Barbara Piwnik: Co zrobić by sądy działały sprawniej? "Zaorać i zasiać od początku"

Dorota Kowalska
Barbara Piwnik
Barbara Piwnik Fot. Bartek Syta/Polskapresse
- Co zrobić, by sądy działały sprawniej i efektywniej? Moja babcia, ze swoim ziemiańskim pochodzeniem, powiedziałaby: "Zaorać i zasiać od początku" - mówi sędzia Barbara Piwnik w rozmowie z Dorotą Kowalską.

Dobrych mamy sędziów?
Ma pani jeszcze jakieś pytania? Nie mnie oceniać kolegów.

Panią nazywano "szeryfem w spódnicy" albo "polskim sędzią Falcone"?
Ładnie! To się wiąże z moją pasją poza zawodową: z jazdą konną. I na tym skończmy kwestie szeryfa. To tytuły z czasów, kiedy rynek mediów był duży i niektórych ponosiła wyobraźnia. Chodziło o to, aby tytuł przyciągał czytelników.

Strasznie Pani skromna! Ale mamy rok 1998, proces "Rympałka" i nagle na sali sądowej pojawia się sędzia, który panuje nad sytuacją, świetnie pracuje. Wtedy, jak Pani pamięta, atmosfera wokół sędziów nie była najlepsza.
Czasem mówię, że chyba nie przez przypadek w 1998 r. media zaczęły pokazywać moją pracę, bo pracowałam tak przez wszystkie lata. Nie robiłam nic na potrzeby mediów obecnych na sali. Zawsze uważałam, uważam i uważać będę, że każdy proces powinien mieć charakter edukacyjny. Trzeba uczyć i pokazywać, czym jest prawo. Trzeba uczyć szacunku dla prawa.

Ale jakoś tak mimochodem stała się Pani synonimem niezawisłości i niezłomności.
Bo tak mnie nauczono wykonywać ten zawód. To się nałożyło na cechy charakteru, jakie mam, i konstrukcję psychiczną. Pochodzę z tej starej szkoły sędziowskiej, z czasów, kiedy był sędzia patron, a aplikacja wyglądała tak, że od pierwszego dnia w sądzie było się wychowywanym w atmosferze: jesteś przyszłym sędzią. Nie aplikowałam w Warszawie, aplikowałam w woj. suwalskim, to był mój wybór. I podczas aplikacji cały czas pytano nas, co na ten czy tamten temat myślimy. Nie byliśmy na sali rozpraw prostymi maszynkami do zapisywania tekstu, każdy z nas musiał przeczytać wszystkie sprawy, jakie danego dnia były na wokandzie, i prezentować własne stanowisko, własny pogląd. To bardzo dalekie od tego, jak dzisiaj wychowuje się sędziów. Dlatego kiedy prowadziłam jedną ze swoich pierwszych spraw, doświadczona pani ławnik, zapytała mnie, jak długo sądzę. Odpowiedziałam, że to moje pierwsze sprawy. Kobieta cofnęła się z fotelem, pytam: "A co się stało?". A ona: "Bo patrzę na panią, jest pani młodą osobą, a sądzi pani, jak stary sędzia!".

I z czego to się brało?
Z wszystkiego: wybór studiów, bo to była moja własna decyzja. Nie przypadek. Ten zawód odpowiadał moim zainteresowaniom, mojemu temperamentowi. Studia wyglądały wtedy inaczej niż dzisiaj: rozmawialiśmy ze swoimi wykładowcami, nie rozwiązywaliśmy testów ściągniętych z internetu.

