Aleksander Wolszczan - powrót z gwiazd

Marek Oramus
Z akt SB wynika, że Wolszczan brał pieniądze, wędliny i papierosy
Z akt SB wynika, że Wolszczan brał pieniądze, wędliny i papierosy W. Barczyński/POLSKA
Trzy ostatnie dekady minionego wieku zadecydowały o karierze astronoma. Lata 90. wyniosły go na szczyty. Ujawnione teraz fakty z lat 70. mogą go zrzucić z piedestału.

Najważniejsze rzeczy w życiu Aleksandra Wolszczana, najbardziej znanego na świecie polskiego naukowca, zdarzyły się na początku trzech dekad zamykających XX wiek.

We wrześniu 1990 r. Wolszczan odkrył pierwsze planety pozasłoneczne w całym wielkim kosmosie. Wcześniej udało mu się znaleźć odpowiednią do obserwacji gwiazdę neutronową, czyli pulsar, odległą od Słońca o 1300 lat świetlnych, oraz uzyskać czas obserwacyjny na największym radioteleskopie świata, mierzącym 305 metrów średnicy obiekcie w Arecibo na Puerto Rico. Czasza radioteleskopu usytuowana jest tam w kraterze wygasłego wulkanu. Wolszczan wstawał rano, robił jedno okrążenie po obrzeżu krateru, co dawało z grubsza kilometr, po czym zagłębiał się w pracy naukowej.

Miał szczęście, gdyż z wyników obserwacji niedwuznacznie wynikało, że pulsar PSR B1257+12 obiegany jest przez planety. Z takiej odległości nie widać ich przez najmocniejszy teleskop optyczny; o ich obecności wnioskuje się z zakłóceń pulsów gwiazdy neutronowej. Obracając się kilkaset razy na sekundę, emituje ona snopy promieniowania, które "oświetlają" planety przechodzące między gwiazdą a obserwatorem na Ziemi. Rejestrując owe pulsy, analizując przez dłuższy okres ich zakłócenia, Wolszczan dopasował model wyjaśniający takie, a nie inne wyniki obserwacji. Krótko mówiąc, pierwsze planety, krążące w odległym układzie planetarnym, stały się faktem.
Przedstawieniu odkrycia na zjeździe Amerykańskiego Towarzystwa Astronomicznego w Atlancie w styczniu 1992 r. towarzyszyły spore emocje. Przed Wolszczanem miał występować jego konkurent Andrew Lyne, który także zapowiadał analogiczne odkrycie. Niestety, zabrał głos jedynie po to, by oznajmić, że jego zespół popełnił błąd i że planet nie ma. Gdy na mównicy zjawił się polski astronom, wszyscy czekali w napięciu, co powie.

Powiedział, że planety są, i to od razu aż trzy, nazwane kolejno A, B i C. Od tego wystąpienia i od publikacji w "Nature" zaczęła się światowa sława Polaka, którego zaczęto nawet porównywać z Kopernikiem. Odkrycie planet wokół pulsara próbowano zdezawuować, twierdząc, że to nie planety, tylko kawały supernowej rozerwanej wybuchem, że dane obserwacyjne są nieścisłe itp. Wolszczan na wszelki wypadek powtórzył obserwacje i oświadczył kategorycznie: planety były i są.

W 1982 r. polski astronom po kilku pobytach na Zachodzie postanowił przeprowadzić się na stałe do USA. W Polsce właśnie wprowadzono stan wojenny i jak było z wyjazdami za granicę, wiadomo. Wolszczan miał jednak właśnie kolejne zaproszenie do Instytutu Maksa Plancka w Bonn, gdzie zatrzymał się przez pierwszy rok. W kraju szans na poważne uprawianie swej dyscypliny - radioastronomii - nie widział żadnych. Polska nie dysponowała wtedy dostatecznie wielkim radioteleskopem umożliwiającym nasłuch nieba z odpowiednią precyzją.

