Bezpieczeństwo za wolność? Co dalej z systemem INDECT?

Wojciech Rogacin
Wielki Brat po polsku? Świat Orwella? A może po prostu sukces polskiej nauki. Dziś nie można jeszcze przesądzać, ale na pewno tej sprawie trzeba się przyglądać i publicznie o niej dyskutować. Chodzi o system INDECT, nad którym za pieniądze Unii pracują polscy naukowcy i który ma zapewniać nam ochronę. Wszystko dzięki kamerom monitoringu i algorytmom, które błyskawicznie wychwycą i przekażą do centrum alarmowego wszelkie podejrzane zachowania osób i grup będących w oku kamer.

Z jednej strony, można czuć satysfakcję z powodu docenienia i osiągnięć polskich naukowców, z drugiej - rodzą się pytania, czy w imię bezpieczeństwa nie tracimy wolności.

Nowy system inwigilacji ma się znajdować pod prawną kontrolą. Z doświadczenia wiadomo jednak, że służby zawsze wymykały się kontroli

Pomimo dobrych intencji twórców systemu INDECT nie są to pytania bezpodstawne. Zbierane w ten sposób błyskawiczne informacje to przecież prawdziwa kopalnia skarbów dla policji i wszelkich służb ochrony. Dlatego budzi to niepokój. Wiadomo, że służby specjalne oraz wszelkiego rodzaju policje od zawsze miały, mają i będą mieć pokusę, by wiedzieć o nas jak najwięcej i kontrolować wszystko, co się da. To im ogromnie ułatwia pracę.

Dobrze, gdyby to wszystko odbywało się pod jakąś społeczną albo prawną kontrolą. Pewnie nawet powstaną odpowiednie zapisy regulujące INDECT. Jednocześnie z najnowszej historii naszego kraju - ale także uznanych demokracji, jak choćby amerykańskiej - wiemy, że służby zawsze potrafiły wymykać się kontroli.

Czytaj także:Wielki Brat po polsku: INDECT namierzy terrorystów, pedofilów i wychwyci wystrzały

Wystarczy przypomnieć sprawy najświeższe, jak choćby nielegalne podsłuchy dziennikarzy w sprawie dotyczącej tajemnicy śledztwa smoleńskiego. Mówimy o podsłuchach, na które zgodnie z prawem zezwolenie musi wydać sąd lub prokuratura. Albo rozpowszechniona w Polsce praktyka tzw. billingowania - sprawdzania, z kim i kiedy łączyliśmy się przez telefon. W Wielkiej Brytanii w marcu doszło niemal do kryzysu w koalicji, gdy premier zaproponował kontrolowanie billingów telefonów komórkowych. W 2011 r. instytucje publiczne w Polsce sięgały po informacje o naszych połączeniach telekomunikacyjnych aż 1,85 mln razy!

W przypadku systemu INDECT będziemy mieć do czynienia z podglądaniem i podsłuchiwaniem bez żadnych zezwoleń. W teorii przed łamaniem praw obywatelskich przez obsługujących INDECT mają chronić nas setki precyzyjnych przepisów. Pozyskiwanie pewnych danych za pomocą tego systemu ma być zatem zabronione. Na przykład twarze osób postronnych miałyby być zamazywane.

Wiadomo jednak, że tam, gdzie ludzie, tam zdarzają się błędy i łamanie zasad. Kto zagwarantuje, że wychwytywane będą informacje tylko dotyczące bezpieczeństwa, a nie np. takie, które mogłyby obciążyć konkretną osobę, np. zarejestrować osoby publiczne w sytuacjach mogących je kompromitować?

Czytaj także:Anonymous znów zaatakują? Hakerzy chcą zablokować projekt INDECT

Jeśli - jak ostrzega fundacja Panoptykon - system ten miałby być w dodatku sprzedawany firmom komercyjnym, właściwie pogrążylibyśmy się na dobre w świecie orwellowskim. Być może zresztą już w tym świecie tkwimy po uszy. Może w epoce cyfryzacji i informacji nie ma od niego ucieczki. Portale czy wyszukiwarki internetowe zbierają o nas mnóstwo informacji w internecie, które przynoszą im potencjalnie ogromne zyski.

Liczy się każde nasze kliknięcie - czy to na strony informacyjne, czy na towary w sklepie internetowym, filmy, plotki, muzykę, a nawet strony pornograficzne. Interesują ich nawet sondy internetowe, w których bierzemy udział. W ten sposób przekazujemy im informacje o naszych poglądach, potrzebach, zainteresowaniach, nie wiedząc sami, że to robimy. Za darmo. A one zarabiają, korzystając z tych danych w negocjacjach z reklamodawcami.