Ale nie wszyscy sędziowie z Pani rocznika tak pracują jak Pani. Może to kwestia tego, że jest Pani silną kobietą wychowaną przez dwie inne silne kobiety - matkę i babkę?
Pewnie to ma znaczenie. Coś się na pewno nałożyło na moją konstrukcję psychiczną. To, co się wynosi z domu, jest niesłychanie ważne. Jak mówi moja siostra: genetyka to święta nauka. I rzeczywiście coś w tym jest. Ważne jest to, co dostajemy, przychodząc na świat. To coś było potem dostrzegane przez moich profesorów i promowane. Albo dobrą oceną, albo świetną opinią, co na pewno miało wpływ na moją przyszłość. Niesłychanie istotny jest kontakt nauczyciel-mistrz. Nie uważam, że należy naśladować ślepo czyjeś zachowania, ale podczas aplikacji, mając możliwość obcowania z doświadczonymi sędziami, gromadzimy ich doświadczenia, a te pozwalają nam później dobrze funkcjonować w zawodzie: nie bać się sali, nie bać się ludzi, nie bać się podejmowania decyzji.
Pani była chyba pierwszą, która tak ostro traktowała adwokatów, oskarżonych, prokuratorów, a czasami i samych pokrzywdzonych.
Zawsze uważałam, że sędzia na sali odpowiada za przebieg procesu. To nie są emocje, to nie są sympatie - wbrew temu, co niektórzy mówili. A mówili, że wychodzę na salę i mam już gotowy pomysł na sprawę i na jej zakończenia. Wprost przeciwnie: uważam, że bez względu na to, co by się w duszy sędziego działo, czy by współczuł pokrzywdzonemu, czy by współczuł oskarżonemu, to takie uczucia nie mają prawa dochodzić do głosu, kiedy ma w sposób bezstronny, obiektywny ocenić materiał dowodowy i zadecydować o czyimś życiu. Bo nawet kara w zawieszeniu czy kara stosunkowo niewysoka to decydowanie o czyimś życiu. Także o życiu osoby pokrzywdzonej. Jej zachowanie także ocenia sędzia - o czym nie wszyscy pamiętają. Jeśli taka osoba swoim zachowaniem czy postępowaniem bardzo przyczyniła się do tego, że ktoś popełnił przestępstwo, to sędzia nie może udawać, że tego nie widzi.

Zarzucano Pani, że jest na sali zbyt agresywna, apodyktyczna, pouczająca.
Pouczająca? Kiedy? Wtedy, kiedy strony zachowują się w sposób niewłaściwy, niezgodny z przepisami? Kiedy nie reagują na ostrzeżenia wysyłane w sposób, nazwijmy to, zawoalowany? Rażą mnie, jako obywatela, sytuacje, które oglądam w telewizji, kiedy dziennikarze podtykają mikrofon pod nos oskarżonego, kiedy siedzą pod stołem sędziowskim. Sąd nie jest miejscem, gdzie tworzy się widowisko dla mediów. Sąd nie jest miejscem, gdzie można demonstrować swoje zadowolenie czy niezadowolenie. Sąd powinien być miejscem, takiego sądu się nauczyłam i taki sąd widzę, gdzie w ciszy, spokoju, z należytą uwagą rozstrzygane są ludzie sprawy.

To Pani wprowadziła te emocje do sądu!
Nie! Ja po prostu pracuję tak, jak mnie nauczano. Dbam o właściwy przebieg procesu.

Jako jedna z niewielu ostro i wnikliwie, weryfikuje Pani materiał zebrany przez prokuraturę i policjantów, czego sędziowie często nie robią. Dlaczego? Niektórzy mówią wręcz, że są służalczy w stosunku do policji i prokuratury.
Nie chcę tak na to patrzeć. Ale tak, moja skrupulatność w badaniu materiału dowodowego wielokrotnie obracała się przeciwko mnie i łączyła z pewnymi przykrościami, jakie w czasie wykonywania zawodu mnie spotykały. Co najbardziej w tym wszystkim bolesne? Chyba to, że wszelkie ataki w mediach odbywały się zazwyczaj pod szyldem anonimowych policjantów czy prokuratorów. A ja zawsze mówiłam: "Jeśli masz coś do powiedzenia, uważasz, że masz rację, to dlaczego boisz się podać swoje nazwisko?". Krycie się za anonimowością i niewybredne ataki to jest to, co obserwują inni sędziowie. Człowiek idzie rano do pracy, a w kiosku tytuły gazet krzyczą: "Potwór w todze!", obok zdjęcie sędziego, który tego samego dnia ma prowadzić kolejną sprawę.