Radioastronomowie polscy jeździli więc za granicę, przeważnie do Bonn w RFN, gdzie obiekt o średnicy 100 m pozwalał na realizowanie ambitnych projektów badawczych. Było to tym łatwiejsze, że zawiadywał nim prof. Richard Wielebinski, naukowiec o polskich korzeniach, który cenił przygotowanie merytoryczne naszych radioastronomów.

W Stanach Wolszczan najpierw związał się z uniwersytetem Cornell, potem z Princeton, a w końcu został profesorem astronomii i astrofizyki na uniwersytecie stanowym Pensylwanii. To właśnie dzięki kontaktom z Cornell, w którego gestii pozostaje wielki radioteleskop w Arecibo, Wolszczan uzyskał możliwość realizowania swego projektu badawczego na tym instrumencie.

Natomiast dekadę wcześniej, w 1973 r., Wolszczan dopiero szykował się do pierwszego wyjazdu na roczne stypendium w Instytucie Radioastronomii Maksa Plancka w Bonn. Będąc asystentem w Zakładzie Radioastronomii Instytutu Astronomii Uniwersytetu Mikołaja Kopernika w Toruniu, został zwerbowany przez SB jako TW Lange. Akta tej współpracy, dostępne w bydgoskim oddziale IPN, zachowały się w całości i liczą kilkaset stron.

Zawierają odręczne raporty "Langego", pokwitowania wypłaconych pieniędzy i prezentów. "Lange" odebrał trzykrotnie po 1000 zł, a raz, przy okazji urodzin córki, aż 3000 zł. Na prezenty składały się: szynka konserwowa (225 zł), koniak (200 zł), kawa, pierniki w czekoladzie, papierosy carmeny, kamionkowy wazon na kwiaty.

Donosy, które pisał, dotyczyły pobytów za granicą, ale także kolegów z pracy, rodziny; objęły także prof. Wielebinskiego, na którego zaproszenie Wolszczan wyjeżdżał do Bonn. W sumie w ciągu prawie dziesięciu lat doszło do 48 spotkań "Langego" z oficerami prowadzącymi SB. "Nie było żadnego szantażu czy gróźb. (…) Typowa dwuwarstwowość życia w tamtych czasach: podpisywało się jedno, a robiło drugie", skwitował profesor, gdy prawda o jego współpracy z SB ujrzała światło dzienne.

Jedno Wolszczanowi trzeba zapisać na plus: że wobec bezspornych dowodów nie zaprzeczał, nie nabrał wody w usta, tylko zjawił się w kraju i próbował stawić czoło zarzutom. Ale styl tej obrony wypadł fatalnie. Trudno wszak poważnie traktować zapewnienia, że pieniądze i prezenty odbierał, bo taką ma "niekonfrontacyjną" filozofię, i że potem szedł z nimi na most nad Wisłą, skąd zrzucał je w odmęty królowej polskich rzek.

Jak na wytrenowanego w posługiwaniu się umysłem naukowca jest to wytłumaczenie tak mało inteligentne, że może nawet prawdziwe. Ale prawdopodobieństwo, że tak właśnie było, wydaje się znikome.

Odkrywca pierwszych planet poza Słońcem twierdzi także, że swoimi donosami nikomu nie zrobił krzywdy. Tego nigdy nie wiadomo; identycznie tłumaczy się zresztą gros tajnych współpracowników SB. Możliwe, że raporty "Langego" nie zawierają rewelacji - mimo to oficerowie pisali o nim: "zdyscyplinowany, sumienny, udziela cennych informacji", "źródło perspektywiczne, cenne do wykorzystania w przyszłości". Trzeba pamiętać, że Sowieci naciskali na SB, by mieć jak najwięcej agentów w środowisku nauk ścisłych.

