Amerykański snajper: Moje ofiary nie śnią mi się po nocach

Anna J. Dudek
Chris Kyle - legenda dla amerykańskich żołnierzy, potwór w oczach wrogów
Chris Kyle - legenda dla amerykańskich żołnierzy, potwór w oczach wrogów Bartek Syta/ Polskapresse
Chris Kyle to najskuteczniejszy amerykański snajper. W Polsce promuje swą książkę "Cel snajpera", nam mówi o piekle, które przeżył w Iraku, i dlaczego szanuje Busha, a nienawidzi Obamy. Anna J. Dudek

Dlaczego "Diabeł z Ramadi", jak nazywali go terroryści, zdecydował się napisać książkę o swoim morderczym szkoleniu jako komandos SEAL i opowiedzieć o tym, co działo się na froncie? O tym, co czuł, oddając swój pierwszy strzał, i jak się bał, kiedy wielokrotnie myślał, że już po nim? - Byłem z kumplami w barze, wymienialiśmy się historiami. W pewnej chwili podszedł do mnie facet i powiedział, że powinien o tym napisać książkę - opowiada mi Chris, kiedy spotykamy się w Warszawie, gdzie przyjechał przy okazji promocji książki. - Chodził za mną i mnie męczył, w końcu więc postanowiłem: Dobra, napiszę to, przynajmniej ten facet da mi spokój! Zastanawiam się, czy dla komandosa, który zabił ponad 200 osób - oficjalna liczba to 155 - pisanie o wojennych doświadczeniach nie było rodzajem terapii. - Nie. Bo pisanie tej książki było do dupy. Musiałem przeżyć to jeszcze raz. Ale ta historia musiała zostać opowiedziana. Nie dla mnie. Dla żołnierzy, którzy ryzykują życie. Dla tych, którzy to życie stracili, bo bronili swojego kraju.

Brzmi to propagandowo. Bóg, honor i ojczyzna to słowa, które pojawiają się w książce. Ale Chris, opisując to piekło, pisze o adrenalinie, o więzi z kolegami z SEAL i o tym, jak bardzo nie mógł doczekać się wyjazdu na akcje. Świetny materiał rekrutacyjny dla amerykańskiej armii. Złości się, kiedy go o to pytam.

- Ta książka, nim została wydana, przeszła przez Departament Stanu, Departament Obrony i kilka agencji. Oni z niej właściwie nic nie wycięli. Większość, to znaczy jakieś 90 proc., wywaliłem z niej ja, bo są rzeczy, detale, o których pisać nie mogłem. I nie piszę przecież o tym, jak wesoło jest w armii, tylko o tym, że to piekło. Do armii idzie tylko 1 proc. społeczeństwa. I dla tego procentu napisałem tę książkę - tłumaczy Chris.

Temperatura rozmowy wzrasta, kiedy pytam go o te mniej chwalebne momenty. O tortury w Abu Ghraib. O rozbawionych marines, którzy oddawali mocz na zwłoki talibów. O śmierć cywilów. - Marines sikali na ciała talibów. Wielkie mi coś. Nie wiemy, co się stało przedtem, czego doświadczyli. Sikanie na martwe ciała nie robi na mnie wrażenia, ale obcinanie głów amerykańskim żołnierzom - tak. Abu Ghraib? Jeśli tam trafiłeś jako więzień, to znaczy, że zrobiłeś coś złego. Terrorystów trzeba traktować humanitarnie? A oni jak traktowali naszych?! - wyrzuca z siebie.

- Więc oko za oko? - pytam. - Nie. Ale nie mówmy o upokarzaniu irackich więźniów i o tym, że to barbarzyństwo. Upokorzenie to część treningu SEAL. Jeśli nie było cię na misji, nie brałaś udziału w wojnie, to nie możesz oceniać naszych żołnierzy - pada odpowiedź.

Takie czarno-białe postrzeganie świata było pomocne w trakcie misji, w których brał udział, i po nich. Pomaga w radzeniu sobie ze świadomością, że w czasie wojny giną niewinni ludzie, że czasem snajper posyła kulę w złym kierunku. - Ludzie popełniają błędy. To się zdarza. Dzięki Bogu mnie się nie zdarzyło zastrzelić niewinnej osoby, ale to się dzieje w trakcie każdej wojny.