Jeszcze raz zapytam: dlaczego Pani koledzy bywają tak bezrefleksyjni?
Trzeba korzystać z wiedzy historycznej. Przeraża mnie, kiedy ludzie natychmiast wyrzucają z pamięci to, co było kilkanaście lat temu, i powtarzają te same błędy. Gdzieś się utarło, że milicjant nic nie robił, tylko pałował, a potem jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki - zmienił się system i policjant stał się aniołem. Umówmy się, ludzie są tylko ludźmi. Inna rzecz: w świecie przestępczym ciągłość została zachowana, w organach ścigania - nie. A to instytucje, które powinny budować swoją wiedzę i tradycję latami. Ale przyjęło się, że kiedy w tym nowym systemie policjant coś powie - to wyłącznie prawdę objawioną. Nie wolno tego badać, oceniać, kwestionować. Ale każdy policjant musi na szacunek zapracować.

Czemu Pani koledzy tego nie wiedzą?
Może nie są tak starzy jak ja?
Skąd bierze Pani odwagę, aby nie ulegać presji?
Gdybym się któregoś dnia przestraszyła, to tego samego dnia powinnam złożyć urząd. Żadnej osoby oskarżonej czy pokrzywdzonego nie powinno obchodzić, czy sędzia czuje się dobrze, czy niedobrze. Powinien być za to zainteresowany tym, aby jego sprawę prowadził sędzia, który się nie da zastraszyć.

Zastraszano Panią?
Nie. Mnie nikt nie zastraszał. Ale to nie jest komfortowa sytuacja, kiedy jest się nazywanym sędzią mafii czy potworem. Ale zawsze mówiłam, że wszystko w życiu trzeba przetrzymać i czas pokaże, kto ma rację.

Spotkała się Pani kiedyś z naciskami przełożonych, polityków? Ktoś zasugerował: "Basia, fajnie by było, gdybyś zrobiła tak czy tak"?
Chyba wszystko to, o czym teraz rozmawiamy, ta etykieta, która do mnie przylgnęła sprawia, że nikomu by to do głowy nie przyszło. I nawet teraz, kiedy zadała mi pani to pytanie, szukam w głowie sytuacji, która mogłaby sprawiać takie wrażenie, ale nie, nie było takich.

Wszyscy się boją Piwnikowej?
Nie wiem, znają mnie. Ale zdarzały się inne sytuacje, kiedy komentatorzy czy politycy, także w sprawach, w których mnie przyszło orzekać, wypowiadają się o wyroku, kiedy coś się dopiero wydarzyło. Kiedy nic jeszcze na pewno nie wiemy. Sędzia orzeka albo zasiada w składzie orzekającym, a jednocześnie słyszy komentarze, że tylko taki, a nie inny wyrok usatysfakcjonuje społeczeństwo. I wtedy musi sobie odpowiedzieć na pytanie, czy jest w stanie wyrzucić to ze swojej świadomości, kiedy uczestniczy w wydawaniu wyroku, czy też gdzieś ta cała atmosfera może przekładać się na wyrok.

Zdarzają się sytuacje, kiedy się przekłada? Kiedy sędziowie ulegają presji?
Mogę odpowiedzieć za siebie: ja presji nie ulegam. To sędzia przewodniczący musi tak prowadzić proces, aby odizolować osoby orzekające od tego całego zgiełku, który dzieje się na zewnątrz. Dlatego taką wagę przywiązywałam do tego, jak wygląda każdy dzień na sali rozpraw. Zdarzały się sytuacje, kiedy pytano mnie, jak zachowywał się oskarżony w sprawie, którą prowadziłam, a który w innym procesie zachowywał się niewłaściwie. "U ciebie na sali też taki był?" - słyszałam. Odpowiadałam wówczas: "U mnie na sali? Ale z jakiego powodu?". To jest to, o czym mówię: osoba oskarżona, pokrzywdzona, świadek - oni wszyscy muszą być na sali traktowani tak samo, z szacunkiem należnym człowiekowi. I jeżeli ktoś tego nie rozumie, próbuje wprowadzać inny porządek do tego sądowego świata, to ja mówię: "Nie! Tu ludzie sądzą ludzi".

