Apokalipsa: „Woyzeck” w Narodowym. Poezja i pytania

Piotr Zaremba
Od lewej: Jerzy Radziwiłowicz (Kapitan), Paweł Paprocki (Doktor), Cezary Kosiński (Woyzeck) fot. Krzysztof Bieliński/materiały prasowe
Inscenizacja „Woyzecka” Georga Büchnera w warszawskim Teatrze Narodowym to dla mnie jedno z najbardziej kontrowersyjnych, ale i mobilizujących do myślenia przedstawień ostatniego czasu. Przy czym kontrowersja powstaje w dużej mierze w mojej własnej głowie.

Zacznę od tego, że to świetna teatralna robota potwierdzająca dużą wyobraźnię reżysera Piotra Cieplaka i profesjonalizm zespołu, który to przedstawienie przyrządził. A jednak mam długą listę zastrzeżeń. I równie długą zachwytów.

Dramat niedokończony

Trzeba wspomnieć o niezwykłości samego tekstu, który przy tej okazji sobie przypomniałem. To właściwie dopiero rusztowanie, szkielet, nie do końca wypełniony mięsem. Zaledwie 24-letni, bardzo radykalny romantyk, reprezentant ówczesnej niemieckiej lewicy rewolucyjnej, Büchner zdążył być autorem kilku ciekawych utworów (w tym wystawionej przed trzema laty przez Narodowy „Śmierci Dantona”), ale tej sztuki nie skończył. Przedwcześnie zmarł w roku 1837.

Mamy fabularny finał, który jednak wyraźnie nie jest ostatnią sceną. Także w środku wyczuwamy zdawkowości, niedopowiedzenia, które być może miały być uzupełnione, podbudowane. Wytaczając pretensje do Cieplaka, że to czy tamto dopisał czy dodał, pamiętajmy, że w tym przypadku tłumaczy się to bardziej niż w innych zabawach tekstami starych dramatów.

Niezwykły jest sam dramaturgiczny pomysł Büchnera, pozbawiony romantycznego patosu, dziwnie nowoczesny, miejscami pasujący bardziej do kolejnych epok literackich. Tytułowy Woyzeck, golący swojego Kapitana ordynans, więc żołnierz, to ktoś udręczony, pogardzany, może nawet lekko upośledzony. I to kogoś takiego wybrał młody poeta na bohatera dramatu na miarę szekspirowską.

Dramatu, któremu Cieplak nadał postać katastroficznej wizji. Dziejącej się na tle ascetycznej, niezwykle sugestywnej dekoracji Andrzeja Witkowskiego. I przetykanej gęstym, wielorakim komentarzem muzycznym, łącznie z piękną symfonią Jana Duszyńskiego. Wizji w ramach której patos ewangelicznej Apokalipsy recytowanej przez Mariusza Benoit do świetnego akompaniamentu Jakuba Gawlika zderza się z pogodnym okrucieństwem fragmentów tekstu Jana Christiana Andersena o rodzinie ślimaków.

Obie te rzeczy, Apokalipsę i bajkę, Cieplak dodał. „Woyzeck” pozostał w związku ze swoim niedokończeniem zachętą do takiego kolażu. Można dyskutować, wrócę do tego jeszcze, czy trzeba było inkrustować oryginalne dialogi współczesnymi przekleństwami. Ale nawet i one tworzą klimat generalnego zdołowania, wbicia widza w fotel, wywołania w nim zwątpienia w sens czegokolwiek.

Zaprzyjaźniony aktor, który w „Woyzecku” nie grał, podzielił się ze mną pierwszą wątpliwością. Miał wrażenie, że w starszych wersjach (przywołał adaptację filmową Wernera Herzoga z 1979 roku) główny bohater próbował walczyć, bronić swojej godności. Totalny determinizm przedstawienia Cieplaka wydał mu się sztuczny i nacechowany nadmiernym pesymizmem. Cezary Kosiński - Woyzeck ma jego zdaniem grać ludzką marionetkę, miotaną przez straszne siły nie do powstrzymania.

Najsłynniejsza polska inscenizacja, Konrada Swinarskiego ze Starego Teatru, z Franciszkiem Pieczką w roli tytułowej, pochodzi z roku 1966. Nie mogłem jej oglądać. Filmu dobrze nie pamiętam, poza twarzą Klausa Kinsky’ego grającego Woyzecka. Sam pierwotny tekst jest zbyt enigmatyczny żeby dać jasną odpowiedź. Wszystko zależy od inscenizatora i głównego aktora. Odnotuję dla porządku, że nie wykluczam racji kryjącej się w tej krytyce.

Współczesność czy poezja?