Podobnie jest, kiedy myślisz o zadaniu. Nie myślisz, że to czyjś ojciec czy brat. Myślisz: cel. Terrorysta, którego trzeba zdjąć. Ludzie, którzy nie byli w armii, nie rozumieją tego. Pierwsza osoba, którą zabiłem, to była kobieta. Przed akcją rozmawiałem z moją żoną Tanyą i mówiłem jej: "Nie wiem, czy potrafię kogoś zabić". Miałem nadzieję, że w krytycznej chwili się nie złamię, bo to naraziłoby na niebezpieczeństwo moich ludzi. Zdjąłem ją, dzięki czemu ocaliłem życie moich ludzi, bo miała przy sobie granat, który zamierzała odbezpieczyć - opowiada o pierwszym strzale.
Chris mówi, że każdy dziennikarz pyta go o wyrzuty sumienia. Przyzwyczaił się, to pytanie go nie dziwi. Podobnie jak to, jak to możliwe, że facet, który zabił ponad 200 osób, jest normalnym mężem i ojcem. - Jesteśmy szkoleni, by zabijać wroga.

W Iraku przez piekło przechodził Chris, a w Stanach - jego żona Tanya. Umierała ze strachu, kiedy były informacje z frontu. Tęskniła, bała się, ale była też zła. - Rozumiałam to, że musiał być na pierwszej misji. Ale na drugą nie musiał jechać - mówi żona snajpera i dodaje: - Byłam wściekła. I zraniona, bo mógł zrezygnować. Miałam wrażenie, że ryzykuje także nasze życie, bo nasze życie bez niego nie byłoby takie samo. A Chris dodaje: - Żony mają najtrudniejsze zadanie. My zaakceptowaliśmy to, że możemy zginąć, ale pomaga nam świadomość, że nasze rodziny są bezpieczne. A ona prowadzi życie w kraju, dba o rodzinę i martwi się, czy mój mąż dzisiaj zginie - mówi Chris.

Strach o męża i złość na niego, kiedy pojechał drugi raz na wojnę, to niejedyne negatywne emocje, z którymi musiała sobie poradzić Tanya. Była jeszcze zazdrość. - Wiesz, to jest tak. Jestem dumna z niego, że ma poczucie obowiązku wobec kraju. Ale z drugiej strony, jak mogłam konkurować z tą adrenaliną, z armią, z innymi chłopakami z jednostki, z którymi on ma tę unikalną więź - mówi Tanya. A Chris dodaje: - Dziś wiodę normalne życie, mam swoją firmę i cudowną rodzinę. Ale jakaś część mnie tęskni. Za więzią z chłopakami, za akcją - mówi.

Nie jest w tym odosobniona, bo większość żon członków SEAL tak się czuje. Może dlatego wskaźnik rozwodów w takich związkach wynosi aż 90 proc.

Kyle wrócił z misji, ale SEAL w nim pozostał. Bez obaw wygłasza niepopularne opinie. Jak ta o Baracku Obamie: - On tylko mówi. A z tego, co mówi, wynika, że to on był w Afganistanie, to on zastrzelił bin Ladena. Nienawidzę go. Dla armii to fatalny prezydent. - Nie boisz się wygłaszać takich opinii? - Mam to w gdzieś.

A Bush, który ostatecznie nie znalazł broni masowego rażenia w Iraku? Uśmiecha się i odpowiada: - Znalazł. Sam byłem z zespole, który taką broń znalazł. Wiesz, dlaczego Bush nie mówił o tym? Bo to była broń pochodząca od naszych sojuszników. Więc on wziął na siebie całą krytykę. Miałem z nim spotkanie, zapytałem go, dlaczego tego nie upublicznił. Bush zamiast stawiać koalicję w złym świetle, wziął ten ciężar na siebie - mówi.

Obama będzie się musiał obejść bez głosu Kyle'a. Także dlatego, że snajperowi nie podoba się coraz bardziej restrykcyjne prawo dotyczące posiadania broni. - Mówisz to po tragedii w Kolorado? - pytam. - Mam przyjaciół, którzy mówią, że gdyby oni (z bronią) byli na miejscu, nie zginęłoby tak wiele osób. Poradziliby sobie z szaleńcem. W Teksasie to się nie dzieje. Ostatnio 80-letni mężczyzna zastrzelił dwóch rabusiów banku. Jeśli porządni ludzie mają broń, to świat jest bezpieczniejszy. Zresztą nie kupuję tego, że ma być ostrzejsze prawo posiadania broni w kraju, którego prezydent sprzedaje AK-47 meksykańskim kartelom - kończy swoją opowieść Chris Kyle.

Wideo

Komentarze 2

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

A
Administrator
To jest wątek dotyczący artykułu Amerykański snajper: Moje ofiary nie śnią mi się po nocach
K
KAZ
OCZYWIŚCIE DO PRACY !!!
K
KAZ
ZAPRASZAMY DO POLSKI !!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!
Dodaj ogłoszenie