Pani się nie bała brać trudnych spraw, prawda?
Taka opinia wyszła ze środowiska. Teraz jest tak, że sędziemu przydzielana jest sprawa według alfabetycznej listy sędziów. Mogą się zdarzyć odstępstwa i każdy może sprawdzić, dlaczego do nich doszło. Kiedyś o wszystkim decydował przewodniczący wydziału - badał, jak bardzo dany sędzia jest obciążony, ile prowadzi spraw. Może wyróżniałam się tym, że nigdy nie podejmowałam dyskusji, kiedy przewodniczący mówił, że przydziela mi taką, a nie inna sprawę. Uważałam, że taką przewodniczący podjął decyzję, a moim obowiązkiem jest prowadzić sprawy, niezależnie, czy budzą rozgłos, czy nie. Wszystkie wymagają takiego samego osądzenia. Ale wiem, że było różnie. Wiem, że sędziowie wyrażali niechęć sądzenia takiej czy innej sprawy. Więc historia wygląda tak: trzeba było brałam akta pod pachę i szłam pracować. Potem, jak trzeba było coś o Piwnik powiedzieć, to się mówiło, że wybierała sobie sprawy. To czemu nie było tych chętnych, którzy poszliby przed Piwnik do przewodniczącego wydziału i powiedzieli: "Chętnie wezmę tę trudną sprawę"? Ale potem łatwo mówić: "Wypłynęła, bo trudne sprawy sądziła".
Środowisko sędziowskie jest zawistne?
Nie różnimy się od średniej krajowej.

Bardziej Panią w środowisku cenią i szanują czy bardziej Pani zazdroszczą?
Nie zastanawiam się nad tym. Kiedyś tylko naszła mnie taka refleksja, że nigdy nie proponowano mi prowadzenia zajęć z aplikantami, choć jednocześnie prowadziłam zajęcia na Uniwersytecie Warszawskim z postępowania karnego i wiem, że cieszyły się bardzo dużą popularnością wśród studentów. Ale jakoś niegodna byłam prowadzić zajęć z aplikantami w sądzie, dzielić się z nimi swoją wiedzą i doświadczeniem.

A może koledzy, kolokwialnie mówiąc, boją się, że ma Pani większe jaja niż oni?
(śmiech) Niedawno usłyszałam, jak jeden policjant opowiadał, że koledzy policjanci mówią o mnie: To kobieta…. I tu odwołuję się do pojęcia, którego pani użyła. Czy ja wiem? Myślę, że to jest dość złożone. Na pewno należę do osób, które nigdy nie zabiegały o względy, o to, aby w swoim środowisku być popularnym. Po prostu całe lata pracuję, robię swoje, jestem zajęta, co nie sprzyja takiemu lepszemu poznawaniu się czy docieraniu ze swoją ofertą do tych, którzy decydują o tym, kto szkoli aplikantów.

Nie żałuje Pani, że przyjęła stanowisko ministra sprawiedliwości?
To była jedna z lepszych decyzji, jaką w życiu podjęłam. Po pierwsze dlatego, że do krytykowania, obrażania ludzi chętnych jest wielu, ale do tego, aby brać odpowiedzialności i potem móc sobie powiedzieć: "Chociaż próbowałam", już nie. Poza tym ta propozycja przyszła w momencie, kiedy byłam bardzo zmęczona warunkami pracy i atmosferą, jaka panowała w wydziale, w którym orzekałam. Nie wiem, czy długo bym tam jeszcze wytrzymała. W związku z tym moje odejście do ministerstwa dało mi czas, żeby od tego wszystkiego odpocząć. Nabrać dystansu. Ale też - o czym wszyscy chcą skwapliwie zapomnieć albo udają, że tego nie było - odchodząc na stanowisko ministra, mówiłam, że po krótszej czy dłuższej nieobecności wrócę do sądu. Byłam konsekwentna, przestałam być ministrem - wróciłam do miejsca, z którego wyszłam.

