Białe plamy znikają, historia zwycięża

Paweł Wieczorkiewicz, profesor historii
podpis podpis podpis podpis podpis podpis
Kolejka stojąca pod IPN po książkę o Lechu Wałęsie i wydarzenie, jakie zrobiono z emisji filmu "Trzech kumpli", świadczą o jednym - historia zawsze zwycięża. Nie da się jej sfałszować, nagiąć do swoich potrzeb lub zapomnieć o jakichś jej fragmentach.

Nie da się, bo cytując mojego ulubionego pisarza Michaiła Bułhakowa: "rękopisy nie płoną". Prawda prędzej czy później wychodzi na wierzch. Szczególnie jeśli chodzi o historię najnowszą.

Dziś niemal wszystko jest przecież zdokumentowane i zarchiwizowane. Nie da się niczego zrobić publicznie, żeby nie zostać niezauważonym albo nienagranym.

Oczywiście, można powiedzieć, że książka o Lechu Wałęsie ukazała się dopiero po 30 latach od wydarzeń, których dotyczy. Tak samo jest w historii opowiedzianej w filmie "Trzech kumpli". Musiało upłynąć kilkanaście lat, zanim znajomi Lesława Maleszki dowiedzieli się, że był on Ketmanem i donosił na nich w czasach studenckich.

Za takimi ustaleniami stoi jednak benedyktyńska praca, przejrzenie tysięcy tomów akt bezpieki. Dlatego znalezisko historyczne wielkiej wagi jest też kwestią zwykłego szczęścia. Trafienie na jakiś trop może być kwestią przypadku. Weźmy przebieg wojny polsko-bolszewickiej i Bitwy Warszawskiej.

Dokumenty na ten temat znaleziono w teczce o zupełnie innym tytule, kompletnie niewskazującym na sensacyjną zawartość. W tysiącu teczek znalazł się więc jeden prawdziwy diament.

Nie tylko przypadek jednak decyduje. Nawet najdrobniejsze przesłanki mogą prowadzić do większych odkryć. Pierwsza od strony rosyjskiej zbrodnię katyńską udowodniła Natalia Lebiediewa.

Zanalizowała ona trasy tylko pociągów, które krążyły na trasie Katyń - Miednoje. I na tej podstawie udowodniła, że polscy oficerowie musieli być przewożeni tymi transportami.

Ważnym bodźcem docierania do prawdy są też plotki, wiedza potoczna. Wystarczy przypomnieć ujawnienie zbrodni stalinowskich po 1991 roku. Wtedy najgorsze przypuszczenia się potwierdziły. Okazało się, że najstraszniejsze plotki, które na ten temat cicho powtarzano, znajdują potwierdzenie w faktach.

Często jest tak, że prawda o ważnych wydarzeniach żyje w postaci pogłoski, aż przychodzi historyk na ogół o pokolenie młodszy i często tę plotkę potwierdza. Nie jest bowiem tak emocjonalnie związany z czasami, o których pisze, a po drugie często zmienił się już kontekst polityczny. Pewne źródła przestały być objęte klauzulą tajności, o pewnych sprawach można już mówić. Moje wieloletnie doświadczenie wskazuje, że przynajmniej w sferze polityki prawie każda plotka znajduje potem swoje uzasadnienie.

Dlatego białe plamy w historii współczesnej często blakną, a wiele z nich udaje się całkiem usunąć. Można mieć nadzieję, że tak stanie się i ze sprawą stanu wojennego, i z zabójstwem księdza Popiełuszki. Prędzej jednak z tą drugą sprawą, bo w przypadku stanu wojennego chodzi o rozważania bardziej psychologiczne. Musimy dociekać, czy generał Jaruzelski wiedział, że Sowieci wejdą, czy może uważał, że tylko blefują. Jego decyzja była więc po trosze rosyjską ruletką.

Co do sprawy zabójstwa księdza Popiełuszki tropy prowadzą do Moskwy tak samo jak w przypadku zamachu na papieża. I dlatego można mieć nadzieję, że te sprawy prędzej czy później wyjdą na jaw, bo - mówiąc kolokwialnie - ktoś puści farbę.

Warto dodać jeszcze, że chwilowa amnezja historyczna nie jest tylko cechą Polaków. Na przykład Francuzi rzadko mówią o rządzie Vichy, który kolaborował z Niemcami. Tak samo Niemcy i Austriacy nie rozważają udziału ich społeczeństw w powstaniu III Rzeszy. Wolą zapomnieć o tym, że Hitler był demokratycznie wybrany i miał potem bezwględne poparcie.

W historii jednak - jak w kryminalistyce - na ogół nie ma zbrodni doskonałych. Najmniejszy ślad, plotka albo niekonsekwencja w pozornie nieważnym dokumencie wystarczą, aby dojść do dużych rzeczy.

Inna sprawa, że te ślady ulegają zatarciu. Myślę, że kiedyś na przykład o Stalinie będzie się pisać jako o zwycięzcy II wojny światowej, a nie o wielkim zbrodniarzu. Tak jak dziś o Czyngis Chanie. Pisze się o jego podbojach, o jego imperium, ale nie pisze się o górze trupów, która za tym stała. Czas sprzyja więc na pewno wyjaśnieniu pewnych spraw, ale im ten czas będzie dłuższy, tym mniej ludzi, których ta prawda będzie obchodzić.

* Paweł Wieczorkiewicz, profesor Uniwersytetu Warszawskiego i Wyższej Szkoły Humanistycznej. Specjalista od najnowszej historii Polski, historii wojskowości oraz historii ZSRR.

Wideo

Komentarze 1

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

s
stary
ze wracamy do czasów PRL-u. Historia to nauka dla potrzeb polityków - nie ma niezależnej historii. Dopiero gdy upływa 400 do 500 lat zaczyna wracać /już nikomu nie potrzebna/ rzetelność historyczna. A teraz robimy to na co jest zapotrzebowanie. I to jest właśnie IPN i jego historycy.
Dodaj ogłoszenie