reklama

Andrzej Zybertowicz: KOD solidaryzujący się z Wałęsą realizuje scenariusz moskiewski

Agaton KozińskiZaktualizowano 
Zybertowicz: Polityka zatruwania umysłów sprawia, że nie można odróżnić prawdy od fałszu
Zybertowicz: Polityka zatruwania umysłów sprawia, że nie można odróżnić prawdy od fałszu Bartek Syta
Z KOD-em broniącym Trybunału Konstytucyjnego można się zgadzać lub nie. Ale już KOD solidaryzujący się z Wałęsą staje w obronie nieprawdy i realizuje scenariusz moskiewski - uważa prof. Andrzej Zybertowicz, doradca prezydenta.

W jaki sposób opinia Komisji Weneckiej wpłynie na decyzje parlamentu i prezydenta dotyczące Trybunału Konstytucyjnego?
Trudno powiedzieć. Pamiętajmy, że Komisja Wenecka wydaje tylko opinie, nie ma żadnego wpływu formalnego.

Za to nieformalny bardzo duży.
Pytanie, do czego się ona odwoła, uzasadniając swoje stanowisko, jakie argumenty przedłoży. Generalnie w życiu społecznym działamy w imię wartości albo w imię interesów i kalkulacji. Zobaczymy, czy komisja będzie chciała pielęgnować pewne wartości, czy raczej zdecyduje się swą opinią wywrzeć presję polityczną. Taką rolę już odegrał zresztą ujawniony szkic jej stanowiska.

Zdaje się, że dla ekipy PiS każda opinia dla niej niekorzystna zostanie uznana za formę wywierania presji.
Polska została wprowadzona na radar Komisji Weneckiej, Europejskiej i innych ciał międzynarodowych ze względu na grę polityczną.

Jak Pan definiuję tę grę?
W „Financial Times” ukazał się niedawno list eksperta od mediów, który zwrócił uwagę, że publiczna telewizja RAI jest zarządzana bezpośrednio przez włoski rząd - a przecież nigdy żadne międzynarodowe ciała z tego powodu Włochom nie zarzucały braku demokracji. W Hiszpanii mamy zresztą podobny mechanizm kontroli mediów publicznych przez władzę i też nie wzbudza to oburzenia w Europie.

Rozumiem, że w ten sposób chce Pan powiedzieć, że Andrzej Duda i rząd PiS są ponadstandardowo traktowane przez opinię międzynarodową?
Tak - choć w istocie pasuje tu słowo „substandardowo”. Gdy jakiś obóz polityczny przez osiem lat sprawuje władzę, to w naturalny sposób deleguje do różnych ciał międzynarodowych własnych przedstawicieli. W ten sposób ma wspólny język z elitami innych państw. A później takie kontakty wykorzystuje do zabiegania o swoje interesy. Dlatego właśnie warto patrzeć na krytykę ze strony niektórych instytucji także przez pryzmat naszego wewnętrznego sporu politycznego przenoszonego, w celu uzyskania wsparcia, za granicę.

Zygmunt Bauman mówił, że we współczesnych czasach wszystko jest płynne. Pan to uzupełnia, dodając: i polityczne.
Mówiąc „wszystko”, spłyca pan problem i zarazem niepotrzebnie go radykalizuje. Wyraźnie przed chwilą mówiłem, że w ten sposób zachowują się „niektóre” instytucje europejskie.

Chodziło mi o to, że próbuje Pan pokazać, jak płynna jest rzeczywistość. Ale ja pytałem o konkretną kwestię: spór o Trybunał Konstytucyjny. Tu o płynności trudno mówić, mówimy o twardych, zero-jedynkowych ramach prawnych.
Także w tej sprawie niewiele ma charakter zero-jedynkowy. Proszę porównać opinie prawników w rozmaitych sprawach, nie tylko konstytucyjnych, by się przekonać, jak bardzo one się różnią. Także we wcześniejszych orzeczeniach TK występowały tzw. zdania odrębne - na podstawie tych samych tekstów sędziowie wyprowadzali różne wnioski. Prawnicy, nawet w dobrej wierze, często spierają się o interpretację różnych zapisów. A gdy na taki spór nakłada się jeszcze konflikt polityczny, w czasie którego stanowiska bywają formułowane w złej wierze, to uzyskujemy wrażenie sporego chaosu.

