Amerykanie szukają mogił swoich lotników

Artur Szałkowski
Materiały archiwalne
Udostępnij:
Ponad sześćdziesiąt lat po wojnie armia amerykańska próbuje ustalić, co się stało z załogami trzech latających fortec, które zostały zestrzelone pod koniec wojny nad Dolnym Śląskiem.

Amerykanie wciąż szukają mogił swoich lotników. 22 marca 1945 r. po nalocie na rafinerię w Ruhland koło Drezna, uszkodzone samoloty nie miały szans na powrót do bazy we Włoszech i leciały na przyfrontowe lotniska radzieckie w Brzegu i Nysie. Gdy były nad Dolnym Śląskiem, zostały zaatakowane, prawdopodobnie pomyłkowo, przez radzieckie myśliwce.

Dotychczas Amerykanie dokładnie ustalili los załogi tylko jednego bombowca B-17 nazywanego latającą fortecą. Samolot spadł koło Oławy. Amerykanie mieli także szczątkowe informacje o losie lotników z samolotu, który rozbił się w Wałbrzychu. Zebrał je miejscowy historyk amator Krzysztof Kobusiński. Nie wiedzieli natomiast nic o losie załogi trzeciego strąconego bombowca. Dzięki czytelnikowi "Polski" poznali historię zaginionej latającej fortecy.

Na początku ubiegłego roku opublikowaliśmy w "Polsce Gazecie Wrocławskiej" artykuł o zestrzelonych bombowcach. Skontaktował się z nami Józef Rainsz, czytelnik z Wałbrzycha i poinformował nas o tym, że jedna z takich maszyn runęła w Wierzbnej koło Świdnicy. Oba miejsca w linii prostej dzieli około 15 kilometrów. Dla samolotu to niewielka odległość. Rainsz zaprowadził nas także do osób, które widziały wrak.

- To był wielki srebrzysty czterosilnikowy samolot. Przez kilka lat od zakończenia wojny leżał na polu i był ulubionym miejscem naszych dziecięcych zabaw - opowiada Waldemar Kudas, mieszkaniec Wierzbnej.

Potwierdzenie informacji odnaleźliśmy w miejscu, gdzie miał spoczywać wrak B-17. W ziemi są metalowe elementy, a nawet łuski pocisków kaliber 12,7 mm. A właśnie taką amunicją strzelano z karabinów M2 Browning, w które wyposażone były latające fortece. Do Wierzbnej zabraliśmy także w lipcu ubiegłego roku przedstawicieli Departamentu Obrony Stanów Zjednoczonych z Biura Więźniów Wojennych i Osób Zaginionych w Akcji. Zebrane przez nich na miejscu informacje od świadków okazały się bezcenne. Jeden z nich wyznał, że... to nie pierwsza wizyta amerykańskich żołnierzy w miejscowości.

- Byli tu już w 1947 r. i oglądali dokładnie wrak, szukając jakichś pamiątek osobistych po załodze - wyjaśniał Stanisław Piwiec, mieszkaniec Wierzbnej. - Później wsiedli do samochodu i odjechali w kierunku Jaworzyny Śląskiej.

Według relacji świadków tam mieli uciekać przed Niemcami dwaj amerykańscy lotnicy ze strąconego bombowca. Takie zdarzenia kończyły się najczęściej egzekucją. Dlatego amerykańska delegacja spodziewała się odnaleźć groby swoich rodaków. Poszukiwania zakończyły się jednak fiaskiem.

- Przez kilka miesięcy Amerykanie szukali w archiwach dokumentu poświadczającego tę wizytę i niedawno go znaleźli - mówi Szymon Serwatka współpracujący z nimi w ramach projektu Aircraft Missing in Action (samoloty zaginione w boju). - Ze sporządzonego wówczas protokołu wynika, że wrak został zidentyfikowany jako samolot dowodzony przez porucznika Johna Pierika.

Dlatego miejsca pochówku dowódcy i trzech poległych członków jego załogi, armia Stanów Zjednoczonych zamierza teraz szukać w Wierzbnej i okolicach, a nie w Wałbrzychu. W świetle najnowszych ustaleń Amerykanie twierdzą, że tu musiał runąć samolot dowodzony przez porucznika Andrew Crane'a, a nie, jak pierwotnie sądzono, Johna Pierika. W związku z takim stanowiskiem Amerykanów jedyne znane zdjęcie przedstawiające jeden z wraków traci na aktualności. Dotychczas przedstawiciele Departamentu Obrony Stanów Zjednoczonych twierdzili, że zrobiono je po wojnie w Wałbrzychu. Teraz uważają, że jest to Wierzbna.
Z nową interpretacją Amerykanów nie zgadza się jednak Krzysztof Kobusiński, który od wielu lat bada sprawę katastrofy w Wałbrzychu.