W internecie praktycznie nie mamy wyboru. W sprawie INDECT - tak. Zanim zgodzimy się na wprowadzenie systemu INDECT, musimy poznać wszystkie korzyści i zagrożenia zeń płynące. I dopiero wtedy zadecydować, czy i w imię czego warto poświęcić jeszcze więcej wolności w sferze publicznej.

_Czytaj też: **

Pozostałe komentarze Wojciecha Rogacina "Timesa"

**_

Wideo

Komentarze 4

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

Ś
Śledź
Przy okazji omawiania wszelkiego rodzaju systemów monitorujących i szpiegujących społeczeństwo zastanawiam się jaki system mógłby zapobiec wielkiej tragedii jaka rozegrała się 1939 a doprowadziło do niej objęcie władzy w Niemczech przez bezwzględnego dyktatora i manipulacja społeczeństwem niemieckim przez cynicznego propagandzistę Goebbelsa.
Okazało się ze ani ówczesne media, ani ówczesne parlamenty zarówno Niemiec i innych krajów nie uczyniły nic aby dodalić ten kielich goryczy. Wszyscy wraz z narodem niemieckim zostali powoli ugotowani jak żaby i nikt nic nie uczynił, aby nie dopuścić Hitlera do władzy.

Jaki więc system, jaki algorytm zaprojektować by na podstawie pewnych znamion już na starcie poczynań potencjalnego dyktatora zneutralizować? Przecież ówczesna Europa i Niemcy, jako naród nie byli aż takimi głupcami, a jednak ulegli propagandzie i "wdziękowi szaleńca". Kiedyś prasa i demokratyczne obozy lekceważyli to co głosił mówił i czynił Hitler wraz Goebbelsem. Jak się to skończyło każdy wie.

Obecnie na świecie a także i w Polsce rodzą sie i rozwijają różne ruchy polityczne, których symptomy działania, jako żywo przypominają tamte w Niemczech. Takie same protesty uliczne, taka sama technika propagandowa i nikt obecnie w imię iluzyjnego „wolności słowa" nie protestuje. To jest niestety poważna przypadłość demokracji ze jest praktycznie bezbronna w czasie dochodzenia nowych dyktatorów do władzy, tym bardziej, że ci posługują się orężem z arsenału demokracji, czyli prawem do wolności słowa. I tym „wolnym słowem” ujarzmiają swoje narody. Te wolne słowa zawierają kłamstwa, oszczerstwa, wzywanie do przewrotu, czyli zmiany rządów, nietolerancję rasową, nacjonalizmem, populistyczne hasła. A wszystko to często przyprawione hasłami o patriotyzmie, trosce o lud i spowite w sztandary narodowe.

Kiedyś Goebbels walczył o tę "wolność słowa”, bo miał problemy z wydawaniem swojego szmatławca „Der Angriff”. Kiedyś Goebbels był karany mandatami a Hitler więzieniem za to, co mówili i szerzyli.

Jak więc teraz zapobiec Aż takiej tragedii, jaka spotkał cywilizowany ponoć świat?
Jak monitorować społeczeństwo i polityków, aby do tego nie dopuścić, kiedy społeczeństwo samo walczy o to by wszyscy mogli robić to, co chcą? Jak bronić się przed nowymi dyktatorami, gdy samopoczucie i wolność jednostki jest w opinii społeczeństwa ważniejsza niż bezpieczeństwo globalne społeczeństw, państw i narodów?
Ś
Śledź
Oj panie Wojciechu nie tyle służby wymykają sie z pod kontroli ile to politycy walczą o dostęp do szczegółowych danych zbieranych przez służby, choć powinni otrzymywac tylko raporty o duzym stopniu ogólności. Zasadniczo służby są od zbierania infomacji a niej rozpowszechniania.