Są jednak granice. A PiS w kwestii Trybunału Konstytucyjnego poza nie - czyli poza konstytucję - wyjechał.
Tak nie jest. Widzę to inaczej. To, co zrobiła obecna władza, mieści się w ramach dopuszczalnej interpretacji prawa.

Właśnie po to istnieją takie ciała jak Komisja Wenecka, żeby pojawiające się wątpliwości pomagać rozwiewać. Wygląda na to, że ta komisja Pana stwierdzenia nie potwierdzi.
Teraz wikła pan siebie (i mnie przy okazji) w klasyczną pułapkę, którą zastawiają media domagające się interpretacji niepotwierdzonych informacji. Jak z wypadkiem prezydenta Andrzeja Dudy. Nikt nie wiedział, z jakiego powodu pękła opona w aucie, którym jechał, ale w mediach aż kipiało od najrozmaitszych komentarzy.
Nie chciałem z Panem rozmawiać o wypadku prezydenta na autostradzie.
Na tym przykładzie przywołuję pewien mechanizm - widać go było także przy okazji tragedii smoleńskiej. Zanim zostaną przedstawione potwierdzone fakty, już próbuje się narzucać odgórnie jakąś interpretację zdarzenia. Czasem okazuje się, że nieważne, jak wyglądają ustalenia końcowe - część osób już wcześniej pod wpływem medialnych powtórzeń zdążyła sobie wyrobić poglądy. A odwrócenie fałszu bywa bardzo trudne. Działając w ten sposób, media mogą sporą część odbiorców pozbawić zdolności poznawczych. W efekcie tworzy się polityka zatruwania umysłów.

Zatruwania?
Tak. Zatruty organizm nie potrafi przetwarzać jedzenia, a zatruty umysł - informacji. W ten sposób pozbawia się ludzi umiejętności oddzielania prawdy od fałszu. Niekiedy natłok informacji, wielość najróżniejszych opinii i komentarzy, zgiełk informacyjny służą temu, by widz lub czytelnik uznał, że w ogóle nie jest w stanie dojść prawdy. W ten sposób część mediów od lat prezentuje choćby sprawę Lecha Wałęsy. Pojawiło się mnóstwo wypowiedzi formowanych w złej wierze, jedynie wprowadzających złe emocje do dyskusji, odwracających uwagę od meritum. Często służy to tylko jednemu: sprawieniu, aby nie tylko zwykły odbiorca, a nawet profesjonalista od przetwarzania informacji, czyli dziennikarz doszedł do wniosku, że prawda jest niemożliwa do ustalenia.

Ale rozmawialiśmy o Komisji Weneckiej, a nie o mediach.
To jest powiązane - rozumienie interpretacji prawnych przebiega w przestrzeni medialnej. Przez media przetoczyła się dyskusja - według schematu przed chwilą przeze mnie opisanego - o roboczej wersji opinii; dyskusja prowadzona tak, jak gdybyśmy odnosili się do wykładni oficjalnej. Poglądy w tej sprawie już zdążyły się utrzeć, a do wielu końcowy werdykt komisji nie dotrze, nawet jeśli będzie istotnie różny od pierwszej wersji dokumentu. Na tym polega ta gra. Podejrzewam, że sporo dziennikarzy uczestniczy w tym nieświadomie, choć pewnie część bierze w niej udział w sposób cyniczny.

Teraz zapachniało „Kongresem futurologicznym” Lema, gdzie rzeczywistość jest ukryta za kolejnymi warstwami maskonów.
Tak, zgadza się.

Ile jest warstw tych maskonów?
Nie jest ich znowu tak wiele. Najgłębszą warstwę stanowią globalne banki i fundusze inwestycyjne.

