Ameryka nas rozczarowała

Piotr Kraśko
Na naszych oczach upada legenda amerykańskiej ziemi obiecanej, o której marzyły kolejne pokolenia Polaków. Dziś bardziej opłaca się praca w UE, dolar jest rekordowo słaby, a prezydent George Bush cieszy się w Polsce równie złą sławą jak na zachodzie Europy - pisze były korespondent TVP w USA

Kraj płakał. Ze szczęścia. Politycy nie mieli wątpliwości - to była "jedna z najważniejszych wizyt tysiąclecia". Kiedy o tym mówili, głos im się łamał. Ze wzruszenia. Starsze kobiety chciały chociaż dotknąć jego włosów. Młodsze rzucały się na szyję, licząc, że ktoś zdąży zrobić zdjęcie.

Ani agenci Secret Service wokół nas, ani urzędnicy Białego Domu nie mieli pojęcia, co się dzieje. Nie wiedział też on sam, chociaż po chwili zaskoczenia i niepewności poczuł się z tym doskonale. Odwlekał moment, kiedy powinien wsiąść do swojej limuzyny, a kiedy już postawił w drzwiach nogę, wyprostował się jeszcze na chwilę i posyłał pocałunki niczym Elvis Presley.

Wszystko to działo się niemal dokładnie rok temu, gdy George?owi Bushowi towarzyszyliśmy w jego podróży po Europie. Tym jedynym miejscem, gdzie mógł liczyć na takie przyjęcie, nie była Polska, co dla samego prezydenta mogło być zaskakujące. Wydarzyło się to w Tiranie. Jak zauważyli wtedy amerykańscy korespondenci - jeżeli przywódca USA chce teraz zobaczyć oczy ludzi w tłumie, które patrzą na niego z sympatią i akceptacją, pojechać musi do Albanii.

A przecież jeszcze tak niedawno właśnie Polska była miejscem, do którego prezydent USA mógł przyjechać, by poczuć się lepiej. George H.W. Bush przekonywał swego syna, że jeśli chce mieć wrażenie, że jest przywódcą, którego kochają, powinien pojechać nad Wisłę. 43. prezydent objął urząd w styczniu 2001 r., a już w czerwcu był w Warszawie. Ja sam, gdy Bush przeszedł wtedy tuż obok naszej kamery w Bibliotece Uniwersytetu Warszawskiego, patrzyłem na niego jak na prawowitego przywódcę całego wolnego świata. Wolnego w dużej mierze właśnie dzięki USA.

Ale ani nie ma już tamtej Ameryki, która z całą swoją naiwną ufnością chciała światu przewodzić, ani nie ma tego świata. Żaden inny przywódca USA nie musiał zmierzyć się z takim spadkiem zaufania, sympatii i zrozumienia dla swojego kraju. A Polska jest świetnym przykładem, by zobaczyć, jak szybko to się dokonało. Jeszcze szybciej niż upadek legendy dolara. Gdy Bush po raz pierwszy usiadł za biurkiem w Gabinecie Owalnym, dolar kosztował ponad 4 zł. Pod koniec tego tygodnia w niektórych kantorach kupowano go za mniej niż 2 złote.

Inaczej niż Europie Zachodniej, Polsce w tej sprawie nie można zarzucić hipokryzji. Gdy w czasie tamtej wizyty Busha w Europie, będąc na dziesięć dni częścią White House Press, widzieliśmy w Niemczech transparenty "Bush = morderca i zbrodniarz wojenny", całkowicie podzielałem gorycz moich współtowarzyszy podróży. Gdyby nie amerykańskie czołgi i marines, wszyscy nasi zachodni sąsiedzi (a nie tylko mieszkańcy NRD) w najlepszym wypadku nie byliby tak zamożni jak teraz, a w najgorszym oglądali z bliska sowieckich żołnierzy przez co najmniej pół wieku, a może do dzisiaj.