Ale wie Pani, mówi się tak: Piwnikowa sędzia - super. Piwnikowa minister - żadna rewelacja.
A kto mi dał szansę pracować? Przez praktycznie pierwsze trzy miesiące nie robiłam nic, tylko odpierałam personalne, absurdalne ataki na swoją osobę. Tak jak pani powiedziałam, odpowiadałam na zaczepki typu: "Z nią się nie dało pracować". Później był atak związany z procesem sprzed wielu lat dotyczącym minister Barbary Labudy. Dopiero, jak się okazało, że akta się znalazły, sprawa ucichła. To, że nie odpowiadałam wielu osobom na tym stanowisku, nie jest dla nikogo tajemnicą. Zresztą premier Miller w jednej ze stacji telewizyjnej zapytany, czy popełnił jakiś błąd kadrowy, przyznał, że błędem było to, że zgodził się na moje odwołanie.

A nie czuła się Pani osaczona przez politykę?
Nic mnie nie zaskoczyło. Być sędzią to znaczy każdego dnia podejmować decyzje dotyczące tak naprawdę ludzkiego życia. Nawet jeśli orzeka się w sprawach cywilnych i rozstrzyga o władzy rodzicielskiej i o rozwodzie, to rozstrzyga się o życiu ludzi i ich przyszłości. I w związku z tym, jeśli przyszłoby mi podejmować decyzje, jako ministrowi skarbu czy zdrowia, to może miałabym problem, ale pracowałam w Ministerstwie Sprawiedliwości, w problemach, które znałam od lat. Zmienił się charakter decyzji, ale sam proces ich podejmowania już nie. To nie było dla mnie nic nowego. Jest jeszcze jedna sprawa - byłam przez kilka lat rzecznikiem prasowym, znałam mechanizmy funkcjonowania mediów. Kiedy pierwszy raz rozmawiałam z premierem Millerem, bo otrzymałam właśnie propozycje zostania ministrem, przewidziałam kto, w jaki sposób i jakimi słowami będzie mnie atakował. Ale pan premier był wówczas przekonany, że ze wszystkim dam sobie radę i postawił na moją kandydaturę.
Ale nie zrobiła Pani zbyt wiele.
Na czas, który był mi dany? Proszę zauważyć, że moje słupki popularności czy zaufania, tak ważne dla polityków, rosły. W momencie kiedy mnie odwoływano, byłam ministrem naprawdę dobrze ocenianym. To też nie wszystkim się podobało. Nawet powiedziałam żartem do kilku ministrów, że sondaże nam rosną, więc czas się ewakuować.

Reform Pani nie przeprowadziła.
U nas każdy przychodzi do ministerstwa i od razu referuje, co będzie reformował. Każdy chce reformować prawo, a to nie o to chodzi. Najpierw trzeba rozpoznać prawo, zrozumieć, gdzie jest źle stosowane, gdzie wymaga zmian, a nie na hura - zmiana! To źle by o mnie świadczyło, gdybym w trzecim, czy czwartym miesiącu urzędowania wyjęła ileś propozycji zmian ustawowych tylko po to, żeby w "Wiadomościach" ktoś powiedział, że minister sprawiedliwości ciężko pracuje.

Czemu polski wymiar sprawiedliwości nie jest ostoją siły Rzeczpospolitej?
To złożony problem, na który składają się przyczyny leżące w środku, czyli w sądach, jak też przyczyny zewnętrzne, a mianowicie - związane z tym, jak funkcjonuje przeciętny obywatel, jakim jesteśmy społeczeństwem. Znajomość prawa jest żadna. Szacunek do instytucji państwa i prawa - podobnie. Od lata powtarzam - jeśli mówimy o demokratycznym państwie prawa, to obywatel od szkoły podstawowej powinien być uczony konstytucji, elementów prawa. Powinien wiedzieć, że być obywatelem, to nie tylko prawa, ale i obowiązki. Rozumieć swoje prawa, rozumieć obowiązki. Jeżeli słyszę jednego z ministrów, który mówi, może mu się wyrwało, że ma w nosie literę prawa, to mam świadomość, jak takie stwierdzenie zapada ludziom w pamięć. I jak to się przekłada na codzienne zachowanie obywateli. Obserwujemy to na salach rozpraw, bo ten obywatel od razu powie: "A co, ja jestem gorszy? Ja także będę mieć w nosie literę prawa".

