Antylustracyjna sekta nie broni Wałęsy tylko siebie

Tomasz P. Terlikowski, "Wprost"
Środowiskowa histeria, jaka wybuchła po informacji o publikacji przez Instytut Pamięci Narodowej książki o Lechu Wałęsie, mówi o tym środowisku więcej niż setki zapisanych o nim stron.

List intelektualistów (tych samych co zwykle), którzy bez czytania książki ocenili ją jako paszkwilancką i pisaną przez "policjantów pamięci", których jedynym celem jest zdyskredytowanie bohatera walki o wolność, wypowiedzi arcybiskupa Józefa Życińskiego dziękującego im za obronę Lecha Wałęsy i wspominającego, że milczenie w takiej sytuacji byłoby działaniem Piłata, które jest całkowicie obce polskiej kulturze, czy wezwanie do przemocy fizycznej wobec autorów, jakie formułował Władysław Frasyniuk - pozwalają jednoznacznie ocenić zachowania "autorytetów" związanych z "Gazetą Wyborczą".

A jeśli do tego dodać sugestię dominikanina, o. Macieja Zięby, że Wałęsa nie musi się wstydzić machlojek z dokumentami z lat 90., bo przecież w tym czasie takie zachowanie było normą, albo propozycję Marka Beylina, by za karę za nieodpowiednie badania zamknąć IPN - to obraz ten staje się już całkowicie klarowny. "Autorytety" zachowały się jak członkowie atakowanej przez media sekty, która za wszelką cenę stara się obronić stan swojego posiadania i władzę nad umysłami swoich wiernych.

Ale i to, niestety, nie wróży już dobrze sprawie lustracji czy choćby poznania prawdy. Środowiska te niezwykle sprawnie wykorzystały rysującą się możliwość przejścia do kontrataku i powrotu do status quo ante, sprzed powstania IPN, wielkich spraw lustracyjnych (głównie, choć nie tylko, dotyczących Kościoła) oraz rywalizacji między PO a PiS na otwartość w sprawie archiwów bezpieki.

To, co jeszcze kilkanaście miesięcy temu sytuowałoby je na marginesie, teraz jest już traktowane poważnie. A styl myślenia "Gazety Wyborczej", dowodzącej, że "lustracja rodzi cierpienie ludzkie", przejmowany jest także przez Donalda Tuska (trzeba przyznać, ostrożnego w kwestii oceny książki, której nie czytał), który niespełna dwa lata temu był zwolennikiem całkowitego otwarcia archiwów.

Scena, na której rozgrywa się obecna sztuka pod tytułem "obrona Wałęsy", jest już bowiem całkowicie różna od tej, na której ponad rok temu odbywała się - także prowadzona przez środowiska Adama Michnika - "obrona Wielgusa". Lustracja, za sprawą orzeczenia Trybunału Konstytucyjnego, stopniowego wycofywania się z niej PO, ale w nie mniejszym stopniu także zmęczenia opinii publicznej, zniknęła z pola widzenia. Kolejne odkrycia archiwalne nie robią już wrażenia, a kolejne wydawane przez byłych agentów książki sprawiają wrażenie, jakby współpraca nie była niczym złym.

Trwająca od mniej więcej roku i prowadzona ręka w rękę przez część hierarchii kościelnej oraz medialnych autorytetów dyskredytacja warsztatu naukowego historyków z IPN oraz wartości badawczej akt bezpieki także zaczęła przynosić już dostrzegalne skutki. Jeszcze rok temu Mirosław Czech nie napisałby, że zapewnienia o własnej niewinności księży oskarżanych o agenturalną przeszłość trzeba traktować jak objawienie i nikt nie ma prawa ich kwestionować. Teraz to jego słowa uchodzą za roztropne, a zwolennicy oczyszczenia pamięci w Kościele stają się oszołomami, którzy rozgrzebują rany, które dawno powinny się były zasklepić.

Powszechne przebaczenie i polityka miłości także przynoszą swoje skutki. I nie chodzi tu o PR-owskie zachowania premiera, a o konkretne decyzje, które podejmują organa władzy. Premier przygarniający jako głównego doradcę Michała Boniego, który przez lata kłamał na temat swojej agenturalnej przeszłości, wycofanie się PO z obietnic modyfikacji ustawy lustracyjnej, Sąd Najwyższy łamiący, dla obrony sędziów, zasadę, że prawo nie może działać wstecz, czy sądy uniemożliwiające zbadanie sprawy stanu wojennego i nieliczne głosy sprzeciwu wobec takich zachowań - wszystko to pokazuje jednoznacznie zmianę klimatu umożliwiającą powrót do przeszłości, w której nikt nie grzebie już w papierach biskupów, autorytetów, polityków i pisarzy.