Niepozorni asystenci będą awansować i z czasem znajdą się w miejscach trudnych do spenetrowania albo wręcz niedostępnych dla agentów radzieckich. Możliwe więc, że wartość "Langego", nikła w toku bieżących kontaktów, była dla SB bardzo wysoka w sensie potencjalnym. Jeśli tak, SB miało nosa, jego oficerom należałoby pogratulować wyboru i przenikliwości - "Lange" istotnie zaszedł daleko.

Co by się zmieniło, gdyby Wolszczan nie poszedł spolegliwie na współpracę, tylko obcesowo odmówił? Z pewnością jego wyjazd do Bonn zostałby zablokowany, a bez tego wyjazdu, który dał początek całej ich serii, bez nawiązanych przy tym kontaktów nie doszłoby prawdopodobnie do słynnego odkrycia. Dumny i nieposzlakowany na honorze Wolszczan siedziałby w kraju, mając do dyspozycji 15-metrowe krajowe instrumenty, a pierwszy układ planetarny poza Słońcem odkryłby kto inny. I wcale nie musiałby to być układ planet A, B i C obiegających pulsara PSR B1257+12.

Czy Nobel za to odkrycie, o którym w kontekście Wolszczana mówi się od jakiegoś czasu, stanął pod znakiem zapytania? Zdania są podzielone. Jedni twierdzą, że Nobel dla Wolszczana przepadł definitywnie, inni - że fakt ujawnienia jego współpracy z SB nie ma znaczenia, gdyż laur ten przypada za rangę osiągnięcia naukowego, ta zaś jest niepodważalna.

W ubiegłym roku Nobla otrzymali właśnie astrofizycy, m.in. za odkrycie niejednorodności promieniowania reliktowego, z którego w toku ewolucji wszechświata powstały gwiazdy i galaktyki. Nagrody Nobla za osiągnięcia astrofizyczne przyznaje się z fizyki i pewnie na następną trzeba będzie poczekać kilka lat, ale trudno się oprzeć wrażeniu, że po gwiazdach i galaktykach kolej na planety.

Przygnębiający przypadek profesora Wolszczana, porównywalny bodaj z przypadkiem arcybiskupa Wielgusa, wywołał konsternację i zdumienie. W sytuacji tak rozpaczliwego zapotrzebowania na idoli, na nieskazitelne autorytety, jakie istnieje w Polsce, utraciliśmy kolejne bożyszcze. "Wielki astronom - pospolity donosiciel" to tylko jedna z mrowia opinii, które pojawiły się na ten temat.

Wybitni uczeni nie zawsze wykazują się krystaliczną moralnością - przykładem Heisenberg czy Kurczatow, pracujący dla bezwzględnie zbrodniczych systemów totalitarnych. W dzisiejszych czasach naukowcy z branż ścisłych coraz częściej przywodzą na myśl rozwiązywaczy łamigłówek - co z tego, że na niesłychanie wysokim poziomie. Do tego żadne wysokie walory moralne nie są potrzebne, a jedynie kompetencje matematyczne, obserwacyjne i eksperymentatorskie.

Ale chciałoby się, aby ktoś, kto osiągnął wyżyny w jednej dziedzinie, taki sam poziom reprezentował i w innych. Profesor Wolszczan, naukowiec o niewątpliwie szerokich horyzontach, subtelny znawca twórczości Lema, wielbiciel malarstwa Wojtka Siudmaka, wydawał się właśnie kimś takim.
Niestety, spotkał nas zawód. Twierdzę, że dla Polaków był to większy szok niż dla samego zainteresowanego, który miał przynajmniej ostatnie ćwierć wieku na przemyślenie, co zrobił i czy mu się to opłaciło.