One tworzą wszystkie istniejące maskony?
Niektóre, pewnie te najważniejsze. One decydują o kierunkach strumieni finansowych. Wystarczy obejrzeć takie filmy jak „Inside Job” czy „Big Short”, by zrozumieć, jak wielką dzisiaj władzę mają instytucje finansowe. Od ich decyzji niekiedy zależą wręcz losy całych krajów lub sektorów gospodarki - ale wiemy, że osoby podejmujące te decyzje często się zachowują w sposób nieodpowiedzialny. Ich władza nie jest pozytywnie sprzężona z głębszymi wartościami intelektualnymi ani moralnymi.

Zgadzam się w kwestii wartości moralnych - ale już wartości intelektualnych odmówić im nie sposób. Bez inteligencji takiego systemu by nie stworzyli.
Oni weszli w system, który częściowo wyłonił się spontaniczne, a częściowo został zbudowany przez mądrzejszych. Dziś mają opanowane tylko quasi-automatyczne formy reagowania na bodźce świata finansów - często nie dostrzegając, jakie ich działania mają przełożenie na całą gospodarkę, technologię, czy wręcz losy całych kultur.

Akurat moim zdaniem oni to widzą - tylko nie ma to dla nich znaczenia. Powołał się Pan na „Big Short”. To film o zbuntowanych finansistach, którzy walczą z istniejącym systemem finansowym. Ale walczą nie po to, by go zmienić - tylko po to, by go zastąpić własnym. Systemem nie lepszym, tylko systemem pozwalającym zarabiać innym osobom.
A z kolei kluczowe banki tworzące system uważają, że są „zbyt duże, by upaść”. To bardzo niebezpieczne przekonanie. Oznacza bowiem, że nawet jeśli zarządzają nimi banksterzy, to i tak system polityczny nie pozwoli im upaść - po to, by nie zachwiać całością finansów, gospodarki i władzy. Tę formułę w praktyce stosuje się szerzej - jeśli jesteś dostatecznie potężny, to możesz łamać reguły, np. prawa międzynarodowego - i robić to bezkarnie. Czy gdyby Rosja nie dysponowała arsenałem nuklearnym, to nie zostałaby sprowadzona do roli aktora tylko regionalnego? To posiadanie broni masowego rażenia sprawia, że Rosja jest krajem „zbyt dużym, by upaść” - jej destabilizacja mogłaby bowiem zagrozić bezpieczeństwu światowemu.

Rysuje Pan obraz globalnego systemu. Jaką rolę odgrywa w nim Komisja Wenecka?
Jest częścią systemu reguł kulturowo-prawnych, który stworzył podstawy dynamicznego rozwoju Zachodu. Istotą tego systemu jest tworzenie instytucji - takiego typu jak ta komisja - które pozwalają rozwiązywać konflikty bez uciekania się do przemocy. Teraz pytanie, czy Komisja Wenecka jest w stanie podejmować decyzje w oderwaniu od presji układu sił i interesów, czy też nie. Bo dziś widać, że polski Trybunał Konstytucyjny tego nie potrafi. Już znacznie wcześniej członkom TK zdarzało się rażąco łamać zasadę mówiącą, że nikt nie może być sędzią we własnej sprawie.
Chodzi Panu o to, że TK wydawał wyroki w sprawie ustawy jego dotyczącej.
Mam na myśli np. jego orzeczenie w sprawie ustawy lustracyjnej. On rozpatrywał tę sprawę, mimo że część sędziów lub osób im najbliższych, małżonków, była uwikłana we współpracę z tajnymi służbami PRL. W takiej sytuacji powinni się wyłączyć z orzekania w tej sprawie. Nic takiego się nie stało. Więcej, o ile wiem, pozostali sędziowie składu orzekającego w żaden sposób nie zdystansowali się od zachowania działających w konflikcie interesów członków TK. Mamy niemal analogiczną sytuację dziś. Co najmniej dwóch sędziów obecnego składu TK, włącznie z prezesem, uczestniczyło w tworzeniu ułomnej ustawy o Trybunale, którą przegłosowano za czasów PO/PSL. Nie słyszałem, by pozostali członkowie TK odcięli się od takiego zachowania.