Niewdzięczność Francuzów boli Amerykanów tak samo. Kiedy de Gaulle poinformował Lyndona B. Johnsona, że jego kraj wycofuje się ze struktur wojskowych NATO i chce, by Waszyngton szybko zabrał swoich żołnierzy, prezydent USA zapytał, czy ma zabrać też ciała "amerykańskich chłopców" tam pochowanych, którzy zginęli, by wyzwolić Francję. Jej obywatele sami nie potrafili tego zrobić.

Przez wszystkie lata sowieckiej dominacji Polacy wierzyli, że Ameryka, gdyby tylko mogła, drzwi do wolności otworzyłaby nam natychmiast, ale to Francuzi i Niemcy z Zachodu nią się cieszyli, a nie my. I to oni też podźwignęli swoje gospodarki dzięki planowi Marshalla. Rakiety Cruise, przeciwko którym zachodnia Europa tak protestowała, broniły jej, a nie nas. Polacy, Solidarność, Jan Paweł II, Lech Wałęsa zrobili wystarczająco dużo, by mieć poczucie, że na swoją pełną niepodległość sami też zapracowali.

Gdy wracałem w tym roku do Polski, po niecałych trzech latach spędzonych za oceanem, miałem wrażenie, że przyjeżdżam z zupełnie innego kraju niż ten, do którego wyjechałem. Przynajmniej w oczach moich wszystkich znajomych. Gdy wylatywałem z Warszawy do Waszyngtonu, amerykańskie niepowodzenia w Iraku nie były jeszcze tak oczywiste, zarabianie w dolarach miało większy sens niż w złotówkach, F-16 wyglądały naprawdę pięknie, Wall Street było symbolem finansowej potęgi, a amerykańska wiza - przepustką do lepszego świata.

Teraz mam wrażenie, że większość z nas amerykańską armię uważa za nieudolną, dolara za mniej pewnego niż złoty, Nowy Jork kojarzy się nie z giełdą, a tanimi, w porównaniu z krajem, zakupami, F-16 coś się psują, a amerykańska wiza tych, którzy jej nie mają, przestała po prostu obchodzić.

"Nie chcą nam ich znieść - ich strata. My się tam pchać już nie zamierzamy". Większy sens ma wysyłanie rodzinie pieniędzy z Nowego Targu do Nowego Jorku, a nie odwrotnie. Powszechne jest przekonanie, że w sprawie Iraku Amerykanom daliśmy się po prostu nabrać. Nie było tam broni masowego rażenia, Saddam nie miał nic wspólnego z 11 września, nasze firmy nie dostały żadnych lukratywnych kontraktów, a już na pewno Waszyngton nie okazał żadnej wdzięczności za to, że wchodząc wtedy w spór ze starą Europą, stanęliśmy po jego stronie. Teraz więc trzeba twardo rozmawiać w sprawie tarczy, bo inaczej nic z tego nie będzie. A jak się nie dogadamy, to nie szkodzi, bo przecież my się z Iranem o nic nie kłócimy, więc nawet gdyby rakiety z ładunkami nuklearnymi miał, to przecież nie nas zaatakuje, tylko USA, albo jakieś amerykańskie bazy.

Dobrze by było, byśmy odróżniali jednak rozczarowanie Ameryką od rozczarowania obecną administracją. To drugie podzielają sami Amerykanie. 70 proc. z nich uważa, że sprawy w ich kraju zmierzają w złą stronę, co jak na naród największych optymistów świata jest katastrofą.

