Andrzej Duda: Wynik PSL w wyborach jest kompletnie niewiarygodny. PKW ośmiesza naszą demokrację

Ewelina Nowakowska
Andrzej Duda, europoseł, kandydat Prawa i Sprawiedliwości w wyborach prezydenckich. Był między innymi ministrem w kancelarii prezydenta Lecha Kaczyńskiego
Andrzej Duda, europoseł, kandydat Prawa i Sprawiedliwości w wyborach prezydenckich. Był między innymi ministrem w kancelarii prezydenta Lecha Kaczyńskiego Adam Wojnar/Polskapresse
- Mamy w Polsce bardzo poważny problem polityczny i ustrojowy, który wymaga dyskusji i decyzji ponad podziałami. Dziwię się tylko, że prezydent Komorowskinie dostrzega problemu - mówi Andrzej Dud.

Po co Panu te wybory prezydenckie?
W 2006 r. zadecydowałem, że wejdę do polityki. Miałem wtedy głębokie przekonanie, że polityka jest służbą publiczną i z takim samym przeświadczeniem podjąłem teraz decyzję o kandydowaniu na najwyższy urząd w państwie. Myśl, że polityka to rozumna troska o dobro wspólne, towarzyszyła mi nieprzerwanie w Ministerstwie Sprawiedliwości i kancelarii prezydenta RP prof. Lecha Kaczyńskiego, kiedy zasiadałem w Trybunale Stanu oraz gdy sprawowałem mandat posła na Sejm. Także wybór do Parlamentu Europejskiego potraktowałem jako możliwość reprezentowania polskich spraw w UE. Zatem, kiedy pojawiła się propozycja, abym kandydował w wyborach prezydenckich, nie mogłem się przed tym uchylić. Uznałem, że to wielki zaszczyt, ale przede wszystkim kolejne wezwanie do służby publicznej, której należy się podjąć. Trudno wyobrazić sobie miejsce, gdzie można więcej zrobić dla Polski i Polaków, niż godnie sprawując urząd Prezydenta RP.

Można zawsze zostać premierem.
Ale teraz rozmawiamy o kandydowaniu na urząd Prezydenta RP.

Kiedy padła propozycja, aby został Pan kandydatem PiS na urząd Prezydenta RP?
We wrześniu premier Jarosław Kaczyński powiedział mi, że jestem jedną z tych osób, które są rozważane jako potencjalni kandydaci Prawa i Sprawiedliwości.

Kto był jeszcze brany pod uwagę?
Kilka osób.

Dokładnie kto?
Informacje, które pojawiały się w mediach w większości przypadków były prawdziwe.

Czyli prof. Zyta Gilowska?
Nazwisko pani profesor pojawiało się w mediach.

Jak Pan zareagował na nominację?
Pomyślałem, że spotyka mnie wielki zaszczyt, ale związany też z ogromną odpowiedzialnością.

Nie można świętować sukcesu wyborczego w momencie, kiedy reputacja naszego państwa została nadszarpnięta

A jak się czuł Jarosław Kaczyński?
Spokojnie rozmawialiśmy o tym wielkim przedsięwzięciu, jakim są wybory.

No dobrze, odebrał Pan nominację od Jarosława Kaczyńskiego, i co sobie wtedy Pan pomyślał?
Pomyślałem, że stoję przed wielkim wyzwaniem, ale jednocześnie czuję pewność, że z tym zadaniem sobie poradzę. Miałem zaszczyt pracować u boku prezydenta Lecha Kaczyńskiego, którego byłem ministrem odpowiedzialnym za wszystkie sprawy prawne. Doświadczenie pracy z prof. Lechem Kaczyńskim było dla mnie wyjątkową szkołą polskiej polityki i publicznej służby. Dzięki pracy w Kancelarii Prezydenta mam dzisiaj jasny obraz tego, jak powinna wyglądać prezydentura, która dobrze służy polskim sprawom. Wiem, jakie powinny być cele aktywnej prezydentury i jak je osiągnąć.