Zgadzam się z Panem. Wielokrotnie sędziowie Trybunału pokazali, że praktyka ich działania pozostawia wiele do życzenia. Ale na to jeszcze nakłada się teoria, czyli konstytucja, w której zapisano, że od wyroków TK nie ma odwołania. Tymczasem prezydent trzech sędziów nie zaprzysiągł mimo jednoznacznego wyroku.
Bo ten wyrok został powzięty ze złamaniem prawa.

Tyle że nie ma komu rozsądzić, czy TK prawo złamał, czy nie. Nie ma bowiem żadnej instytucji ponad nim, która by go mogła powstrzymać - nawet jakby twierdził, że czarne jest białe.
Dotknął pan kluczowej kwestii. Bo przecież nie można wykluczyć sytuacji, w której trybunał wydaje jakieś absurdalne orzeczenie, na przykład likwidujące wszystkie środy. Jak się w takiej sytuacji zachować? Udawać, że wszystko jest w porządku?

Nie ma co udawać. Ale też w konstytucji nie zamontowano żadnych bezpieczników na taką ewentualność.
Ale jest jedno rozwiązanie: można nie wykonywać takich orzeczeń. Nad zasadą ostateczności orzeczeń Trybunału są jednak, w pewnym sensie, reguły zdrowego rozsądku, logiki i odpowiedzialności społecznej.

Tylko nie ma do tego podstaw prawnych. Konstytucja nie dopuszcza trybu nie wykonania wyroku TK. One są ostateczne.
Jeśli ktoś ma poszanowanie dla logiki i zasad państwa prawa, to powinien wziąć poprawkę na to, jakie decyzje TK podejmuje. Przyjrzyjmy się więc jego decyzjom z grudnia. Najpierw Trybunał uznaje, że chodzi o tzw. sprawę wyjątkowo ważną - a potem miast w tzw. składzie pełnym (minimum dziewięciu sędziów) rozpatruje ją w składzie pięcioosobowym.

Ale mógł tak zrobić, bo TK uznał, że to skład wystarczający. Wychodzi z tego kwadratura koła - ale zgodna z konstytucją. Wyjść z niej można tylko poprzez zmianę ustawy zasadniczej.
Eksperci uważają, że TK jednak nie mógł tak zrobić. Ale zgadzam się: mamy kwadraturę koła. Cała sytuacja wymaga gruntownego przemyślenia sprawy i znalezienia kompromisowego wyjścia. Inaczej grozi nam sytuacja, której obawia się ekipa obecnie rządząca: grupa trzech osób jest w stanie sparaliżować państwo - przy orzekaniu przez TK w składzie pięcioosobowym tyle wystarczy do zablokowania każdej ustawy. Dlatego trzeba szukać kompromisowych rozwiązań, które zmniejszą podatność trybunału na ludzkie niedoskonałości. Tymczasem Grzegorz Schetyna oświadcza: będziemy totalną opozycją. To przecież oznacza, że on jakikolwiek kompromis z góry odrzuca. Nie chce łagodzić sporów, woli je zaostrzać.

PiS - słuchając ostatnich wypowiedzi jej liderów - także nie zamierza.
Można znaleźć zbyt mocne wypowiedzi przedstawicieli PiS - to nie jest dobre, bo psuje wizję prezydenta Dudy budowania wspólnoty. Ale jak można ją odbudować, gdy opozycja deklaruje nie rzeczowość, ale totalność? Demokracja - nie tylko dla rządzących, ale także dla opozycji - oznacza wspólną akceptację pewnych norm.