No dobrze, ale obywatel ma właśnie taki obraz sędziego: leniwy, opieszały i na dodatek skorumpowany.
No dobrze, ale nie bez powodu mówię o tych czynnikach zewnętrznych, bo jeśli obywatel jest wychowany w takiej postawie, to jak mu wytłumaczyć, że są sędziowie nie leniwi, nie skorumpowani, dobrze pracujący? Mnie się na sali mówi: "Powinna pani obejrzeć serial »Anna Maria Wesołowska« i nauczyć się sądzić". Bo obywatel myśli dziś kategoriami tego, co zobaczył w serialu "Sędzia Anna Maria Wesołowska", a co nie ma nic wspólnego z naszą sądową rzeczywistością.

Ale co, sędziowie są bez winy?
Jak to było? Kto jest bez winy, niech pierwszy rzuci kamieniem? Każdy jest winny. Nie bez powodu mówię o społeczeństwie. Czyż sędziowie nie są nieodrodnymi dziećmi społeczeństwa, w którym funkcjonują? No są! Nie urodzili się na Marsie! Mówiłam o swoim przygotowaniu do zawodu, o tym, jaka była do niego selekcja. Jeżeli nawet trzeba było odejść od asesury i tego, jak niektórzy mówili powołania na próbę, dobrze. Wprowadziło się taki system aplikacji jak teraz, jakieś szkoły centralne, jakieś zgrupowania i nagle czytam w jakiejś gazecie, że będzie dobrze, bo aplikant będzie na etacie w sądzie. To po co było przez 10 lat robić rewolucję i niszczyć system, który funkcjonował? Inna rzecz: na stanowiska w sądach rejonowych powoływanych jest wiele osób, które przez wiele lat były referendarzami czy asystentami sędziów. Ci ludzie przez lata na polecenie sędziego robili określone czynności, nagle z dnia na dzień wejdą na salę rozpraw, staną się panami życia i śmierci i każdy się w tym odnajdzie?

W ogóle zastanawiam się, jak 35-letni sędzia może decydować o życiu i śmierci?
Może, może! Ja będąc 30-letnim człowiekiem, przyszłam na delegację, co było wielkim wyróżnieniem, do sądu wojewódzkiego. Kończyłam studia, robiłam aplikację, potem sądziłam. To były inne czasy: mieliśmy mentorów, uczyliśmy się. I każdy z nas żył życiem dorosłego człowieka. Nasz proces dochodzenia do zawodu poprzez aplikację był komentowany, omawiany przez sędziów - to były dwa lata ciężkiego terminowania w podejmowaniu decyzji i nabywanie doświadczenia. Mogę powiedzieć o sobie, że jestem starą panną, jak to niektórzy mówią, i ktoś może powiedzieć, że jeśli dana osoba w wieku lat 50. nie była w związku małżeńskim, nie ma dzieci - to nie ma odpowiedniego doświadczenia życiowego. A ja uważam, że można nie być w związku małżeńskim, nie mieć dzieci i lepiej rozumieć dzieci i ludzi w różnych skomplikowanych sytuacjach małżeńskich.
No dobrze, tylko wciąż nie dałyśmy odpowiedzi na pytanie, czemu rozprawy przed sądem ciągną się latami.
Trochę jednak dałyśmy. Wie pani, może mam przywarę starszego człowieka, ale jakby tak sięgnąć do archiwów, chociażby lat 70., wtedy pracowałam już w sądzie i wtedy sprawy szły szybko. A dlaczego? Dlatego, że prokurator prowadzący czy nadzorujący nie ośmieliłby się wnioskować o przesłuchanie świadka, który nie ma nic do powiedzenia w sprawie. Prokurator przychodzący na salę rozpraw nie mówił: "Do uznania sądu" albo "Nie mam wniosków". Bo prokurator czuł się odpowiedzialny za sprawę.

