Anna Fryczkowska: Pewnym tragediom nie da się zapobiec

    Anna Fryczkowska: Pewnym tragediom nie da się zapobiec

    Anita Czupryn

    Polska

    Polska

    Anna Fryczkowska: Moja książka „Równonoc” to opowieść o stracie. Ale czy do końca?

    Anna Fryczkowska: Moja książka „Równonoc” to opowieść o stracie. Ale czy do końca? ©Bartek Syta

    W przypadku zaginięcia nie można przeżyć żałoby, bo nie wiadomo, czy się ma do niej prawo i czy nie będzie ona zdradą w stosunku do zaginionego dziecka - pisarka Anna Fryczkowska opowiada o swojej najnowszej książce opartej na faktach „Równonoc”.
    Anna Fryczkowska: Moja książka „Równonoc” to opowieść o stracie. Ale czy do końca?

    Anna Fryczkowska: Moja książka „Równonoc” to opowieść o stracie. Ale czy do końca? ©Bartek Syta

    Kto zabił?
    Przestało mnie to już interesować. Kiedyś czytałam niemal wszystkie kryminały, jakie ukazywały się w Polsce. Sama też kilka napisałam. Od paru miesięcy jednak nie dotykam tego gatunku. Dla mnie ta formuła już się wyczerpała. Już się nie da wymyślić bardziej zniszczonego życiem detektywa, już wszystkie najdziwniejsze zbrodnie zostały opisane, a czytelnicy na pamięć znają wszystkie zmyłki, poza tym i tak wiadomo, że zabił najmniej podejrzany. Zresztą, zawsze bardziej ciekawiło mnie, nie kto, ale dlaczego zabił.

    Zapytałam nie bez powodu. Swoją najnowszą książką „Równonoc” łamiesz wizerunek pisarki kryminałów. Historia zaginięć dzieci w Zachodniopomorskiem, która wydarzyła się 20 lat temu, była już opisywana w reportażach, powstał również film. Czym właściwie jest Twoja książka? Ani reportaż, ani do końca powieść, bo oparłaś się na faktach. I dlaczego zdecydowałaś się na taką formę?
    Gatunek fabularyzowanej rzeczywistości to coś, co bardzo lubię czytać. Książek tego typu wydaje się mnóstwo, głównie w Stanach Zjednoczonych; rzucają one nowe światło na coś, co, wydawałoby się, dobrze znamy. Nawiasem mówiąc moją ulubioną ostatnio książką była napisana przez Lily King „Euforia” o Margaret Mead, jednej z dwóch najbardziej znanych antropolożek świata. Autorka zmieniła nazwiska i trochę danych, ale i tak wiadomo, o kogo chodzi. Ta powieść jest fascynująca! Kiedy piszesz reportaż, to do końca musisz być lojalna wobec twardych faktów. Również wobec bohaterów, bo czasem powiedzą coś, czego napisać nie wolno, bo mogłoby to ich skrzywdzić, albo zatruć życie w miejscu, w którym mieszkają. Słowem - reportaż zawiera w sobie wiele obostrzeń, do których się stosujesz w ramach własnej uczciwości i rzetelności. W tym przypadku otrzymałam od wydawnictwa „Od Deski do Deski” fakty i usłyszałam: „Możesz z nimi zrobić, co chcesz”.

    Nie dostałaś akt sądowych, bo te sprawy nie znalazły swojego finału w sądzie. A zatem co? Dostęp do policyjnych śledztw?
    Nie. Na początku mnie to załamało. Policja w małych ośrodkach prowadziła oddzielne dochodzenia w sprawie zaginięcia czterech chłopców i te dochodzenia zostały zamknięte. Rozumiem, że policji niespecjalnie zależy na tym, żeby te sprawy ponownie rozgrzebywać. Zaczęłam więc pracę na własną rękę. Czytałam wszystko, co się ukazało do tej pory, rozmawiałam z Renatą Waligórską z organizacji Missing Zaginieni, która zajmowała się tymi zaginięciami i nagle spostrzegłam, że historia zaczyna mi się układać. Pewnie, gdybym miała dostęp do akt, wniosłyby one coś nowego, ale to byłaby już inna książka. Mnie jednak nie interesowało samo dochodzenie, takie rzeczy opisywano już wiele razy. Z początku myślałam, żeby spróbować rozgryźć tę tajemnicę od strony samych chłopców, ale przecież nie mamy pojęcia, gdzie oni teraz są, czy w ogóle gdziekolwiek są. Zdecydowałam wiec zająć się tymi, którzy byli najrzadziej opisywani.

    Czyli rodzicami „marcowych chłopców”, jak ich nazwały media, bo cała czwórka przypomnę, zginęła w marcu 1998 i 1999 roku.
    Rodzice pokazali się w filmiku dokumentalnym na ten temat. Czytałam ich listy, badałam efekty spotkań z jasnowidzami, czytałam materiały, jakie trafiły do organizacji Missing Zaginieni, mniej znanej niż Itaka, ale działającej z dużą dynamiką. Wolontariuszka z Missing bardzo zachęcała, żebym pojechała do rodziców chłopców.

    Nie zrobiłaś tego. Dlaczego?
    Czuję tak wielką empatię z nimi, że choćby z tego powodu o pewnych rzeczach nie mogłabym napisać. Pomyślałam, że jeśli trochę od nich odejdę, to opowieść stanie się bardziej uniwersalna.