Pytanie, dlaczego Jarosław Kaczyński postawił na Pana?
W ostatnich dniach października premier Jarosław Kaczyński powiedział mi: Andrzej, stawiamy na ciebie, a twoją kandydaturę zaprezentujemy 11 listopada w Krakowie. To wówczas ostatecznie zapadła decyzja, że to ja będę kandydatem Prawa i Sprawiedliwości. O tej decyzji wiedziało bardzo wąskie grono osób z kierownictwa partii oraz kilku doradców. Dlatego do końca udało się utrzymać ją w tajemnicy.
Może dlatego, że długo rozważana była kandydatura prof. Zyty Gilowskiej. Jednak z powodów zdrowotnych Gilowska nie zdecydowała się na walkę o urząd prezydenta.
Decyzja o mojej kandydaturze zapadła pod koniec października. I o tej nominacji wiedziało dosłownie kilka osób.

Jak odbiera Pan zarzuty, że Jarosław Kaczyński postawił na Pana, bo w sumie nie miał na kogo postawić?
(śmiech) Polityczni przeciwnicy zawsze będą podawać jakieś argumenty, aby tylko zdyskredytować moją kandydaturę. W polityce nie jest to nic nowego i na taką krytykę jestem przygotowany.

Proszę mnie źle nie zrozumieć, ale bądźmy uczciwi. Jako polityk jest Pan osobą mało rozpoznawalną. Chyba że to się teraz zmieni.
Do tego służy właśnie kampania wyborcza, a ja nie mam wątpliwości, że do dnia wyborów prezydenckich zostało wystarczająco dużo czasu, żebym zdążył przedstawić swoją wizję aktywnej, ale zarazem wyważonej prezydentury.

11 listopada, kilka dni po aferze madryckiej, prezes Kaczyński uderzył z grubej rury. Nie było innego dnia, aby zaprezentować tę kandydaturę?
Od kilku już lat Prawo i Sprawiedliwość spotyka się w Krakowie, żeby w tym symbolicznym miejscu dla polskiej niepodległości obchodzić święto narodowe 11 listopada. Ponadto, Kraków to moje rodzinne miasto, stąd byłem wybierany do Sejmu i Parlamentu Europejskiego. Dlatego prezes Jarosław Kaczyński uznał, że to doskonały moment, aby moją nominację ogłosić właśnie tego dnia w krakowskiej hali Polskiego Towarzystwa Gimnastycznego "Sokół", odległej kilkaset metrów od Oleandrów - miejsca, skąd sto lat temu wyruszyła I Kompania Kadrowa, by wywalczyć niepodległą Polskę. Miałem z tej decyzji dodatkową radość, bo pamięć o Legionach 1914 roku jest dla mnie bardzo ważna ze względu na wielką miłość, którą mój dziadek darzył marszałka Józefa Piłsudskiego.

Decyzja z prezentacją Pana osoby zapadła na długo przez wybuchem afery madryckiej?
Tak, dużo wcześniej wszystko zostało zaplanowane. Kiedy później wybuchła sprawa trzech, byłych już posłów naszego ugrupowania, w Prawie i Sprawiedliwości zaczęto się zastanawiać, czy nie zrezygnować z prezentacji mojej kandydatury w zaplanowanym terminie. Zapadła jednak decyzja, że nie możemy zmieniać gotowego, strategicznego planu.

Nie obawia się Pan konfrontacji z prezydentem Bronisławem Komorowskim? Że będzie to walka z nokautem w pierwszej rundzie?
Należę do ludzi odważnych, nie boję się konfrontacji i już dzisiaj jestem merytorycznie przygotowany do debaty z prezydentem Bronisławem Komorowskim. Mam wielką nadzieję na uczciwą rywalizację w wyborach.

Pytanie, czy z tą wygraną to choć trochę realny scenariusz? Bronisław Komorowski cieszy się zaufaniem prawie 80 proc. wyborców.
Dziś Polska potrzebuje prezydentury nowoczesnej, na miarę czasów i wyzwań, jakie one niosą. Dynamicznej, aktywnej w sprawach międzynarodowych, korzystającej z konstytucyjnych uprawnień i współdziałającej w tym zakresie z rządem. Tylko aktywne działanie pozwoli wykorzystać nasz polski potencjał. Będę ciężko pracował i wierzę, że Polacy zgodzą się z moją wizją sprawowania najwyższego urzędu w naszym kraju.