Zupełnie inny zarzut wobec tej inscenizacji wytoczył znajomy krytyk filmowy (zrobił to na Facebooku). Jego zdaniem instytucje, które piętnuje Büchner: armia, pośrednio także Kościół (lub raczej egzekwowana przez niego moralność, zwrócona choćby przeciw Marii, kochance Woyzecka i matce jego dziecka), pełnią dziś zupełnie inną rolą niż w pierwszej połowie XIX wieku. Po rewolucji 1968 roku walka z nimi zmieniła się z buntu w wyznanie wiary mainstreamu. Stąd kładąca nacisk na dawne rewindykacje inscenizacja brzmi fałszywie.

Odpowiedziałem, że przecież jako teatralny tradycjonalista muszę być zainteresowany tym, co miał do powiedzenia XIX-wieczny autor i nie chcę tego wywracać poprzez szukanie nowych znaczeń. Mój polemista na to, że lepszą drogą byłoby mocne wyeksponowanie w tekście wartości uniwersalnych, bo pogarda wobec człowieka jest zawsze aktualna.

Zarazem ten krytyk wersji Cieplaka ma mu za złe sugerowanie, że XIX-wieczne zjawiska są aktualne i dzisiaj. Służyć temu mają dość łopatologiczne aluzje, choćby dodana przez reżysera scena myśliwska. Piętnowanie polowań, kojarzące się z „Pokotem” Agnieszki Holland, to ulubione zajęcie współczesnych wrogów prawicy.

Muszę powiedzieć, że i mnie kilka owych aluzji raziło. Mamy scenę, którą nazwałem cyrkową, rozbudowującą ledwie napoczęty w tekście wątek jarmarku, na którym pojawia się Woyzeck. Jest ona skądinąd świetnie zaaranżowana i zagrana. Jej ogólna wymowa to wulgarny seksualizm osaczający bezradnego, już cierpiącego żołnierza. Ale w pewnym momencie Żółty Ptak, jedna z postaci trupy, składa wielkie jajo. Z jaja wykluwa się… Biskup. Sens tego antyklerykalnego akcentu jest dla mnie niejasny. Czy chodzi o sugestię, że Kościół uświęca niemoralny patriarchat i patronuje obłudzie?

Zbyt to dosłowne i mocno na wyrost. Co do armii jednak – Büchner jej nie lubił i miał za co. Prawda, w tej wersji żołnierze ćwiczący bezsensownie w stylizowanych dzisiejszych uniformach zalatują XX-wiecznym pacyfizmem. Ale nie jest to w niezgodzie nie tylko z duchem pisarza, którego trzeba by po prostu nie grać, a i z doświadczeniami czasów nam dużo bliższych. Już mocniej się krzywię na wspomniane wulgaryzmy widząc w nich zbędne efekciarstwo.

Zwrócę też uwagę, że gniew Büchnera, podchwycony przez Cieplaka, idzie w różnych kierunkach. Demoniczny Doktor grany przez Pawła Paprockiego, używający biednego Woyzecka do pseudonaukowych eksperymentów, to przecież element „nowego świata”, którego romantyk i zwolennik romantycznego konceptu przyrody nie cierpiał szczególnie. Cieplak nie redukuje tego wątku, przeciwnie eksponuje na ile pozwala tekst. Z kolei scena myśliwska – cóż. Można ją także odczytać jako metaforę ludzkiego drapieżnictwa.
Że jednak pokusa emocjonalnego aktualizowania przesłania jest możliwa, przekonałem się na własnej skórze, kiedy zaraz po premierze ktoś przekonywał mnie, że to spektakl o „dzisiejszych czasach”. Mechanizm tego rozumowania jest prosty. Skoro Büchner walczył z patriarchalnym społeczeństwem, a PiS chce je przywrócić, to Cieplak, skądinąd nie ukrywający poglądów politycznych, opowiada nam o naszej rzeczywistości. Wprawdzie nie te dylematy, nie te proporcje sił, ale cóż szkodzi wierzyć, że to o nas? Woyzeckiem gardzą, prawica też gardzi. Czyż trzeba szukać bardziej logicznych dowodów?

Nie wątpię, że taka interpretacja stanie się modna. A zarazem sami autorzy inscenizacji, reżyser i dyrektor Narodowego Jan Englert przekonywali po premierze, że zaletą tego przedstawienia jest brak prostego, publicystycznego morału. Cieplak porównywał „Woyzecka” do wiersza, którego nie da się wprost wytłumaczyć, bo trzeba go czuć. I przyznam, że ja sam sporo poezji w tym przedstawieniu znalazłem.

