reklama

Anna Morawska: Napisałam książkę żeby pokazać, że ludzie z depresją są normalni [TWARZE DEPRESJI]

Karolina Sarniewicz
Morawska: Antydepresanty działają dopiero po dwóch tygodniach
Morawska: Antydepresanty działają dopiero po dwóch tygodniach Bartosz Frydrych
Duża część bohaterów tej książki nie autoryzowała rozmów ze mną, bo ich pracodawcy nie chcieli ujawniać, że zatrudniają kogoś z depresją. To smutne i przerażające- mówi Anna Morawska, autorka książki „Twarze depresji”.

Zdaje się, że z powstaniem Pani książki o depresji wiąże się jakaś fajna anegdota.
Przygotowywałam do „Panoramy” w TVP 2 felieton na temat depresji Justyny Kowalczyk. Po pracy wracałam metrem. W ręku trzymałam gazetę ze zdjęciem naszej mistrzyni olimpijskiej. Po chwili pani, która siedziała koło mnie, powiedziała, że ona też leczy się na depresję. Spojrzałam na nią, pokiwałam głową i słuchałam dalej. Pani w wieku około 60 lat powiedziała, że kiedyś była piękną kobietą, fryzjerką, ale po śmierci męża świat jej się zawalił. Została zupełnie sama, a z powodu depresji straciła pracę. Próbowała popełnić samobójstwo, ale uratowano ją w szpitalu. Powiedziała, że żałuje, bo jej życie nie ma sensu, jest sama i nikt jej nie rozumie. Ponadto straciła pracę przed osiągnięciem wieku emerytalnego i z powodu braku zatrudnienia została zepchnięta na margines społeczny. Teraz czuje się fatalnie, bo wzięła leki i nie wie, jak trafić do urzędu dzielnicowego. Bez chwili zastanowienia na następnej stacji wysiadłam ze spotkaną kobieta i zaprowadziłam ją do urzędu. Po drodze dodała, że najbardziej boli ją to, że każdy uważa ją za „wariatkę”, a ona taka nie jest… Ta historia zainspirowała mnie do napisania książki „Twarze depresji”, w której o swojej walce z chorobą opowiadają zarówno osoby znane, jak i nieznane. Ta druga grupa nadal boi się stygmatyzacji, dlatego osoby te wypowiadają się anonimowo.

Więc po to była ta książka? Żeby pokazać, że ludzie z depresją są normalni?
Tak, bo osoby, które się leczą lub chodzą na terapię, a więc podjęły walkę z depresję, są jak najbardziej normalne. Praktycznie niczym nie różnią się od ludzi zdrowych. Z drugiej strony, co znaczy „ludzie zdrowi”? Praktycznie każdy na coś się leczy, bierze leki. Jedni biorą np. insulinę, a inni antydepresanty. Zasadnicza różnica dotyczy tolerancji, której nadal brakuje dla osób cierpiących na depresję. Pomyślałam sobie, że koniecznie muszę napisać o tym książkę. Temat nie był mi obcy, bo mój drugi zawód to psycholog o specjalności klinicznej. Mam kontakt z pacjentami chorymi na depresję i widzę, jak bardzo Polacy nie rozumieją istoty tej choroby. Nie wiedzą nawet, jak zareagować na sąsiada, o którym dowiedzieli się, że ma depresję. Często mnie pytają: „Podchodzić czy nie podchodzić do niego? Można się do niego odezwać? Normalnie odpowie na pytanie?”.

Mam nadzieję, że rozmowy z bohaterami mojej książki - zarówno znanymi, jak i nieznanymi - a także wywiady ze specjalistami - psychiatrami, psychoterapeutami i organizacjami pozarządowymi, które pomagają chorym na depresję - pozwolą wielu osobom zrozumieć, czym jest depresja i jak wiele może być jej twarzy. Przy dzisiejszym tempie życia ta choroba psychiczna może dotknąć każdego z nas - bez względu na wiek, płeć czy status społeczny.

A jak właściwie zaczyna się depresja? Wstrząsnęła mną wypowiedź Kamila Sipowicza, który porównywał depresję do odczucia siedzenia pod wodą, że czuł się źle właściwie od dziecka.
Tak, na depresję chorują również dzieci, więc to jak najbardziej możliwe. Najmłodsze, u których na świecie ją zdiagnozowano, miały dwa lata. W dodatku depresja u dzieci objawia się inaczej niż u dorosłych. U dorosłych jest to obniżenie nastroju, utrata energii, zainteresowań, myśli samobójcze, bezsenność, zwykle brak apetytu. Natomiast u dzieci depresja może się objawiać pobudzeniem i agresją, co bywa diagnozowane jako zaburzenia zachowania.