Aby stało się to jednak możliwe, trzeba jeszcze załatwić ostatni bastion oporu, a jest nim IPN. Metody będą różne. Dyskredytacja osiągnięć naukowych, co już widać w nieustannie powracających wątpliwościach co do kompetencji Gontarczyka i Cenckiewicza, oskarżanie o czysto polityczne nagonki na przeciwników czy wreszcie ataki osobiste - czego najlepszym przykładem jest niesmaczne wyciąganie Cenckiewiczowi dziadka ubeka i oskarżanie go o to, że przedstawił on dokumenty o tym człowieku.

Ale to dopiero początek. Metoda działania środowiska "Gazety Wyborczej" jest bowiem zawsze taka sama. Akcja medialna będzie się rozkręcać, a kolejne mniej lub bardziej poważne zarzuty i opinie (takie jak te z rzekomą niewinnością o. Wołoszyna) będą miały doprowadzić do całkowitego zniszczenia autorytetu IPN.

Ten element walki kierowany będzie oczywiście do środowisk inteligenckich. Polityków z PO przekonać do zmian w wyrywającym się spod kontroli salonu IPN będzie miał argument upolitycznienia tej instytucji, jej uwikłania w niewybaczalny "kaczyzm". I, jak pokazują wypowiedzi Stefana Niesiołowskiego, może to być strzał w dziesiątkę. Wicemarszałek Sejmu bowiem w wypowiedziach radiowych już teraz ubolewał nad politycznym uwikłaniem Instytutu i proponował zmianę jego władz. Afera wokół publikacji książki o Wałęsie może się stać wygodnym pretekstem do zmiany ustawy o IPN i równoczesnego oczyszczenia go z niewygodnych badaczy.

Nie ukrywa tego zresztą choćby Marek Beylin, który na łamach "Gazety Wyborczej" wezwał do zaprzestania finansowania Instytutu z budżetu państwa? by nie mogli w nim pracować "skrajnie zideologizowani funkcjonariusze". Co innego, gdyby zastąpili ich historycy namaszczeni przez Jacka Żakowskiego. Wtedy pieniądze mogłyby popłynąć wartkim strumieniem.

Na sukces takiego działania raczej "GW" liczyć nie powinna. Donald Tusk nie jest aż tak naiwny, by podkładać się w całości środowisku michnikowszczyzny. Ale i bez tego uda się zbudować wrażenie politycznego uwikłania IPN, który wykonuje zlecenia na niewygodnych politycznie. Stanie się więc on czymś w rodzaju historycznego CBA, na którym wiecznie ciążą jakieś podejrzenia, i o którego rzeczywistych lub domniemanych błędach wciąż się przypomina. Ten sposób załatwienia IPN już można dostrzec w liście intelektualistów, którzy nazywają go "policją pamięci".

Tej zmasowanej akcji antyipeenowskiej trudno się zresztą specjalnie dziwić. Jej autorzy chcą po prostu powrotu do czasów, w których to oni byli instytucją, która budowała pamięć narodową.

"Gazeta Wyborcza" definiowała przez lata, co było dobre, a co złe w polskiej historii (dobrego było oczywiście zdecydowanie mniej, a kto sądził inaczej, ten określany był "polskim nacjonalistą"), kto był bohaterem, a kto kanalią. I dlatego za złe mogły uchodzić działania "nacjonalistów z Armii Krajowej", a za dobre postępowanie "ludzi honoru", którzy oddali władzę. Źli byli też nieodmiennie wszyscy związani z prawą lub niepodległościową stroną sceny politycznej.

Ale władza interpretacji nie była jedyną, którą dysponowało owo środowisko. Nie mniej istotna była władza określania, co w ogóle jest prawdą, a co tylko mitami formułowanymi przez sfrustrowanych "przegranych w procesie przemian". Historia wyzwolenia od komunizmu ruchu solidarnościowego została więc napisana tak, by wyeliminować z niej elementy, które nie pasowały do wyzwania budowania przyszłości, w której przeszłość mogła tylko bruździć.

Zwieńczeniem procesu tworzenia tej ortodoksyjnej wykładni "historii sakralnej" michnikowszczyzny były przemówienia Aleksandra Kwaśniewskiego, w których ten były komunista opowiadał o tym, jak wspólnie komuniści i solidarnościowcy zmierzali do wolnej Polski.