Jak Pan zamierza zawalczyć o te 80 procent?
Prezydent w Polsce jest wybierany w wyborach powszechnych i to daje mu niezwykle silny mandat demokratyczny, co notabene jest zauważane za granicą. Prezydent jest najwyższym przedstawicielem państwa polskiego. Ponieważ konstytucja zobowiązuje prezydenta do współdziałania z rządem, ważne jest dobre ułożenie się relacji z prezesem Rady Ministrów i ministrem spraw zagranicznych. To pozwala na skuteczniejsze prowadzenie działań dyplomatycznych niż to, które dziś obserwujemy. Prezydent Bronisław Komorowski niestety z tego uprawnienia nie korzysta i nie jest aktywny na arenie międzynarodowej. Odpowiedzialny rząd będzie zawsze współpracował z prezydentem, niezależnie od tego, z której opcji politycznej ten prezydent wyszedł. Takie współdziałanie zawsze powinno mieć miejsce dla dobra państwa. Będę prezydentem, który aktywność i współdziałanie dla dobra Polski oraz wyczulenie na sprawy społeczne, zwłaszcza ochronę słabszych, uczyni priorytetem swojej prezydentury. Będę zachęcał Polaków, żeby wybrali taką wizję prezydentury.
Przecież Bronisław Komorowski jest prezydentem z ramienia partii rządzącej. Trudno zarzucać mu, aby jego stosunki z premierem, czy był to Donald Tusk, czy dziś jest to Ewa Kopacz, układały się fatalnie.
Bronisław Komorowski czasem kwestionował niektóre decyzje rządu, ale tylko w sprawach mało istotnych. Niestety, w sprawach ważnych społecznie nie było prezydenta stać na to, aby sprzeciwić się niekorzystnym dla Polaków zmianom wprowadzanym przez rząd Donalda Tuska. Przecież nie kto inny, tylko Bronisław Komorowski bez słowa podpisał ustawę podnoszącą wiek emerytalny do 67. roku życia czy ustawy podnoszące podatki. Ale warto też przyjrzeć się postawie prezydenta Bronisława Komorowskiego na arenie międzynarodowej. Jest znikoma, bo prezydent całkowicie oddał pola i rząd w obszarze polityki zagranicznej działa sam. To dzieje się ze szkodą dla polskich interesów.

Powiedział Pan, że jeśli w Polsce będzie odpowiedzialny rząd, będzie on zawsze rozmawiał z prezydentem. Uważa Pan, że gdyby był głową państwa, a partią rządzącą byłaby Platforma Obywatelska, to współpraca układałaby się dobrze? Proszę spojrzeć, co działo się za prezydentury Lecha Kaczyńskiego.
Prezydent powinien szukać zgody i łączyć dla dobra państwa, ale też stać na straży suwerenności Polski i czuwać nad przestrzeganiem konstytucji. Jestem zwolennikiem prezydentury otwartej na dialog. To też chyba cecha mojej osobowości. Lubię ludzi i zawsze jestem gotów rozmawiać, a jak trzeba, negocjować i szukać porozumienia. Zwłaszcza w sprawach ważnych, gdzie potrzebne jest odpowiedzialne podejście. Mam przy tym nadzieję, że opinia publiczna nigdy już nie dopuści, by ktoś planowo "niszczył godnościowe podstawy prezydentury", jak o swoich działaniach wobec prezydenta Lecha Kaczyńskiego mówił pewien polityk PO z otoczenia Donalda Tuska.