W związku z tym statystyki, które mówią, że 2 proc. dzieci choruje na depresję, są mocno niedoszacowane i warto się zastanowić, czy nie powinno się wprowadzić istotnych zmian do klasyfikowania depresji u dzieci. Tak więc przypadek Kamila Sipowicza nie jest rzadkością.
Czy antydepresanty to jedyny sposób leczenia, czy liczą się jakieś pozafarmakologiczne sposoby terapii?
Oczywiście nie w każdej sytuacji konieczne są leki. O tym musi zdecydować lekarz, bo psycholog nie ma możliwości, żeby przepisać lek. Wielu ludzi boi się zgłosić do któregokolwiek z nich. Boją się, że psychiatra albo psycholog zeskanuje im głowę, pozna jakieś tajemnicze, prywatne historie - oczywiście tak nie jest i mam nadzieję, że moja książka też przełamie ten stereotyp. Uświadomi, że wizyta u specjalisty jest konieczna, żeby wygrać z depresją.

Więc w końcu psycholog czy leki?
Większość specjalistów twierdzi, że najskuteczniejsze jest połączenie farmakoterapii z psychoterapią. Badania wykazują, że skuteczność leków antydepresyjnych wynosi ok. 70 proc. Uczciwość wymaga jednak, by przytoczyć również wyniki badań amerykańskiego psychologa - profesora Irvinga Kirscha, który stwierdził, że leki antydepresyjne działają na podobnym poziomie skuteczności co placebo. Wieloletnią pracę opisał w książce „Nowe leki cesarza. Demaskowanie mitu antydepresantów”. Leki antydepresyjne zaczęły powstawać, ponieważ naukowcy uznali, że depresję powoduje chemiczna nierównowaga w mózgu. Potocznie można powiedzieć, że choremu brakuje „hormonów szczęścia”. W praktyce chodzi o takie neuroprzekaźniki jak serotonina, noradrenalina i dopamina. Upraszczając, leki uzupełniają te braki i dlatego chory może poczuć się lepiej. Antydepresanty zaczynają działać zwykle dopiero po dwóch tygodniach. Wielu chorym brakuje cierpliwości, by w złym samopoczuciu dotrwać do tego momentu. Dziś wiadomo, że hipoteza chemicznej nierównowagi mózgu jest jedną z możliwych prób wytłumaczenia przyczyn występowania depresji. Nadal trwają nad tym badania. Mam nadzieję, że dzięki tym pracom niebawem depresję da się całkowicie wyleczyć. Do tego czasu z całego serca namawiam chorych do podjęcia walki z depresją, czyli zarówno farmakoterapii, jak i psychoterapii, bo depresja nieleczona jest chorobą śmiertelną - w tym sensie, że towarzyszą jej myśli samobójcze. Nie bez związku jest to, że coraz więcej osób odbiera sobie życie. Z policyjnych statystyk wynika, że w zeszłym roku aż 6165 Polaków popełniło samobójstwo, w tym 5237 mężczyzn. Mam nadzieję, że wspólnymi siłami uda nam się zatrzymać ten przerażający trend. Stąd mój apel nie tylko do chorych, ale też do ich rodzin, które powinny się starać mobilizować bliskich do walki o życie. Osoby z depresją, które się leczą, są zdrowymi, normalnymi ludźmi, którzy pracują, są twórczy i wartościowi. O tym świadczą nie tylko historie bohaterów mojej książki, ale również kampanii społecznej „Twarze depresji. Nie oceniam. Akceptuję”, z którą ruszamy 1 października w Europejskim Dniu Walki z Depresją.