Opozycja, broniąc demokracji, broni samej siebie.
Ale też demokracja zakłada prawo istnienia mniejszości, natomiast działania totalne z natury rzeczy prowadzą do eliminacji inaczej myślących. Przy okazji następuje niebezpieczne igranie z semantyką - umysły są zatruwane przez pozbawianie słów ich znaczeń. A gdy słowa nie znaczą tego, do czego przyzwyczaiła nas kultura, ludzie tracą zdolność porozumiewania się. To podważa wspólnotę polityczną. Mamy fotografowanie się z tabliczką „Jestem TW Bolek”. To oznacza: popieram człowieka, który zdradził swoich kolegów, brał za to pieniądze, od lat nie umie się do tego przyznać, a tych, którzy mu to wypominają, ciąga po sądach. Kto, uczyniwszy publicznie taką deklarację, jest zdolny do rzeczowej analizy informacji na temat Wałęsy?!

Nie jest tak do końca - w ten sposób wiele osób też chce zamanifestować szacunek dla niego za to, że kierował Solidarnością w kluczowych chwilach w latach 80.
Teraz pan powtarza stereotyp, powielany od lat 80. A na to jeszcze nakłada się zachowanie Wałęsy jako prezydenta Polski, podtrzymującego stare układy władzy i opóźniającego wprowadzenie reguł państwa prawa. To każe postawić znak zapytania przy jego dokonaniach.
Nie mam zamiaru bronić osób z kartkami typu „Jestem TW Bolek”, czy „Jestem gorszego sortu” - w większości przypadków to objawy lemingozy. Ale też trudno pomniejszyć dokonania Wałęsy w 1980 r. Rozmawiałem tydzień temu z Michelem Wieviorką, francuskim socjologiem, który wtedy był w stoczni gdańskiej - i on nie ma wątpliwości, że rola Wałęsy była kluczowa. A osoby, które go teraz atakują, nie bawią się w subtelności - widzą w nim tylko TW Bolka, pomijają fakt, że był przywódcą Solidarności.
Szanuję opinię Wieviorki, ale miał on wtedy ograniczony ogląd sytuacji. Nie wiedział, z kim Wałęsa spotykał się za kulisami, jak bardzo był obciążony hakami, które miała na niego SB. Z drugiej strony, SB i PZPR mogły mieć przekonanie, że da się kontrolować ruch społeczny i za późno się zorientowały, że sprawy wymknęły się spod kontroli - być może także dzięki temu, że Wałęsa ich ogrywał. Z jednej strony z nimi knuł, z drugiej prowadził własną grę. Paradoksalnie, nie można wykluczyć sytuacji, że gdyby Wałęsa nie był cwaniakiem, to cała transformacja ugrzęzłaby na samym początku.

Teraz Pan również przyznaje, że Wałęsa miał zasługi w walce z komunizmem.
Kilka lat temu napisałem tekst, w którym argumentowałem, że być może wszystkie rewolucje potrzebują swoich Bolków. Nie pisałem tego pogardliwie. Idzie o wychodzenie z systemów autorytarnych - nie można wykluczyć, że wariant pokojowy jest niemożliwy bez osób, które grają na dwie strony. Gdyby komuna nie miała zabezpieczeń w postaci własnych agentów w strukturach Solidarności, to pewnie całego przewrotu z końca lat 80. nie udałoby się zrobić. Andrzej Gwiazda kiedyś powiedział, że komuniści przy Okrągłym Stole dzielili się władzą ze swoimi agentami. To nie jest czysto negatywna formuła. Być może, gdyby oni nie mieli kontrolowanych przez siebie agentów, którym częściowo przekazywali władzę, nie zgodziliby się na jej oddanie.

I mielibyśmy kolejne powstanie - pewnie krwawo stłumione.
Nie można tego wykluczyć.

Skąd właściwie teczka TW „Bolka” wzięła się w posiadaniu Marii Kiszczak?
To ciekawe sprawa. Różne rzeczy można było o gen. Kiszczaku powiedzieć, ale na pewno nie to, że był idiotą. Na pewno posiadane przez siebie dokumenty odpowiednio zabezpieczył. Można więc przypuszczać, że ktoś, kto zdecydował się ujawnić teczkę TW „Bolka”, precyzyjnie wybrał moment.

