"Albo Tusk zacznie reformować, albo PO musi znaleźć nowego lidera"

Agaton Koziński
Prof. Stanisław Gomułka
Prof. Stanisław Gomułka Wojciech Gadomski/Polskapresse
Nie jestem przekonany, czy premier Tusk jest w stanie podjąć się wyzwań, które są potrzebne. Albo Tusk sam się zmieni, albo Platforma Obywatelska powinna myśleć o zmianie lidera - mówi prof. Stanisław Gomułka, główny ekonomista Business Centre Club, w rozmowie z Agatonem Kozińskim.

Minister Rostowski założył, że w 2013 r. wzrost gospodarczy w Polsce wyniesie 2,2 proc. To realne?
To będzie trudne. Spodziewam się, że w przyszłym roku PKB będzie się poruszać w przedziale między -1 proc. a +2 proc.

Czyli na 2,2 proc. nie ma szans?
To jest możliwe tylko przy szczęśliwym zbiegu okoliczności, ale na 90 proc. nie uda się przekroczyć 2 proc. wzrostu. Choć też nie widzę nic złego w tym, że w ustawie budżetowej założono trochę za wysoki wzrost PKB. Gdy sytuacja gospodarcza jest bardzo niepewna, rząd przy swoich założeniach powinien być raczej optymistyczny - w ten sposób dodaje optymizmu gospodarstwom domowym i przedsiębiorstwom. Co z kolei zwiększa szansę lepszego wyniku w skali całej gospodarki. Choć na pewno wzrost na poziomie 2,2 proc. PKB jest bardziej realistyczny niż pierwotne założenie na poziomie 2,9 proc. Nie wykluczam zresztą, że Ministerstwo Finansów do końca tego roku jeszcze raz obniży prognozy na 2013 r. Wszystko zależeć będzie od tego, jak będzie wyglądać sytuacja gospodarcza w Europie jesienią.

Zaznacza Pan, że Jacek Rostowski przedstawił optymistyczną propozycję budżetu. Tyle że minister za każdym razem, prezentując ustawę budżetową na poprzednie lata, podkreślał, że zawarte w niej założenia są bardzo ostrożne, konserwatywne. W tym roku już tego nie powiedział. Skąd ta zmiana?
Nie przywiązuję specjalnie dużej wagi do słów, które wypowiada polityk - nawet jeśli to jest minister finansów. On zawsze będzie mówił, że jest konserwatystą, a nie że jest nierealistyczny w założeniach. Nawet wtedy, kiedy de facto jest optymistą. Poza tym musimy pamiętać, że podczas pierwszych kilku lat rządów Tuska mieliśmy sytuację zupełnie inną, niż mamy teraz. W 2008 r. mieliśmy stosunkowo niski dług publiczny i niski deficyt budżetowy. Gdy wybuchł kryzys w Europie Zachodniej, rząd zdecydował się na duży wzrost deficytu budżetowego - aż do 7,9 proc. Ten wzrost był większy, niż początkowo zakładał rząd Tuska. Sięgnął aż poziomu 100 mld zł w skali całego sektora finansów publicznych. Dziś sytuacja ta wygląda inaczej, kryzys wymusił odwrót od polityki ogromnej ekspansji fiskalnej. Rok temu deficyt udało się obniżyć do 5,1 proc., w tym będzie ok. 3,5 proc. Jednocześnie sytuacja zmusza Rostowskiego do przyjmowania mniej realistycznych założeń, jeżeli chodzi o wzrost gospodarczy i dochody. Tym bardziej że Bruksela zmusza nas, byśmy ograniczali deficyt budżetowy, mimo że wpadliśmy w spowolnienie wzrostu gospodarczego.