Ona była w muzyce, w choreografii, w komponowaniu scen zbiorowych, ale i w niektórych dialogach. Przede wszystkim w swoistej czułości, jaką dedykuje się zarówno Marii z jej nieślubnym dzieckiem, jak i głównemu bohaterowi. Ona jest w klimacie okrutnej przypowieści, wręcz bajki, która wyziera nie tylko z historyjki o ślimakach, ale choćby z biblijnych recytacji Dziada-Mariusza Benoit.
Jeśli coś jeszcze mnie niepokoiło, to pewne niedookreślenie samej fabuły. Skąpe w tekst sekwencje między Marią a brutalnym Tamburmajorem były dodatkowo zamazane wymyślnymi ruchowymi metaforami. Kto znał akcję, nie miał z tym kłopotu. Co jednak z widzami, którzy z tekstem zetknęli się po raz pierwszy?

Możliwe jednak, że to cena jaką płaci się za poetyczność przeciwstawioną prostemu przebiegowi scenicznej akcji. Wiem, że sam zespół miał poczucie udziału w czymś ważnym. Sprzyja temu reputacja Cieplaka jako reżysera empatycznego i dobrze działającego na aktorów.

Perfekcja wykonania

Dało to efekty. Powtórzę: jeśli szukać perfekcji, to na Placu Teatralnym. Możliwe, że zbyt jednostajna koncepcja postaci Woyzecka, bardziej przedmiotu niż podmiotu, nieco osłabiła siłę perswazyjną samego Cezarego Kosińskiego. Ale jest to aktor, który umie wzruszyć samym tylko zgarbieniem pleców czy grymasem ust. Który gra pięknie swoją obecnością.

Ten spektakl miał trzy wielkie role. Demenciejący Kapitan w wykonaniu Jerzego Radziwiłowicza staje się wieszczem jakiejś strasznej prawdy o świecie. Apostołem pogubionego, ale też chwilami wciąż krzepkiego i brutalnego pesymizmu wobec ludzkiej natury. Doktor Pawła Paprockiego to znowu ktoś więcej niż szurnięty, a zarazem cieszący się społecznym respektem, władczy manipulator. To chwilami niemal diabeł.

Wreszcie Benoit – tu trudno mówić o komplikacjach w konstruowaniu postaci. Jest za to groza zawarta w głosie, w mowie ciała, w mimice. Zabierałbym adeptów sztuki aktorskiej aby się od nich uczyli, choć pewnych rzeczy nauczyć nie sposób. Starzy mistrzowie są wybrańcami Boga.

Dobrą decyzją było powierzenie roli Marii młodziutkiej Zuzannie Saporznikow, studentce V roku Akademii Teatralnej. W pełni dźwiga ona rolę trudną, bo zachęcającą do skręcenia w melodramatyczną manierę. Unika tego, jest taka jak być powinna. Także Tamburmajor Oskara Hamerskiego, okrutny paw chełpiący się własną brodą, wtedy jeszcze noszoną w wojsku, jest dokładnie taki jak trzeba.

Zespołowość święci tu triumfy. Małe rólki stają się perełkami. Tak jest choćby z Babą z Brodą w scenie cyrkowej w przebojowym wykonaniu Ewy Bułhak. Robertowi Jarocińskiemu zaś wystarczy sam głos żeby uczynić popis z epizodu Żółtego Ptaka Zygmunta, jest bowiem opakowany w przebranie. Będę pamiętał Kamila Mrożka jako groteskowego Człowieka z Mandżurii i jako sprzedawcę broni, Bartłomieja Bobrowskiego jako zgaszonego, a potem przerażonego Andrzeja, jedynego kolegę Woyzecka. Błyska też Grzegorz Kwiecień w roli ekspansywnego, biologicznego zapiewajły w scenie myśliwskiej.

Jeszcze jednego nazwiska pominąć się nie da. Sławomira Łozińska opowiada bajkę o ślimakach mając do dyspozycji jedynie własny głos i kawałek sceny. Jest wzruszająca. I pomimo zamętu w interpretacji kilku scen, pomimo nękających mnie tu i ówdzie wątpliwości, ja to wzruszenie odczuwałem – nie raz i nie dwa.

Same spory, jakie można stoczyć na marginesie nowej wersji XIX-wiecznego dramatu, nawet mnie pokrzepiły. Pomimo, że mam poczucie ideowego dystansu, jaki mnie oddziela od tak mocno pobuntowanego przeciw religii Büchnera, a jeszcze bardziej od Piotra Cieplaka.

„Nie chciałbym tego oglądać drugi raz, to nie moja wizja świata” – powiedział mi ktoś po obejrzeniu tego przedstawienia. Generalnie mam podobne odczucie. A jednak obejrzenia tego bezmiaru mroku nie żałuję. I z powodu konieczności bicia się z myślami. I dla wspaniałej teatralnej roboty, która wymusza podziw.

Flesz: Wielkanoc on-line. Inaczej nie znaczy gorzej.

Wideo

Materiał oryginalny:

Komentarze

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Dodaj ogłoszenie