    Reportaż, choć przefiltrowany przez wiedzę, doświadczenie i wrażliwość reportera, opowiada prawdę o rzeczywistości. Jaką prawdę pokazuje „Równonoc”?
    Tych prawd jest wiele. Po pierwsze, jest to opowieść o stracie. Ale czy do końca? W przypadku zaginięcia nie można przeżyć żałoby, bo nie wiadomo, czy się ma do niej prawo i czy nie będzie ona zdradą w stosunku do zaginionego dziecka.

    Nie żałoba, nie pogrzeb.
    Ani żałoba, ani pogrzeb, bo właściwie wypadałoby cały czas czuć nadzieję; kocha się dziecko. Opowiadam o strasznej huśtawce, na której siedzą rodzice zaginionych dzieciaków. Jedna z kobiet, której dziecko zaginęło, mówiła o tym, że budzi się jednego dnia i czuje spokój, nadzieję, bo „przecież bym poczuła, gdyby nie żył”, ale drugiego dnia po obudzeniu ogarnia ją czarna rozpacz i chciałaby wiedzieć: „w te, albo wewte”. Po czym łapie się na myśli, że „wewte” może oznaczać, że chciałaby, aby jej dziecko nie żyło. Od tego napięcia można oszaleć, ono rozwaliło niejedną rodzinę.

    Twoja bohaterka, mama Szymona, idzie na policję zgłosić zaginięcie syna; policjant puszcza perskie oko, mówiąc, że chłopak pewnie został na noc z dziewczyną i nie ma się czym przejmować. Zderzyłaś to ze sceną, kiedy na policję udaje się jego ojciec i w poważny sposób zostaje potraktowany.
    Bo w tych historiach chciałam też opowiedzieć trochę o kobiecości i męskości. Rozmowa na policji była zderzeniem prywatności z instytucją. Prywatnością w Polsce tradycyjnie zajmują się kobiety, instytucję na ogół reprezentują mężczyźni. Zatem z tą instytucją łatwiej się porozumieć ojcu zaginionego dziecka, niż matce. To krzywdzące, niesprawiedliwe, w takiej sytuacji łatwo przypiąć kobiecie łatkę rozhisteryzowanej mamuśki.

    Ile więc w Twojej książce jest faktów, a ile przypuszczeń?
    Fakty dotyczą historii zaginięć chłopców. Ich rodziny - postaci matki, ojców polepiłam ze świadectw osób, z którymi rozmawiałam. W recenzjach pojawiły się zarzuty, że wymyśliłam sobie postać jednej osoby - nie powiem, kogo, żeby nie spoilerować - która łączy postaci wszystkich marcowych chłopców. Ale ja tej postaci sobie nie wymyśliłam. Był ktoś, kto miał kontakt przynajmniej z dwójką marcowych chłopców i miał dużą sposobność kontaktować się z pozostałą dwójką. To oczywiście nie czyni z tej osoby sprawcy, ale mój detektywistyczny umysł bardzo pociągała możliwość, że jest ktoś, kto znał przynajmniej dwie ofiary, a kogoś takiego zwykle szuka się przy seryjnych zabójstwach. Faktem jest, że ktoś taki istnieje, że ciążą na nim różne oskarżenia, że przerzucano go z miejsca na miejsce i że został w końcu odsunięty od pracy z dziećmi. Jak już mówiłam, policja traktowała te sprawy oddzielnie. Weź pod uwagę, że były to jeszcze czasy właściwie przedinternetowe. Sprawy połączyli dopiero, całkiem niedawno, wolontariusze z organizacji Missing Zaginieni, bo rzuciły im się w oczy podobieństwa między tymi zaginięciami. Kilka miesięcy temu wysłali list do ministra sprawiedliwości z prośbą o oddanie tej sprawy do policyjnego Archiwum X. Na razie jednak nie ma konkretnej odpowiedzi.

    Myślisz, że Twoja książka mogłaby stać się takim impulsem, aby policja wróciła do sprawy zaginionych chłopców?
    Dobrze by było. Bardzo bym chciała, żeby te sprawy trafiły do Archiwum X, bo miałyby szanse na jakieś rozwiązanie.

    Na ile to, czego nie wiedziałaś, te wszystkie białe plamy w tych historiach, zamalowywałaś czysto literackimi opisami?
    Pewnie wiesz, że czasem są rzeczy, które praktycznie same się piszą i chwilami ta książka sama się pisała. Z drugiej strony bardzo mnie to emocjonalnie wyczerpywało. Żeby się odgrodzić od tych emocji, stworzyłam fikcyjną postać, która w książce nie odzywa się ani razu - to dziennikarka, może pisarka, która słucha moich bohaterów. Pozwalałam im powiedzieć tylko tyle, ile chcą jej powiedzieć; nie wchodziłam w ich głowy.
    1 3 »

    Czytaj treści premium w Polsce Plus

    Nielimitowany dostęp do wszystkich treści, bez inwazyjnych reklam.

    Komentarze (1)

    Dodajesz komentarz jako: Gość

    Dodając komentarz, akceptujesz regulamin forum

    Liczba znaków do wpisania:

    zaloguj się

    Autor komentarza nie dodał zdjęcia
    Feministyczne prztyczki w obliczy tragedii ?

    A fe ! Zwłaszcza iż na bardzo wielu stołkach w policji siedzą kobiety. (gość)

    Zgłoś naruszenie treści

    One na mur traktują tak samo ojca, matkę, mężczyznę, kobietę. Niezależnie , czy są feministkami czy nie. Bo kobiety są bardziej wrażliwe co widać, słuchać i czuć.

    Najnowsze wiadomości

    Zobacz więcej

    Najczęściej czytane

    Nie przegap

    Wideo