosów, że KGB jest tak potężne, że ma w garści nawet Łukaszenkę. Dla ludzi KGB istnienie obecnego reżimu to sprawa życia i śmierci, upadek Łukaszenki oznaczałby jeśli nie krwawy odwet na tajnej policji, to na pewno surowe jej rozliczenie za to wszystko, co było jej udziałem.

Wszyscy jeszcze pamiętają, jak w grudniu 2010 r., tuż po sfałszowanych wyborach prezydenckich, kilka osób próbowało włamać się do budynku rządowego. Nikt nie miał wątpliwości, że była to prowokacja tajnych służb, po to by można było przystąpić do krwawej rozprawy z protestującą opozycją.

Czytaj także: Karta '97: Łukaszenka szantażuje zagraniczny biznes. Łotwa może stracić 480 mln euro

Być może podobnie było podczas krwawego zamachu w mińskim metrze, kiedy życie straciło kilkanaście osób, a kilkadziesiąt zostało rannych. Reżim wyjątkowo szybko pojmał, osądził i stracił domniemanych sprawców zamachu. Nie brakowało głosów, iż zamach mógł być robotą agentów KGB. Cel? Jak w przypadku grudnia 2010 r. - pretekst do ostrego kursu wobec opozycji.
Wtedy, w tę powyborczą noc grudniową, hordy ubranych w czarne uniformy policjantów zalały plac i zaczęły bić pałkami bezbronnych demonstrantów, a potem powlokły ponad 700 z nich do więzienia.

Formacja KGB, jak wciąż określa się służbę bezpieczeństwa na Białorusi, nadal terroryzuje ludzi w tej byłej republice radzieckiej.

Białoruś stała się krajem, w którym nawet oddychanie może być nielegalne; jakiś czas temu urzędnicy powiedzieli człowiekowi, który próbował zorganizować ćwiczenia z oddychania, że ten pomysł narusza prawo dotyczące organizacji imprez publicznych.

Czytaj także: ABW na tropie białoruskiego KGB. Szpiegów Łukaszenki interesuje nasz sektor energetyczny

Oklaski też mogą być powodem aresztowania. Oprychy z KGB w cywilnych ubraniach pobiły i zaatakowały gazem łzawiącym kilka miesięcy temu setki ludzi, którzy klaskali na ulicach, chcąc obejść w ten pomysłowy sposób zakaz demonstracji z
transparentami i skandowaniem.

Absurdy dyktatury nie powinny jednak przesłaniać ponurego horroru, jakim jest tyrania Łukaszenki. Ludzie byli bici i przetrzymywani przez całe tygodnie w siedzibie KGB, bez możliwości kontaktu z rodziną czy prawnikiem.
Wielu trafiło do więzienia, w tym uwolniony niedawno kandydat na prezydenta Andrej Sannikau, który został skazany na pięć lat pozbawienia wolności.

Rosjanie często żartują, że Białoruś jest miniaturowym Związkiem Radzieckim z jego nienaturalnym zmysłem porządku. To trafne określenie, ponieważ we współczesnej Europie nie ma innego kraju z takim poziomem inwigilacji i prześladowania obywateli.
Ludzie rozmawiają w tym kraju bardzo ostrożnie przez telefon pewni, że są podsłuchiwani przez państwowych agentów, a internet jest ściśle monitorowany. KGB użyło nieraz danych lokalizacyjnych z telefonów komórkowych do ustalenia, kto brał udział w protestach wyborczych, i aresztowało ludzi wiele tygodni później w ich domach, ożywiając strach z epoki stalinowskiej przed łomotaniem w nocy do drzwi przez tajne służby.

Czytaj także: Karta '97: Łukaszenka szantażuje zagraniczny biznes. Łotwa może stracić 480 mln euro

Funkcjonariusze KGB uzyskali także szerokie uprawnienia do włamywania się do domów i biur. Agenci zostali też uprawnieni do użycia siły przeciwko "aktywnej bierności" - ten orwellowski termin jest skierowany przeciwko tak pokojowym protestom jak klaskanie.

Agenci KGB dostarczają śledczym dowody przeciwko opozycji, potem przeciwko jej działaczom prowadzone są sprawy karne. Jednym z nich był Aleś Bialacki, szef organizacji Wiasna, czołowej na Białorusi grupy działającej na rzecz praw człowieka. Dostał on cztery i pół roku więzienia oraz konfiskatę mienia. Bialacki bronił aktywistów aresztowanych przez KGB.

Czytaj także: Białoruś przygotowuje czarną listę. "Łukaszenka idzie na wojnę i bierze zakładników"

Białoruskie przypomina to radzieckie. W latach 2000-2005 na czele białoruskiego KGB stał były szef moskiewskiego okręgu FSB, Rosjanin Leonid Jerin.

Białoruskie KGB jest uznawane za sprawną służbę z wieloma osiągnięciami, np. schwytaniem funkcjonariusza wywiadu Włoch.
Na czele tej znienawidzonej formacji stoi funkcjonariusz, który zawodowe szlify w bezpiece zdobywał w Związku Radzieckim. To urodzony w 1954 r. na Ukrainie generał Wadim Jurjewicz Zajcew.

Czytaj także: ABW na tropie białoruskiego KGB. Szpiegów Łukaszenki interesuje nasz sektor energetyczny

Zajcew ukończył wojskowe szkoły w ZSRR. Od roku jest szefem Komitetu Bezpieczeństwa Państwowego (KGB). 2 lutego 2011 r. znalazł się na liście pracowników organów administracji Białorusi, którzy za udział w fałszerstwach i łamaniu praw człowieka w czasie wyborów w 2010 r. otrzymali zakaz wjazdu na terytorium Unii Europejskiej.

Wideo

Komentarze 1

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

A
Administrator
To jest wątek dotyczący artykułu Białoruś Łukaszenki: Kraj szpiegów i szpicli
p
polo
Czy nasze ruskie Bondy Tuska szykują prowokację?

Niech zgadnę .....
Czy ofiarą prowokacji będzie PiS?
Dodaj ogłoszenie