PiS otworzył już szampana?
Chwila ogłoszenia wyników sondażowych w niedzielę była dla nas bardzo radosna. Zwłaszcza że w poprzednich wyborach takie wyniki odzwierciedlały rzeczywiste poparcie. Różnice w stosunku do wyników głosowania były minimalne, 0,5-1 proc. Tak było choćby w ostatnich wyborach do Parlamentu Europejskiego. Niestety, w obliczu późniejszych wydarzeń trudno o radość czy nawet spokój. Państwowa Komisja Wyborcza dopuściła do olbrzymiego zamieszania, które stawia pod znakiem zapytania polską demokrację i niepokoi nie tylko polityków opozycji, ale z pewnością większość Polaków. Nadal nie ma ostatecznych wyników wyborów samorządowych, system wypacza rzeczywiste rezultaty głosowania i co chwila słychać o kolejnych nieprawidłowościach i błędach w komisjach wyborczych. Kto teraz uwierzy, że to, co poda PKW jako wynik tych wyborów, będzie odzwierciedlało rzeczywistą wolę wyborców wyrażoną przy urnach?

Czyli nie było szampana?
Nie można świętować sukcesu wyborczego w momencie, kiedy reputacja naszego państwa po raz kolejny została nadszarpnięta, a wiarygodność filaru demokracji, jakim są wybory, stoi pod znakiem zapytania. To, co dzieje się z liczeniem głosów, jest zatrważające. Jeżeli Państwowa Komisja Wyborcza przez kolejne dni nie potrafi się uporać z własnym systemem informatycznym, który zamówiła, to cóż tu wiele komentować. Śmiech internautów, obraz liczenia głosów, brak protokołów, informacje o fałszywych danych, nieważnych głosach czy o kartach do głosowania bez nazwisk niektórych kandydatów opozycji to obraz całkowitego bałaganu. Wszystko przemawia za tym, że Państwowa Komisja Wyborcza w obecnym składzie nie powinna urzędować ani minuty dłużej. Jeżeli nie chcemy w Polsce demokracji fasadowej, tylko systemu demokratycznego, którego fundamentem jest akt wyborczy, to wybory muszą być przeprowadzane w sposób rzetelny i uczciwy, tak aby obywatel miał poczucie sensu swojego aktu głosowania. To, co w tej chwili obserwujemy, to kompromitująca sytuacja, która podważa zaufanie obywateli do państwa. Tym bardziej jeśli słyszymy opinie, że ugrupowanie, które nigdy nie przekroczyło 20 proc., ma mieć w tej chwili 40 proc.

Mowa o PSL?
Proszę odpowiedzieć na pytanie, kto uwierzy w prawdziwość takiego wyniku?!? Kto nie pomyśli, że doszło do fałszerstwa wyborczego? Jak wyborcy mają w przyszłości widzieć sens głosowania?
Myślę, że w tej chwili są mocno zdegustowani całą sytuacją. Zaskoczył Pana wynik PSL?
Ten wynik jest kompletnie niewiarygodny. Chyba nikt w Polsce, kto jest przy zdrowych zmysłach, w to nie uwierzy. PKW ośmiesza naszą demokrację i to jest groźne dla Polaków, bo to w PRL wyniki wyborów nie miały nic wspólnego z wolą społeczeństwa i odzwierciedlały wolę jedynie słusznej władzy. Teraz jak na dłoni widać, że znów mamy deficyt demokracji w Polsce. Jedyne rozsądne rozwiązanie to głębokie zmiany personalne w Państwowej Komisji Wyborczej i rzetelne badanie, jak to się stało, że doszło do takiej kompromitacji i do takich nieprawidłowości. Zaapelowałem do prezydenta Bronisława Komorowskiego, żeby wreszcie podjął zdecydowane działania i poprosił prezesów Naczelnego Sądu Administracyjnego, Trybunału Konstytucyjnego oraz Sądu Najwyższego o złożenie wniosków o odwołanie członków PKW. To prezydent stoi na straży suwerenności i w pewnym sensie odpowiada także za wybory, gdyż konstytucja stwierdza jasno, że jest gwarantem ciągłości władzy państwowej. A ciągłość władzy państwowej to proces wyborczy, który wyłania tę władzę. W wypadku wyborów samorządowych ten proces z pewnością nie został przeprowadzony w sposób prawidłowy. Tak wyłoniona władza jest pozbawiona społecznej legitymacji, a państwo pozostaje demokratyczne tylko w tekście konstytucji, ale nie w rzeczywistości. PRL też nazywała się demokratyczną, a jak było, to większość Polaków doskonale pamięta.