Kto to mógł być?
Kiszczak i jego ludzie byli akceptowani przez Moskwę. Tam do dziś sięgają korzenie sieci agenturalnych. Decydenci, którzy zdecydowali się teraz ujawnić tę teczkę, mogli chcieć w ten sposób nasilić konflikt społeczny w Polsce. Najłatwiej go nakręcić poprzez zatruwanie umysłów. W sytuacji gdy KOD demonstruje w obronie TK - możemy to popierać lub nie - ale jest to manifestacja mieszcząca się w ramach reguł państwa demokratycznego. Ale gdy KOD demonstruje pod hasłem solidarności z Lechem, z formułami typu „Jestem TW Bolek”, to demonstruje przeciwko prawdzie - a to już jest zatruwanie umysłów. KOD staje się siłą społeczną, która utrudnia części Polaków odróżnienie prawdy od fałszu. Pytanie, czy w ten sposób, chcąc nie chcąc, nie wpisuje się w scenariusz wojny informacyjnej napisany w Moskwie?

W jakim celu Rosja miałaby tak chybotać Polską?
Rosja generalnie walczy z cywilizacją zachodnią, której nie rozumie i której się obawia. Moskwa postrzega NATO jako sojusz agresywny, wymierzony w Rosję.

I by potwierdzić tę tezę, dążą do podniesienia poziomu agresji w Polsce?
Nie chodzi o potwierdzanie tez, tylko o osłabianie NATO, o utrwalenie starego podziału członków paktu na pierwszą i drugą ligę. Dla Rosji jest wygodne, gdy spór polityczny w Polsce przekracza ramy racjonalne. Im więcej w UE jest kryzysów, tym dla Rosji lepiej. Jeśli Rosji uda się Polskę zdestabilizować, to Unia będzie w trudniejszym położeniu.

To dlaczego rząd nie próbuje załagodzić sprawy związanej z opinią Komisji Weneckiej czy procedurą rozpoczętą przez Komisję Europejską?
Przecież premier Beata Szydło w Europarlamencie szukała porozumienia. Po krytycznym liście trójki senatorów amerykańskich zaprosiła ich do Polski. Rozumiem, że rząd ma żal do Komisji Weneckiej o to, że się nie porozmawiała z tymi sędziami, których prezydent zaprzysiągł, a których prezes Rzepliński nie dopuszcza do orzekania. Wypadało z nimi porozmawiać jako przedstawicielami drugiej strony - brak takiej rozmowy rzuca cień na bezstronność Komisji Weneckiej.

Uda się znaleźć wspólny język z UE? PiS przezwycięży te napięcia?
To Unia będzie się chciała z Polską porozumieć - zwłaszcza w sytuacji obecnych napięć. Otwieranie nowego pola konfliktu jest dla Brukseli niebezpieczne.

Polska jest przecież poza twardym rdzeniem UE, Zachód może nas ominąć.
Nie całkiem. Zachód potrzebuje naszej pomocy w kwestiach bezpieczeństwa. Unia potrzebuje współpracy z nami - jeśli chce rozwiązać problem migracji, terroryzmu lub zagrożenia ze strony prawicowych ekstremistów. Wprawdzie zachodnia opinia publiczna ulega politycznej poprawności, ale ludzie służb mają bardzo realistyczne oceny zagrożeń. I wiedzą, że będzie trudno im zaradzić bez współpracy z Polską.

Zima 30-lecia w Polsce, zasypie nas śnieg

Wideo

Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych”i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Komentarze 42

Ta strona jest chroniona przez reCAPTCHA i obowiązują na niej polityka prywatności oraz warunki korzystania z usługi firmy Google. Dodając komentarz, akceptujesz regulamin oraz Politykę Prywatności.

Podaj powód zgłoszenia

k
krzyhoo1

adres chyba znany?