Dzisiaj nie jest?
Dzisiaj mówi: "Do uznania sądu", "Nie mam wniosków". A jak się zapytać, na jaką okoliczność dany świadek ma być słuchany, bo jest ich 50., a wystarczyłoby dziesięciu, to słychać: "Bo prokurator taki wniosek złożył". Gdyby ciągnąca się dzisiaj latami sprawa trafiła na wokandę w latach 70., byłaby rozpoznana na paru terminach. Dlatego, że było inne przygotowanie sprawy i inne przygotowanie tych, którzy w tej sprawie występowali po obu stronach sali sądowej.

Ale nawet latach 90. mocno Pani przywoływała strony do porządku!
I miałam przesłuchanie w prokuraturze pod hasłem: "Dlaczego pani takie pytania zadaje, kiedy sprawa jest rozpoznawana?"

Panią przesłuchiwała prokuratura na okoliczność prowadzenia spraw?
Jak pani widzi, wszystko mam w życiorysie. Napastliwe artykuły na mój temat, też nie ukazywały się bez powodu. Wymagam od innych, tak samo jak od siebie, i mam z tego tytułu problemy.

Może jest Pani za mało "elastyczna"? Ręce do wymiaru sprawiedliwości wyciągają i służby i politycy….

Wielu czyni zakusy. Ale świadomość odpowiedzialności, którą człowiek bierze na siebie, wykonując zawód sędziego, to najlepsza ochrona przed tymi zakusami. To odpowiedzialność także przed samym sobą, decydujemy przecież o losach innych, więc jakież ma znaczeni to, czego sobie życzy ten czy tamten. Lubię rano patrzeć w lustro i nie boję się w nie patrzeć.

Pani sędzio, to co zrobić, żeby zmienić wymiar sprawiedliwości? Żeby działał sprawniej, bardziej efektywnie? Żeby ludzie mieli zaufanie do sędziów? Zaufanie i szacunek.
Moja babcia, z domu Kotkowska-Preobrażeńska, ze swoim ziemiańskim pochodzeniem i miłością do wszystkiego, co z wsią związane, zainteresowana losami kraju, powiedziałaby: "Zaorać i zasiać od początku".

Będzie kolejna dyscyplinarka?
Tak powiedziałaby moja babcia, ale ona nie żyje od lat 70. Ja ją tylko cytuję. Też kocham wieś.

A ile w ogóle polski sędzia Falcone ma dyscyplinarek?

Żadnych. Wprawdzie w Wikipedii ukazała się informacja, że jestem nieprawomocnie skazana, ale od uniewinnienia minęło już kilka miesięcy. Tylko że tego nikt już nie napisał.

Płaci Pani za swój charakterek i niewyparzony język!
Miałam różne przygody. Zastępca prokuratora generalnego domagał się wszczęcia postępowania dyscyplinarnego, bo ośmieliłam się wyrazić pogląd, że mnie osobiście, Barbarę Piwnik, nie przekonuje teza, że gen. Marka Papałę zabili złodzieje samochodowi. Wynika, że nie mogę mieć poglądów, chociaż może je mieć każdy obywatel. Ale to chyba nie byłoby dobrze, gdyby sędzia był osobą powolną, bezwolną, taką bez wyrazu…

Dziękuję bardzo za rozmowę.

Wideo

Komentarze 4

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

G
Gość

Hipokrytka i koniunkturalistka jak całe polskie sądownictwo. Aby sprawa FOZZ musiała być prowadzona od początku lub aby się przedawniła "w nagrodę" została ministrem sprawiedliwości.

G
Gość

Należy wyrwać wszystkie bolszewickie chwasty z wymiaru sprawiedliwości.
Żaden skompromitowany osobnik typu Tulejka, nie ma prawa wydawać wyroków i
żerować bezkarnie na pieniądzach podatników.
Jednak na początek, należy obalić przestępczą organizacją PO-PSL-SLD-Palikot
i mity o "wolnej i niepodległej III RP".