Wideo

Komentarze 8

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

S
S.G.
Jesteście wszyscy wspaniali ale trzeba żyć w tych czasach a później oceniać innych żeby osądzić samego siebie podobnie jak w powieści L. Kruczkowskiego- Niemcy . Dla mnie Wolszczan jest wspaniałym Ferdynandem i chwała mu za to.Kiedyś pewien profesor powiedział że każdy patriota to IDIOTA
S
S.G.
Jesteście wszyscy wspaniali ale trzeba żyć w tych czasach a później oceniać innych żeby osądzić samego siebie podobnie jak w powieści L. Kruczkowskiego- Niemcy . Dla mnie Wolszczan jest wspaniałym Ferdynandem i chwała mu za to.
S
S.G.
Jesteście wszyscy wspaniali ale trzeba żyć w tych czasach a później oceniać innych żeby osądzić samego siebie podobnie jak w powieści L. Kruczkowskiego- Niemcy
x
x
W Polsce byłby do wyłącznej dyspozycji jakiegoś kołka,
z tytułem prof przed nazwiskiem, który
każdego obcego traktowałby jako intruza bo a nóż mu odkryje
pulsara na `jego' teleskopie...

To jest różnica między PL a USA....
A reszta to szum medialny
o
olex
Wybitni uczeni nie zawsze wykazują się krystaliczną moralnością - przykładem Heisenberg czy Kurczatow, pracujący dla bezwzględnie zbrodniczych systemów totalitarnych. W dzisiejszych czasach naukowcy z branż ścisłych coraz częściej przywodzą na myśl rozwiązywaczy łamigłówek - co z tego, że na niesłychanie wysokim poziomie. Do tego żadne wysokie walory moralne nie są potrzebne, a jedynie kompetencje matematyczne, obserwacyjne i eksperymentatorskie.

Nie mogę słuchać spokojnie, że odkrycie planet wokół pulsara było implikacją współpracy z SB. Skąd wiadomo, że wyjazd Wolszczana nie byłby możliwy bez podpisania lojalki ?!!! Przecież właśnie w jego donosach można wyczytać, że praktycznie wszyscy naukowcy z ówczesnego Instytutu Astronomii wyjeżdzali na stypendia do Anglii, USA, jeździli na sympozja. Polecam artykuł w niezalezni.pl. Gorliwość, z jaką opisywał w tych donosach wszystkich znajomych (np. z Instytutu Fizyki) jest przerażająca.
P
Philo-zof
Robienie z Wolszczana "autorytetu moralnego" jest niedorzeczne. Autorytet epistemiczny (tu: naukowy) ma się tak do autorytetu moralnego jak krzesło do krzesła elektrycznego. To dwa różne pojęcia odnoszące się do dwóch różnych przejawów ludzkiej aktywności. Ale "mędrcy" wciąż mieszają te dwa pojęcia i robią ludziom wodę z mózgu. A lamenty nad rzekomym poniżaniem autorytetów to kolejna odsłona tej pseudobajeczki. Miał Wolszczan czas na rachunek sumienia, nie zrobił nic, bo publiczne przyznanie się do własnej przeszłości było wstydliwe, a teraz nawet przepraszam nie potrafi powiedzieć... Żenada a nie autorytet.
1kasza
Przed wojną pułkownik Wieniawa mówił " Jak szewc w Białymstoku się dowie, że kanonik w Poznaniu został prałatem, to kładzie się na tydzień chory do łóżka". Klasyczny objaw !
a
ads
Zamiast powtarzać oklepane hasla o genialnosci naszego TW, lepiej poszperac i sprawdzic jaki jest jego faktyczny dorobek naukowy. Wystarczy zajrzec do baz danych SCI czy lepiej, bo darmowej, ADS. Media przescigaja sie w ocenie wlasnej pozycji podajac cytowania swych publikacji, wiec dziennikarze chyba wiedza o co chodzi. W nauce tez jest to glowny sposob oceny dorobku.

Pomoge. Niedawno zmarly astrofizyk - Bohdan Paczynski - ekstraklasa swiatowa - ma cytowan blisko 16 tys., TW - 2.5 tys. Inne wskazniki sa podobne.

TW to przecietnej klasy naukowiec, o dorobku naukowym odwrotnie proporcjonalnym do medialnego w RP. A o postawie moralnej lepiej zamilczec.
Dodaj ogłoszenie