Budowanie takiej wspólnej pamięci historycznej (z faktami mającej niewiele wspólnego) zakładało istnienie autorytetu, który mógłby szczegółowo wyjaśnić zdezorientowanym odbiorcom, co jest prawdą, co tylko jej pozorem. I taki zbiorowy autorytet powstał, a składało się na niego kilku historyków, kilkoro publicystów i dyrygujący nimi wszystkimi Adam Michnik.

Owo "ciało kierownicze", by posłużyć się terminem zaczerpniętym z organizacji świadków Jehowy, miało wszelkie cechy "zbiorowego guru". Jego opinie były bowiem ostateczne, sprzeciw wobec nich oznaczał zaś ekskomunikę z życia zbiorowego. Podobnie jednak jak z naukami świadków Jehowy, również stanowisko "historycznego ciała kierowniczego" podlegało zmianom. A prawdziwy wierny miał albo tego nie zauważać, albo przyjmować jako "mądrość etapu".

Ta władza nad pamięcią zaczęła się jednak michnikowszczyźnie wymykać na przełomie tysiącleci. Wcześniejsze powołanie IPN i zatrudnienie w nim historyków niezależnych od dominującego w "GW" dyskursu, a później sukces Muzeum Powstania Warszawskiego oznaczały konieczność liczenia się także z innymi ocenami historii Polski oraz z faktem, że wydarzenia i dokumenty, dotąd ukrywane przed opinią publiczną, ale przecież znane choćby członkom komisji, która u zarania III RP badała zawartość archiwów SB (w jej skład wchodził m.in. Michnik), będą stopniowo stawały się jawne i dostępne dla wszystkich. A "historyczne ciało kierownicze" straci monopol na wyjaśnianie historii Polski.

Początkowo próbowano lekceważyć to zagrożenie. Przeciwwagą dla niego miało być umocnienie pozycji "autorytetów", które z wyżyn swoich tytułów i biografii miały obwieszczać, co jest godne zaufania, a co w istocie jest tylko stekiem brudów, od których szanujący się człowiek powinien się odciąć. Jednak gdy dokumenty zaczęły demaskować przynajmniej niektórych z "namaszczonych" na interpretatorów historii (by wymienić tylko Andrzeja Szczypiorskiego, który donosił na własnego ojca, czy Lesława Maleszkę z "Gazety Wyborczej"), metoda ta przestała się sprawdzać, a opinia publiczna straciła (także po aferze Rywina) zaufanie do "autorytetów".

Gwoździem do trumny "władzy pamięci" okazały się dla środowiska "Gazety Wyborczej" kolejne afery lustracyjne, w których "środowisko" broniło wszystkich bez względu na to, jak obrzydliwa byłaby ich przeszłość. Apogeum okazało się zdecydowane włączenie się w obronę abp. Stanisława Wielgusa, którego "Gazeta" broniła (ale dopiero po tym, jak okazało się, że współpracował on z bezpieką, bo wcześniej był jej wrogiem) z równym zaangażowaniem jak "Nasz Dziennik".

Nad taką woltą trudno było przejść do porządku dziennego nawet najbardziej zaangażowanym wyznawcom. Ale czas leczy rany, a wytrwałe dawkowanie antylustracyjnej histerii przyniosło efekty.

Widząc to, trudno nie było ponownie rzucić się do walki. Nieco przykurzone antylustracyjne hasła zostały więc odmalowane i ponownie wyciągnięte na czoła pochodów. Dyżurni przeciwnicy poznania prawdy tradycyjnie zapłakali nad niszczeniem autorytetów, wezwali do "dezubekizacji sumień" (jak abp Józef Życiński) i podpisali się pod listami w obronie krzywdzonych. I choć trudno nie dostrzec groteskowości krytykowania książki, której się nie czytało, to jednocześnie trudno nie widzieć, że możliwość ośmieszenia jest wkalkulowana w cenę prowadzonej akcji.

Śmiech będzie bowiem zamierał nam na ustach, jeśli książka Gontarczyka i Cenckiewicza nie wywoła dyskusji, a zostanie zamordowana jeszcze przed ukazaniem się. A jeśli uda się doprowadzić do zmiany władz IPN, to sprawa będzie jeszcze mniej śmieszna. A z wygranych nikt się już śmiał nie będzie. I świadomość tego mają kreatorzy pamięci z ulicy Czerskiej.

Wideo

Komentarze

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Dodaj ogłoszenie