- Amerykanów zmyliła widoczna na zdjęciu numeracja samolotu na ogonie wraku - mówi Kobusiński. - Z moich informacji wynika, że tym samolotem załoga Pierika leciała, ale trzy dni przed zestrzeleniem, by bombardować miasto Landshut w Niemczech.

Zmiana lokalizacji nie kończy poszukiwań grobów lotników. Amerykanie mają wytypowanych kilka miejsc, gdzie lotnicy mogli zostać pochowani. W 2005 r. dokonali już ekshumacji w Wałbrzychu. Badanie szkieletu nie potwierdziło jednak, by był to ktoś z samolotu dowodzonego przez Pierika. Poszukiwania trwają.

Dołącz do nas na Facebooku!

Publikujemy najciekawsze artykuły, wydarzenia i konkursy. Jesteśmy tam gdzie nasi czytelnicy!

Polub nas na Facebooku!

Dołącz do nas na Twitterze!

Codziennie informujemy o ciekawostkach i aktualnych wydarzeniach.

Obserwuj nas na Twiterze!

Kontakt z redakcją

Byłeś świadkiem ważnego zdarzenia? Widziałeś coś interesującego? Zrobiłeś ciekawe zdjęcie lub wideo?

Napisz do nas!

Komentarze 5

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

D
Do OloS
Witam! Kretyn, który to napisał niech jako i ja podpisze się pod tekstem, bo dopóty tego nie zrobi będzie dla mnie kłamcą i śmieciem. Piszę i wydaję książki i inne publikacje, a IPN wydał mi osobiście zgodę na zobaczenie zasobów dotyczących szpitala 250 i publikację tych materiałów co i uczyniłem z poważaniem - MKlasik
G
Gość
[cyt] W ubiegłym roku (2008) odwiedzili mnie: Cory D. Damm z Biura Osób Zaginionych Departamentu Obrony USA oraz John A. Gray z Amerykańsko-Rosyjskiej Wspólnej Komisji d.s. Jeńców Wojennych i Zaginionych w Akcji w towarzystwie wspomnianego Szymona Serwatki. Obu panów interesował los pilota amerykańskiego samolotu P-51C „Mustang” zestrzelonego na Dziwnowem w powiecie Kamień Pomorski. Według relacji Amerykanów po kolejnym, 5 już zbombardowaniu zakładów benzyny syntetycznej Hydrierwerke Pölitz AG w Policach koło Szczecina w dniu 7 października 1944 roku Latające Fortece Boeing B-17 powracały do baz w Anglii. Natomiast osłaniające je myśliwce P-51C „Mustang” z 359 Grupy Myśliwskiej miały dodatkowe zadanie: zaatakować lotnisko morskie w Dziwnowie.
Trakcie wykonywania zadania, czyli ostrzelania stojących na Zalewie Kamieńskim wodnosamolotów Arado i Heinkel oraz łodzi latających Dornier pomiędzy godziną 12.00 a 13.00 jeden z myśliwców został trafiony przez artylerię obrony lotniska. Pilot wyskoczył do morza z płonącej maszyny ok. 1 mili od brzegu. Nie wiadomo, czy Niemcy podjęli rozbitka, ale prawdopodobnie tak. Mimo starań nie udało się dotrzeć do informacji na temat losu zestrzelonego lotnika, choć nie wszystko jeszcze stracone.
Po artykule na ten temat w Głosie Szczecińskim, przyjechał do mnie Czytelnik ze Szczecina i przywiózł ze sobą medal wykonany ze srebrzysto-szarego metalu, prawdopodobnie ze stopu srebra, średnica 36 mm, a grubość 5 mm. na obwodzie wygrawerowany jest następujący napis: 986896 SGT H.B.DAVIDSON R.A.F. Oto, w jaki sposób czytelnik wszedł w posiadanie owego medalu: - 26 sierpnia 2005 roku podczas pobytu w Dziwnowie, wybrał się nad morze na wędkowanie. Z wędką wszedł na około 50 metrów w morze. Po kolejnym zarzuceniu wędki na długość około 50 metrów w morze poczuł, że coś złowił, po wyciągnięciu okazało się, że na haczyku jest medal. O tym fakcie powiadomił on ambasady: amerykańską i brytyjską, jednak żadnej odpowiedzi na listy nie otrzymałe.
- Jestem gotów w każdej chwili oddać medal w godne ręce, gdyż nie on mój, lecz należy on do rodziny odznaczonego, jeśli sam odznaczony nie żyje – powiedział znalazca.
Choć sprawa nie dotyczy prawdopodobnie pilota amerykańskiego lecz brytyjskiego to powiadomiłem poszukujących zaginionych amerykańskich pilotów panów Cory D. Damma i Johna A. Graya poprzez towarzyszącego im Szymona Serwatki i otrzymałem zapewnienie, że sprawę tą postarają się wyjaśnić.
Dodaję, że SGT Sergeant czyli sierżant, natomiast nr. jest numerem ewidencyjnym. Numer ten był jedyną, poza imieniem i nazwiskiem, informacją, jaką lotnik w niewoli mógł ujawnić Niemcom.