Jarosław Kaczyński i Leszek Miller chcą powtórki wyborów samorządowych. Nie obawia się Pan, że jeśli wybory zostaną unieważnione i przeprowadzone ponownie, to wynik może się zmienić?
Wynik zawsze może się zmienić w wyborach, jeśli one są prawidłowo przeprowadzane. To jest natura demokracji.

Trochę to egzotyczny sojusz: Leszek Miller i Jarosław Kaczyński mówią jednym głosem.
Jeśli chodzi o unieważnienie tych wyborów samorządowych, to będzie to dosyć trudne to przeprowadzenia, ponieważ protesty wyborcze składa się do sądów okręgowych, a nie do Sądu Najwyższego, jak w przypadku innych wyborów. Tylko sądy okręgowe mogą stwierdzić nieważność wyborów w poszczególnych okręgach wyborczych. To bardzo skomplikowana prawnie sytuacja. Natomiast Jarosław Kaczyński po spotkaniu z Leszkiem Millerem zaproponował, by rozważyć uchwalenie specjalnej ustawy, która skróciłaby kadencję władz samorządowych, które zaistnieją w wyniku obecnych wyborów, i przeprowadzenie nowych, z zachowaniem zasad, które muszą obowiązywać w państwie prawdziwie demokratycznym. Obecnie mamy w Polsce bardzo poważny problem polityczny i ustrojowy, który wymaga dyskusji i decyzji ponad podziałami politycznymi. Dziwię się tylko, że prezydent Komorowski nie dostrzega problemu i uparcie broni PKW.

To, co obserwowaliśmy podczas liczenia głosów przez PKW, to był dramat. Państwo polskie po raz kolejny nie zdało egzaminu?
Państwo polskie jest dramatycznie słabe. Skandal z liczeniem głosów przez PKW to także wyraźne świadectwo siedmiu lat rządów PO w Polsce. Jeden z użytkowników Twittera określił kiedyś efekty tych rządów jako "państwo z dykty". To niestety smutna prawda. Na nic zdały się bajki o nowoczesnym państwie, którymi raczyła nas Platforma przez siedem lat. W Polsce nie funkcjonują podstawowe instytucje. Siedem lat Platformy to siedem lat niespełnionych obietnic wyborczych i likwidacji Polski powiatowej, gdzie znikają m.in. urzędy pocztowe, komisariaty policji, szkoły, połączenia komunikacyjne. To także czas, kiedy młodzi ludzie mówią, że nie ma żadnej szansy na znalezienie pracy i masowo emigrują.

Platforma rządzi już siedem lat i wygrywała siedem razy z rzędu. Proszę zauważyć, że nastąpiła zmiana na stanowisku lidera PO. Może po prostu efekt Kopacz nie zadziałał?
Platforma robi dobrą minę do złej gry. Mimo że Prawo i Sprawiedliwość pod koniec kampanii było potężnie atakowane, uzyskaliśmy dobry wynik, bo moim zdaniem te sondażowe rezultaty z niedzieli odzwierciedlają rzeczywiste poparcie wyborcze. Do tej pory PO miała dwie metody, aby zwalczać Prawo i Sprawiedliwość, a przede wszystkim kurczowo utrzymywać się przy władzy: przedstawiać obietnice wyborcze bez pokrycia i straszyć rządami PiS. Żadna z nich nie okazuje się już skuteczna.
Straszenie PiS już nie działa?
Prawo i Sprawiedliwość w przeciwieństwie do PO zachowuje standardy. My zareagowaliśmy natychmiast i wyrzuciliśmy z partii posłów, którzy dopuścili się oszustwa. W PO nie panują żadne standardy, czego przykładem jest obecność w klubie poselskim Platformy Sławomira Nowaka, wysokie stanowisko partyjne Jacka Protasiewicza czy lukratywna posada w państwowej spółce dla ministra Grada, który mówił o rzekomym "katarskim inwestorze", a tymczasem nasze stocznie padły, ku radości konkurentów z Niemiec czy Francji.