Jednak często politycy będący w opozycji którzy uprzednio krytycznie dnosili sie do służb, po objęciu władzy postepuja zgoła inaczej. Ciekawego spostrzeżenia dokonał James Rusbriger w swej książce „Gra wywiadów" : "Charyzmatyczni przywódcy, którzy z takim entuzjazmem objęli władzę w nowych demokracjach, już niebawem staną twarzą w twarz z rozczłonkowanym i gniewnym społeczeństwem. W razie utrzymywania się braków na rynku dojdzie do demonstracji, a sytuacja może w takim momencie wymknąć się spod kontroli. Powstaną partie konkurencyjne, domagające się kolejnych wyborów.
Historia uczy, że w takich okolicznościach liberalni przywódcy, opowiadający się dotychczas za demokracją, zostają obaleni, albo - broniąc swojej pozycji - zaczynają zwalczać oponentów, widząc w nich wroga, wewnętrznego lub zewnętrznego. Robią wszystko, aby usprawnić kontrolę nad opozycją i niebawem ta sama tajna policja oraz eksperci od wywiadu, działający w czasach dawnego reżimu, wychodzą powoli na scenę, wraz z aktami zawierającymi nazwiska nowych wywrotowców. W zdumiewająco krótkim czasie owe agencje - nosząc już inne, bardziej sympatyczne nazwy, które maskują ich prawdziwą rolę - wznawiają swoją działalności, dla nowych mocodawców, ale z tym samym zapałem i przy użyciu tej samej technologii co przedtem. Początkowo ich akcje będą wydawały się bardzo proste i rzeczowe, ale stopniowo tryby zaczną kręcić się coraz szybciej i sprawniej, agencje przestaną ograniczać się do tego, aby mówić swym mocodawcom to, co tamci chcieliby usłyszeć, zaczną wymykać się spod kontroli i ponownie tworzyć swoje tajne imperia.
Na Zachodzie scenariusz wydarzeń będzie mniej ponury, ale i tam wystąpi owa polityczna paranoja, a doświadczenia wykazują, że kiedy społeczność wywiadowcza przeżywa gorsze chwile i uzbraja się w cierpliwość, dochodzi w końcu do jakiegoś wydarzenia, które pomaga jej znowu wyjść na swoje." Słowa te napisał w 1987 roku. Czy straciły na ważności?

Trudno jest służbom obronić sie przed naciskami politycznymi. Najczęściej dla opornych delikwentów będacych dysponentami tajnej lub poufnej informacji kończy się to albo rozwiązaniem służb, albo dymisjami.

Tak więc nie wszechwiedzy służb upatrywałbym niebezpieczeństwo, a nawet w możliwych jednostkowych przeciekach, choć afera z dyplomatycznymi informacjami Wikileaks pokazła ze możliwe są globalne wpadki. Raczej upatrywałbym niebezpieczeństwo w zbytniej ciekawości polityków i .... dziennikarzy. Ci ostatni praktycznie moga ujawniać zdobyte informacje bez żadnych konsekwencji i absolutnie nie ogladając sie na bezpieczeństwo państwa lub dobre imię obywatela (choć w tym wypadku obywatel ma większe uprawnienia niż państwo :)).
J
Józef Brzozowski.
Służby specjalne powinny też mieć bardzo duże możliwości kontroli, ale powinny podlegać nie towarzyszom partyjnym jak obecnie, lecz bezpośrednio społeczeństwu.

Zarząd, tych służb specjalnych powinien być wybierany przez społeczeństwo w wyborach większościowych, i o ewentualnym odwołaniu członka tego zarządu też powinno decydować społeczeństwo, bo to społeczeństwo płaci na utrzymanie tych służb specjalnych.

W takim układzie będzie zaufanie społeczne do Zarządu i do służb specjalnych.

Dziś, kiedy te służby są w łapach polityków, służą tym od kogo zależą. PO rządzi, one będą zgodne linią PO. PiS weźmie w garść władzę, to znowu będzie strach dla przeciętnych obywateli (bo rekiny mają ich z tyłu poniżej ogona).

Politykom wybieranym w obecnej ordynacji partyjnej nie wierzę jak psom, i nie mam zaufania od służb specjalnych w rękach polityków.

Nie chowam się za krzakiem:
Józef Brzozowski Żory.
S
Sceptyk
Ciągle słyszymy, że powszechna inwigilacja jest koniecznym złem, żeby podnieść nasze bezpieczeństwo.
To kłamstwo.
Nasze billingi są dostępne dla policji - to bez wątpienia inwigilacja, co roku miliony razy policja korzysta z tego. Czy podniosło to w jakiś sposób nasze bezpieczeństwo? Zmniejszyła się ilość przestępstw, wykryto więcej sprawców, czujemy się bezpieczniej? Nie.
W głośnej sprawie zniknięcia młodej kobiety w Sopocie obrazy z kamer nic nie pomogły. W ilu sprawach zaginięcia ludzi czy innych przestępstw monitoring miejski faktycznie pomógł? Jakoś nie słychać o takich statystykach, najwyraźniej wyniki są mizerne albo i żadne.
Dodaj ogłoszenie