Marian Klasik
Kamień Pomorski
[/cyt]
j
janusz
Raz jeszcze pisze komentarz,gdyz poprzedni sie nie ukazal. Prawdopodobie groby 2 lotnikow amerykanskich znajduja sie w poblizu Dworzyska w Szczawnie Zdroju.Informacje taka posiadam od rodowitych niemcow zamieszkalych przy ul.Dabrowszczow w Walbrzychu,opowiadali oni historie grobow,ktore jeszcze w latach 60 byly widoczne.Amerykanie mieli byc tam pod lasem pojmani i rozstrzelani.
o
oloS
Panie Marianie! IPN zabronił panu pisać! złożył Pan oświadczenie? Przecierzbyli UBecy i SBecy pisac nie maja prawa!!
M
Marian Klasik
W ubiegłym roku (2008) odwiedzili mnie: Cory D. Damm z Biura Osób Zaginionych Departamentu Obrony USA oraz John A. Gray z Amerykańsko-Rosyjskiej Wspólnej Komisji d.s. Jeńców Wojennych i Zaginionych w Akcji w towarzystwie wspomnianego Szymona Serwatki. Obu panów interesował los pilota amerykańskiego samolotu P-51C „Mustang” zestrzelonego na Dziwnowem w powiecie Kamień Pomorski. Według relacji Amerykanów po kolejnym, 5 już zbombardowaniu zakładów benzyny syntetycznej Hydrierwerke Pölitz AG w Policach koło Szczecina w dniu 7 października 1944 roku Latające Fortece Boeing B-17 powracały do baz w Anglii. Natomiast osłaniające je myśliwce P-51C „Mustang” z 359 Grupy Myśliwskiej miały dodatkowe zadanie: zaatakować lotnisko morskie w Dziwnowie.
Trakcie wykonywania zadania, czyli ostrzelania stojących na Zalewie Kamieńskim wodnosamolotów Arado i Heinkel oraz łodzi latających Dornier pomiędzy godziną 12.00 a 13.00 jeden z myśliwców został trafiony przez artylerię obrony lotniska. Pilot wyskoczył do morza z płonącej maszyny ok. 1 mili od brzegu. Nie wiadomo, czy Niemcy podjęli rozbitka, ale prawdopodobnie tak. Mimo starań nie udało się dotrzeć do informacji na temat losu zestrzelonego lotnika, choć nie wszystko jeszcze stracone.
Po artykule na ten temat w Głosie Szczecińskim, przyjechał do mnie Czytelnik ze Szczecina i przywiózł ze sobą medal wykonany ze srebrzysto-szarego metalu, prawdopodobnie ze stopu srebra, średnica 36 mm, a grubość 5 mm. na obwodzie wygrawerowany jest następujący napis: 986896 SGT H.B.DAVIDSON R.A.F. Oto, w jaki sposób czytelnik wszedł w posiadanie owego medalu: - 26 sierpnia 2005 roku podczas pobytu w Dziwnowie, wybrał się nad morze na wędkowanie. Z wędką wszedł na około 50 metrów w morze. Po kolejnym zarzuceniu wędki na długość około 50 metrów w morze poczuł, że coś złowił, po wyciągnięciu okazało się, że na haczyku jest medal. O tym fakcie powiadomił on ambasady: amerykańską i brytyjską, jednak żadnej odpowiedzi na listy nie otrzymałe.
- Jestem gotów w każdej chwili oddać medal w godne ręce, gdyż nie on mój, lecz należy on do rodziny odznaczonego, jeśli sam odznaczony nie żyje – powiedział znalazca.
Choć sprawa nie dotyczy prawdopodobnie pilota amerykańskiego lecz brytyjskiego to powiadomiłem poszukujących zaginionych amerykańskich pilotów panów Cory D. Damma i Johna A. Graya poprzez towarzyszącego im Szymona Serwatki i otrzymałem zapewnienie, że sprawę tą postarają się wyjaśnić.
Dodaję, że SGT Sergeant czyli sierżant, natomiast nr. jest numerem ewidencyjnym. Numer ten był jedyną, poza imieniem i nazwiskiem, informacją, jaką lotnik w niewoli mógł ujawnić Niemcom.

Marian Klasik
Kamień Pomorski
Więcej informacji na stronie głównej PolskaTimes
Dodaj ogłoszenie