Amerykanie rzeczywiście mogli mieć wcześniej wrażenie, że Polacy uznają za zaszczyt możliwość powstania tarczy antyrakietowej w Polsce. Gdy na jednej z konferencji w Pentagonie zapytaliśmy wiceszefa Departamentu Obrony, co Polska zyska na budowie tarczy, wymienił sumę kilkudziesięciu milionów dolarów, jaką Amerykanie wydadzą w polskich firmach na budowę bazy i potem na jej codzienne zaopatrzenie. Taka suma robiła na Polakach wrażenie, gdy wstępowaliśmy do NATO, ale po tym, jak dotarły do nas miliardy Euro z UE, a będzie ich jeszcze więcej, to sumy wymieniane przez Amerykanów mieszczą się w granicach błędu statystycznego przy wydatkach Brukseli nad Wisłą. Większość amerykańskich polityków i ekspertów, z którymi rozmawialiśmy (poza takimi ludźmi jak Daniel Fried, były ambasador w Warszawie, a teraz szef działu europejskiego w Departamencie Stanu), kompletnie nie ma świadomości, jak bardzo Polskę zmieniła obecność w UE, a może przede wszystkim - jak bardzo zmieniła nasz sposób myślenia.

Waszyngton, Kongres, Biały Dom, cygara Clintona, kapelusze kowbojskie Busha - wszystko to jest wciąż sto razy bardziej efektowne niż nudna polityka unijna, ale jako osoba, która sporo czasu spędza na mazurskiej wsi, widzę też, jak moi sąsiedzi zadowoleni są z unijnych dotacji dla rolników. Ciocia UNRA paczek od dawna już nie wysyła, a wujek Barroso z przelewami spóźnia się póki co mniej niż PKP Intercity.

Amerykanie wierzą, że są mocarstwem, ale zrozumieli, że nie aż tak potężnym, jak jeszcze niedawno im się wydawało. Zdali sobie sprawę, że w pojedynkę nie zaprowadzą ładu na świecie i nie będzie to Pax Americana. Nie zmienia to jednak faktu, że USA mogą mieć w Iraku problem z wygraniem pokoju, ale wątpliwe, by miały kłopot z wygraniem jakiejkolwiek wojny. Roczny budżet Pentagonu to niemal tyle, ile na zbrojenia wydaje cała reszta świata razem wzięta. Moskwa urządziła wspaniałą paradę 9 maja, ale sprzęt, jaki na niej pokazała, dowódcy amerykańscy uznali pewnie za, jak to teraz mówi młodzież, oldschoolowy. Europa wypada niewiele lepiej. Gdy NATO zdecydowało się na użycie sił powietrznych wobec Serbii, okazało się, że ponad 90 proc. lotów muszą wykonać Amerykanie. Europa nie była w stanie samodzielnie podjąć działania na własnym kontynencie.

Ma sens dyskusja, czy Amerykanie nie za często posługują się siłą, jaką mają, ale sami powinniśmy się zastanowić, czy to na pewno dobrze, że jako siła wojskowa Europa niespecjalnie się w świecie liczy. Ameryka o wiele lepiej asymiluje imigrantów niż nasz kontynent. Przybysze w Ameryce, a już na pewno nie ich dzieci, nie podpalają samochodów w Waszyngtonie, tak jak robią to emigranci na przedmieściach Paryża.

Z zamachowców z 11 września żaden nie był obywatelem USA. Tymczasem niektórzy spośród tych, którzy zaatakowali londyńskie metro, urodziło się w Wielkiej Brytanii. Połowa światowych odkryć i wynalazków dokonuje się w USA. Amerykańskie uczelnie są najlepsze na świecie. Nawet jeśli czasem ich najlepsi wykładowcy są Europejczykami, to właśnie Stany Zjednoczone miały tyle wyobraźni i rozsądku, by ich u siebie zatrzymać i wykorzystać ich talent.

Zdaje się, że w sprawie Ameryki rzadko jesteśmy realistami. Do USA całkiem nieźle pasują dziś słowa, jakimi opisywało się zazwyczaj Rosję. Ameryka nie jest tak potężna, jak wydawało się jeszcze niedawno, ale z pewnością nie jest też tak słaba, jak czasem się teraz myśli.

Wideo

Komentarze 1

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

e
elvis

Facet, były dziennikarz TV od lat pluje na USA, Ty czerwony dziennikarzyno Ameryki nie znasz i nigdy jej nie zrozumiesz, nie z takich opresji USA wychodziły wzmocnione.

Dodaj ogłoszenie