M
Michu

według mnie jest tylko jeden taki prezes i nie jest to prezes TK

a
art

PiS w latach 2005-2007 rządził nieudolnie, zrywami, bardziej tropił, śledził, likwidował, lustrował niż zarządzał. Kierownictwo PiSu dzisiaj zdaje sobie sprawę z tego, że część obywateli pamięta, że nic z tych zapowiadanych zamierzeń PiSowskich nie wychodziło sensownego, że nie było żadnego zapowiadanego przyspieszenia, oczyszczenia, czy wytyczenia nowych perspektyw oraz to, że te pisowskie hulanki wyprawiane na niwie państwowej to był początek końca dla rządów PiSu.
Wyobrażenia Prezesa o rządzeniu są takie – jednych pogonić innych wytropić i posadzić, ogólnie ściągnąć lejce i dużo śpiewać o ojczyźnie, chwalić się jak to dzielna ekipa PiSu bije się z potężnymi wrogami, tropi agentów, uwalnia od obcych, demonstrować swoją determinację w obchodach, otwarciach, celebracjach, na capstrzykach, itd.
Prezesa widzenie świata nie uległo zmianie od jakichś 30 lat. Pamiętam dokładnie jego początkowy stosunek do wszelkich rozmów w latach 80-tych z komuną – nie, nie i jeszcze raz nie, chcą nas oszukać, co najwyżej można markować, ja osobiście jestem przeciwko.
Gdy Okrągły Stół się zaczął, okazało się, że obaj bracia już byli na miejscu, brali żywy udział w rozmowach, w tym w rzekomym tajnym układaniu się w Magdalence.
To, co jest teraz pomijane jako wstydliwe, to był realny udział Kaczyńskich w rozmowach Okrągłego Stołu w tym w części tajnej! Teraz te niewygodne fakty są przemilczane, a Prezes stroi się w piórka niezłomnego od urodzenia antykomunisty, który nigdy ręki by nie podał komuniście, a za przechodzącym zawsze spluwał.
Prezes nie ma talentu do rządzenia. Nadrabia ten brak knuciem i manipulowaniem. Jednak manipulowanie, to nie jest dobry ekwiwalent zarządzania.
Ale chyba największą słabością Prezesa jest nieznajomość, choćby elementarna, mechanizmów gospodarczych. To jest dla niego zupełna terra incognita.

G
Gorszy sort

Zybertowicz potwierdza tezę, że wykształcenie i tytuły profesorskie nie idą w parze z inteligencją. Słowem można być idiotą z tytułem. Szkoda tylko, że nie ma tytułu profesora idioty.

??

tylko zwykły, podrzędny wolak-pisowiec, prawdopodobnie opłacany przez partię!

K
Kaka

..." i to by było na dziś..."

P
Po prostu Polak

PiS robi dobrą robote odrywając od koryta zdrajców i złodzieji! A jeśli sie wam to nie podoba wynocha z naszej Polski! Dosyć już waszego darcia ryjów! Jak nie zamkniecie pysków to my wam zamkniemy, i to tak ostatecznie!

p
pod-pis

... i jeszcze na dodatek wygląda, że u niego "nie wszyscy zdrowi"!

G
Gość

To z sondazu wczorajszego i przyszlego z czerwca

A
AndyS

"Panocku, tacyście mądrzy jazeście łogupli" mówiła gaździna na Chochołowskiej

p
pisał fajne książki

ale to teoretyk jest - a świat jest bardziej banalny niż teoria spisków przewiduje

j
jest taka

"wiacie rozumiacie" - a kysz ruski trolu

G
Gość

że "sędzia Rzepliński jest nowym generalissimusem i imperatorem Cezarem".

I wiacie co ?
Nie będzie od tego wyroku odwołania.

G
Gość

Żałosne jest to że "podobno wykształcony człowiek " profesor " a rozumu za grosz !
Jaką mamy elitę profesorską każdy widzi !
Zastanawiam się czy tytuł profesorski to dzisiaj oznacza zaszczyt i wiedzę !

w
wczorajszy sondaż CBOS

latanie do brukseli na skargi i walenie w pisiorów jak w bęben gu..zik daje , trzy główne partie opozycyjne wystawiły wspólnego jednego kandydata w wyborach uzupełniających do Senatu i przegrały , opozycja nie ma pozytywnego programu atrakcyjnego dla większości wyborców

Dodaj ogłoszenie