Na czym polega ta kampania?
Kampanię reprezentuje dziesięciu ambasadorów. Pięciu doświadczyło depresji: pisarz Tomasz Jastrun, dziennikarka Joanna Racewicz, dziennikarz Andrzej Bober, filozof Kamil Sipowicz i aktor Piotr Zelt. Pozostałych pięciu to osoby, które nie chorowały, ale postanowiły dołączyć do akcji w ramach solidarności i łamania stereotypów związanych z depresją: Maciej Orłoś, Ewa Błaszczyk, Tomasz Wolny, Jarosław Gugała i Marta Kielczyk. Oficjalnymi organizatorami są: Fundacja „Itaka - Centrum Poszukiwań Ludzi Zaginionych” i Stowarzyszenie „Aktywnie Przeciwko Depresji”. Naszym patronem honorowymi jest Rzecznik Praw Obywatelskich. Pozostałymi patronami są Uniwersytet SWPS, którego jestem absolwentką, oraz wydawnictwo Świat Książki, które nie tylko opublikowało moją książkę „Twarze depresji”, ale również wsparło kampanię, zapewniając nam stronę internetową www.twarzedepresji.pl oraz kampanię billboardową w Warszawie. Praktycznie cały budżet, który mógł być przeznaczony na promocję mojej książki, wydawnictwo zgodziło się przekazać na wsparcie naszej kampanii społecznej. 1 października odbędzie się konferencja na Uniwersytecie SWPS w Warszawie z udziałem ambasadorów, którzy będą opowiadać o swoich doświadczeniach. Wstęp jest wolny. Kampania będzie się składać z wielu innych elementów. Mamy spoty, wywiady telewizyjne i radiowe, plakat ze zdjęciami naszych gwiazd. Wszystkie materiały udostępnimy mediom od 30 września. Będą również dostępne dla każdego na oficjalnej stronie kampanii: www.twarzedepresji.pl. Tu napisałam teksty o tym, czym jest depresja, jak ją diagnozować, gdzie szukać pomocy, np. u organizatorów kampanii. Pisząc książkę, zrozumiałam, jak bardzo potrzebna jest w Polsce kampania społeczna o depresji. Polacy bardzo mało wiedzą o tej chorobie, choć statystycznie co dziesiąty z nas choruje na nią.

To niesamowite, bo właściwie przed Panią chyba mało kto zajmował się tym problemem.
Są organizacje pozarządowe, które zajmują się depresją od lat, ale w pewnym sensie pracują „w ukryciu”, „po cichu”, być może dlatego, że tego też nadal oczekują osoby zmagające się z tą chorobą. One nadal boją się stygmatyzacji, boją się łatki z napisem „wariat”, dlatego nie mówią o swoim cierpieniu i w tajemnicy walczą z czarnym psem, jak depresję nazwał Winston Churchill. Wielu rozmówców w mojej książce mówi: „przyznałam się otwarcie, że mam depresję”. Słowa „przyznałam się” używamy, gdy zrobimy coś złego. To pokazuje, jak wiele jest przed nami do zrobienia, by zmienić myślenie o sobie chorych na depresję, a także społeczeństwa, w którym żyją. Wydaje mi się, że wielu Polaków nie dojrzało jeszcze do tego, żeby akceptować osoby chore psychicznie. Depresja jest chorobą psychiczną. Mam nadzieję, że nadejdzie czas, kiedy nasze społeczeństwo zacznie akceptować takie osoby. Przecież jeszcze 20 lat temu człowiek, który dawał sobie zastrzyki z insuliny, powodował wielki szok i niejeden myślał o nim, że jest narkomanem. Teraz ludzie się z tym oswoili. Mam nadzieję, że już niebawem tak samo będzie z depresją. Najważniejsze jest zwiększenie wiedzy o tej chorobie. Na przykład rodzina nie powinna mówić, żeby chory „wziął się w garść”, ale okazać mu empatię i wsparcie. Trzeba pokazać choremu, jak dużo traci przez depresję. Traci również społeczeństwo. W 2013 r. koszty poniesione przez ZUS w związku z nieobecnością w pracy chorych na depresję wyniosły aż 762 mln zł. Wiele osób chorujących na depresję traci pracę i jest na rencie. Mam nadzieję, że po przeczytaniu „Twarzy depresji” wielu pracodawców dojdzie do wniosku, że chorzy na depresję potrafią odnosić sukcesy, bardzo dobrze pracować i warto im dać szansę.
A np. proszenie takiej osoby o pomoc, żeby pokazać, że jest nam potrzebna? Zmotywuje czy będzie jednak zbyt obciążające?
To zależy od stopnia choroby. W ciężkiej depresji chorzy nie mają siły, żeby wstać z łóżka. To swego rodzaju paraliż psychiczny. Wtedy konieczne jest leczenie w warunkach szpitalnych. Natomiast w lżejszych przypadkach tak, można motywować w ten sposób, ale z umiarem. Osoby chore na depresję, z którymi rozmawiam w książce, tłumaczą, że jeśli mają w ciągu dnia 300 obowiązków, a zrobią z nich 50, to proszą o wyrozumiałość i potrzebują być docenione, że aż tyle dokonały. Ponadto leki antydepresyjne działają wolno, bo po dwóch tygodniach. Trzeba czasu, żeby terapia zadziałała.