G
Gość

W roku 2001 sędzia Barbara Piwnik przyjęła stanowisko Ministra Sprawiedliwości i Prokuratura Generalnego w rządzie Leszka Millera i w związku z pełnieniem tej funkcji musiała zrezygnować z orzekania. Było to powodem przerwania procesu w sprawie FOZZ, pani Piwnik prowadziła tę sprawę, wyznaczenia nowego sędziego (sędzia Andrzej Kryże) i rozpoczęcie procesu od początku. Przedłużyło to postępowanie i nieomal doprowadziło do przedawnienia się zarzutów stawianych oskarżonym.

Ponieważ, tak wynika z załączonego zdjęcia, pani sędzia Piwnik nie jest blondynką pozwolę sobie zadać jej jedno proste pytanie + pytanie pomocnicze i drugie jeszcze prostsze pytanie + dwa pytania pomocnicze.

Czy przyjęcie stanowiska Ministra Sprawiedliwości było świadomym, co najmniej, godzeniem się na branie czynnego udziału w działaniu mającym na celu uchronienie ludzi oskarżonych o zagarnięcie mienia publicznego o wielkiej wartości przed poniesieniem odpowiedzialności karnej za popełnione czyny? Czy też, mimo że nie blondynka, pani Barbara Piwnik odegrała rolę blondynki w spektaklu wyreżyserowanym przez Leszka Millera (+ това́рищи) mającym na celu zapewnienie bezkarności ludziom komunistycznych służb specjalnych oskarżonym o kradzież pieniędzy z FOZZ?

Czy pani sędzia Barbara Piwnik nadal gustuje w futrach z norek? Czy zdarzyło się jej przyjąć futro z norek w prezencie (od kogo?) i czy można ten fakt połączyć z przyjęciem stanowiska w rządzie Leszka Millera? Czy Leszek Miller proponując posadę w rządzie, by zachęcić do jego przyjęcia, dał w jakikolwiek sposób do zrozumienia, że zna upodobanie pani sędzi do odzieży ze skór naturalnych?

Pozdrawiam,
Andrzej Kołczyński

G
Gość

W roku 2001 sędzia Barbara Piwnik przyjęła stanowisko Ministra Sprawiedliwości i Prokuratura Generalnego w rządzie Leszka Millera i w związku z pełnieniem tej funkcji musiała zrezygnować z orzekania. Było to powodem przerwania procesu w sprawie FOZZ, pani Piwnik prowadziła tę sprawę, wyznaczenia nowego sędziego (sędzia Andrzej Kryże) i rozpoczęcie procesu od początku. Przedłużyło to postępowanie i nieomal doprowadziło do przedawnienia się zarzutów stawianych oskarżonym.

Ponieważ, tak wynika z załączonego zdjęcia, pani sędzia Piwnik nie jest blondynką pozwolę sobie zadać jej jedno proste pytanie + pytanie pomocnicze i drugie jeszcze prostsze pytanie + dwa pytania pomocnicze.

Czy przyjęcie stanowiska Ministra Sprawiedliwości było świadomym, co najmniej, godzeniem się na branie czynnego udziału w działaniu mającym na celu uchronienie ludzi oskarżonych o zagarnięcie mienia publicznego o wielkiej wartości przed poniesieniem odpowiedzialności karnej za popełnione czyny? Czy też, mimo że nie blondynka, pani Barbara Piwnik odegrała rolę blondynki w spektaklu wyreżyserowanym przez Leszka Millera (+ това́рищи) mającym na celu zapewnienie bezkarności ludziom komunistycznych służb specjalnych oskarżonym o kradzież pieniędzy z FOZZ?

Czy pani sędzia Barbara Piwnik nadal gustuje w futrach z norek? Czy zdarzyło się jej otrzymać futro z norek w prezencie (od kogo?) i czy można ten fakt połączyć z przyjęciem stanowiska w rządzie Leszka Millera? Czy Leszek Miller proponując posadę w rządzie, by zachęcić do jego przyjęcia, dał w jakikolwiek sposób do zrozumienia, że zna upodobanie pani sędzi do odzieży ze skór naturalnych?

Pozdrawiam,
Andrzej Kołczyński

Dodaj ogłoszenie