Szkoda Panu choć trochę Adama Hofmana?
To przykra sprawa, ale w Prawie i Sprawiedliwości nie ma tolerancji dla takiego postępowania.

To znaczy, że w ubiegłym roku PiS tolerował, gdy wyszła sprawa z przelewami Hofmana?
Nigdy Prawo i Sprawiedliwość nie tolerowało oszukiwania Sejmu ani działania na szkodę Skarbu Państwa. Przypomnę, że wtedy Adam Hofman został natychmiast zawieszony do czasu, gdy sprawa jego oświadczenia majątkowego została zakończona. A jej wynik był taki, że nie wszczęto przeciw niemu śledztwa prokuratorskiego. Teraz jednak było inaczej, bo sprawa jest ewidentna i komitet polityczny podjął decyzję o wykluczeniu posłów z partii. Wszystko ma swoje granice prawne, moralne czy obyczajowe, których nie wolno przekraczać. Poza tymi granicami tolerancji być nie może.

Tę granicę przekroczył Adam Hofman?
Władze PiS, a ściślej mówiąc prezes i komitet polityczny, nie miały wątpliwości. Sądzę, że większość Polaków uważa tę decyzję za słuszną i jedyną możliwą do zaakceptowania.

I powrotu do Prawa i Sprawiedliwości nie będzie?
Każdy ma prawo się zmienić, zrobić rachunek sumienia, wykazać skruchę i naprawić błędy, ale dzisiaj Adam Hofman, Adam Rogacki i Mariusz Antoni Kamiński zostali usunięci z Prawa i Sprawiedliwości. Nie są ani członkami naszego klubu parlamentarnego, ani członkami naszego ugrupowania.

To musiało boleć, zwłaszcza Mariusza Antoniego Kamińskiego.
Nie rozmawiałem z Mariuszem A. Kamińskim. Ale to z pewnością byłaby przykra sytuacja dla każdego. Czasu cofnąć się nie da.

Dziś Prawo i Sprawiedliwość zmierza po władzę?
Polacy chcą dobrych zmian, poprawy jakości swojego codziennego życia, a Prawo i Sprawiedliwość niesie gwarancje dobrych rządów dla Polski. To wielka szansa.

W sprawach ważnych nie było prezydenta stać na to,aby sprzeciwić się niekorzystnym dla Polaków zmianom

Gdy PiS wygra wybory parlamentarne, to rozliczy PO ze wszystkich obietnic?
Myślę, że w samym akcie głosowania Polacy dokonają rozliczenia PO z obietnic składanych przez siedem lat. Jestem przekonany, że w wyborach parlamentarnych nie tylko młodzi, jak to się stało teraz, ale większość wyborców postawi na Prawo i Sprawiedliwość. Władza nie jest potrzebna dla samej władzy. Dla nas jest ona niezbędnym środkiem do celu, którym jest budowa silnego państwa polskiego.

Wróci retoryka smoleńska?
Sprawa tragedii smoleńskiej nie jest wyjaśniona. To poważne zadanie dla odpowiednich organów państwa, które mam nadzieję dokonają tego w przyszłości, po rzetelnym zbadaniu niezbędnych dowodów. Ale dzisiaj najważniejszą rzeczą jest poprawa jakości życia Polaków i naprawa naszego kraju. Jestem pewien, że tylko zwycięstwo PiS może przynieść tę dobrą zmianę dla Polski. Myślę, że to się stanie bardzo szybko.

Flesz: Wegańskie ubrania. Made in Poland

Wideo

Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych”i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Komentarze

Ta strona jest chroniona przez reCAPTCHA i obowiązują na niej polityka prywatności oraz warunki korzystania z usługi firmy Google. Dodając komentarz, akceptujesz regulamin oraz Politykę Prywatności.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Dodaj ogłoszenie