Czy to prawda, że na depresję rozchorowują się tylko osoby, które mają problemy, które je obciążają? Czy to stereotyp?
To oczywiście stereotyp. Przyczyny depresji nadal nie są do końca znane. Trwają badania, żeby ustalić, dlaczego chorują na nią ci, którzy są radośni, jak i ci, którzy są smutni. Są różne rodzaje depresji. Jeden z podziałów wskazuje depresję endogenną i reaktywną. Pierwsza - o podłożu genetycznym, może się pojawić zupełnie znienacka, ale jednak w rodzinie mama, tata czy babcia na nią cierpieli. Tak było u pisarza Tomasza Jastruna, ten „gen depresji” powtarzał się w jego drzewie genealogicznym i ujawnił się u niego 12 lat temu. Natomiast depresja reaktywna ujawnia się jako reakcja na jakąś traumatyczną sytuację, np. utratę męża, dziecka lub pracy. Ale oba rodzaje depresji objawiają się tak samo. Szczególnie depresja reaktywna może dotknąć każdego z nas, również osoby szczęśliwe, odnoszące sukcesy, uśmiechnięte. Nie każdy jest w stanie utrzymać się na nogach, kiedy nagle zawalił mu się cały świat.

W jaki sposób znajdowała Pani bohaterów do swojej książki? Znane osoby to pewnie te, które już wcześniej publicznie przyznały się do choroby. A pozostali?
Tak, o niektórych wiedziałam, a niektórzy to moi znajomi, o których dowiadywałam się w trakcie pisania książki. Na przykład z panem Andrzejem Boberem spotkaliśmy się na obiedzie zupełnie w innej sprawie, rozmawialiśmy i nagle ja napomknęłam o książce, a pan Andrzej zwierzył się, że doświadczył depresji. Wysłuchałam jego opowieści z wielkim przejęciem i spytałam, czy jest szansa, że powtórzy mi to do książki - długo się nie zastanawiał, mimo że nigdy wcześniej nie mówił o tym publicznie. W podobnych okolicznościach znajdowałam innych rozmówców. Cechą łączącą było to, że wszyscy chętnie godzili się na wywiad, ale pewnie dlatego, że znali mnie osobiście.

Ciekawe, bo ja - czytając książkę - wyobrażałam sobie, że najtrudniejsze musiało być namawianie ich do rozmów.
Trudne było to, że część osób, która udzieliła mi wywiadu, nie autoryzowała go, bo np. zarząd firmy nie zgodził się, żeby osoba, która jest tej firmy twarzą, opowiedziała o depresji publicznie. To pokazuje, jak bardzo mało wiemy jeszcze o tej chorobie i jak społeczeństwo jest nietolerancyjne. Zamknięto usta osobie, która wreszcie chce powiedzieć o swoim koszmarze. To dla mnie przykre i przerażające, ale mam nadzieję, że dzięki otwartości i odwadze moich bohaterów zmieni się w Polsce postrzeganie chorych na depresję.

W książce występuje bohater, który na depresję choruje od kilkunastu lat. Czy oznacza to, że to choroba, z której w pewnym sensie nie da się wyleczyć nigdy?
Tak, depresja nadal niestety jest chorobą nieuleczalną, choć najnowsze badania pozwalają na optymistyczne stwierdzenie, że być może niebawem depresję będzie można wyleczyć całkowicie. Na razie jest to choroba nawrotowa, czyli w każdej chwili możliwy jest jej nawrót. Osoba, która zachoruje na nią, musi być więc czujna do końca życia. Niestety co drugi Polak cierpiący na depresję, nie leczy się. Mam nadzieję, że to się zmieni, bo depresja to choroba - nie dziwactwo. Motto mojej książki brzmi „Nie oceniaj. Zaakceptuj”. Mam nadzieję, że pomoże ona zmienić podejście do osób cierpiących na depresję, by mogli bez poczucia wstydu i lęku mówić otwarcie o swojej walce z chorobą.

FLESZ: Elektryczne samoloty nadlatują.

Wideo

Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych”i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Komentarze 2

Ta strona jest chroniona przez reCAPTCHA i obowiązują na niej polityka prywatności oraz warunki korzystania z usługi firmy Google. Dodając komentarz, akceptujesz regulamin oraz Politykę Prywatności.

Podaj powód zgłoszenia

G
Gość

Ludzie z depresja są normalni, tylko ci którzy ich do niej spychaja nie są normalni. Jak można krzywdzić ludzi dla zwylych jaj i przyjemnosci.

G
Gość

LUDZIE SIE NIE LECZOM TYLKO URLOPY BIOROM ALBO JADOM DO LEKARZA PO KRYJOMU CO NAJMNIEJ 100KM OD MIEJSCA ZAMIESZKANIA.=utRATa PRacY/

Dodaj ogłoszenie