Premier w ubiegłorocznym exposé zapowiedział zejście z deficytem budżetowym do 1 proc. w 2015 r. Czy taki krok jest zasadny?
Ten cel został sformułowany rok temu. W "Programie konwergencji" rząd dokładnie opisał, jak chce to osiągnąć - przede wszystkim przez zmniejszenie o połowę wydatków inwestycyjnych latach 2013-2015. Tyle że to się wiąże z poważnymi konsekwencjami dla wzrostu gospodarczego, dla aktywności gospodarczej. Jest to cięcie w obszarze, który jest politycznie mało wrażliwy, ale położy się cieniem na potencjale gospodarczym w najbliższych latach. Drugą metodą obniżania poziomu deficytu jest przejęcie dużej części transferów do OFE. Co prawda tworzy to dług publiczny, ale w ZUS, a jego nie wlicza się do deficytu budżetowego. Mamy zatem do czynienia z zabiegiem statystycznym, wręcz z manipulacją statystyczną. Kombinacja cięć inwestycyjnych plus zabieg statystyczny pozwolą zmniejszyć deficyt z blisko 8 do 3 proc. PKB.

Akcentuje Pan, że rząd w najbliższych latach będzie zmniejszał deficyt budżetowy m.in. poprzez obniżanie wydatków na inwestycje. Pytanie, czy Polska, biorąc pod uwagę nasze zacofanie w wielu dziedzinach życia, może sobie pozwolić na obniżenie poziomu inwestycji.
Takie cięcia inwestycji mają negatywny skutek i w krótkim, i w długim czasie. Na krótką metę takie działania zmniejszają popyt krajowy, a przez to wpływają na obniżenie poziomu wzrostu gospodarczego. Na pewno nie jest to działania prowzrostowe. Na dłuższą metę jest to jeszcze bardziej szkodliwe. W kraju mamy problem z infrastrukturą, widać to chociażby po fatalnym stanie kolei czy sieci energetycznych. Zadaniem numer jeden dla rządu będzie znalezienie środków na absorbowanie subwencji unijnych. Ale to tylko plan minimum. Oprócz tego trzeba jeszcze nadrabiać zaległości infrastrukturalne. Dlatego wydaje mi się, że rząd, szukając oszczędności, powinien oszczędzać programy inwestycyjne.

Jak to osiągnąć?
W obecnej sytuacji, gdy mamy niskie tempo wzrostu, w granicach 1-2 proc., nie musimy mocno zabiegać o obniżenie deficytu budżetowego. Rząd będzie zadowolony, jeśli uda się go utrzymać poniżej 3-3,5 proc. w 2013 r. Jeśli to się uda, Unia zdejmie z Polski procedurę nadmiernego deficytu. Spodziewam się, że to zadowoli ministra Rostowskiego i nie będzie on nadmiernie restrykcyjny. Akurat ten rząd wcześniej wykazywał się nadmierną elastycznością, zbytnio powiększając deficyt, także nie sądzę, żeby teraz chciał go redukować z nadmiernym entuzjazmem. Nawet jeśli teraz postawi przed sobą odważne cele, to w trakcie ich realizacji będzie je zmieniał i trzymał się poziomu 3 proc. Natomiast mocniej powinien go redukować wtedy, gdy będziemy mieli większy wzrost gospodarczy niż teraz.

Rząd w 2009 r. przyjął raport "Polska 2030". Napisano w nim, że sytuacja, w której kraj notuje wzrost gospodarczy niższy niż 4 proc., to dryf rozwojowy. Niemal w tym samym czasie prof. Krzysztof Rybiński postawił tezę, że obecne dziesięciolecie będzie polską złotą dekadą - mamy bowiem w niej niepowtarzalną szansę na szybki rozwój. Tymczasem od dwóch lat tkwimy w dryfie rozwojowym, prognozy rządowe mówią, że najbliższe lata będą podobne. Czy już zmarnowaliśmy szansę na tę złotą dekadę? I czy należy winić za to rząd, czy też nie miał on wpływu na rozwój sytuacji w gospodarce światowej?
Rząd nie miał większych możliwości utrzymania rozwoju gospodarczego na poziomie średnio 4 proc. rocznie. Tylko w 2010 r. udało się osiągnąć 4,3 proc. wzrostu PKB. Potem zaczęło się spowolnienie gospodarcze, a w strefie euro wręcz recesja. I nie należy się spodziewać szybkiego powrotu do wysokiego tempa rozwoju. Dopiero jak zakończy się kryzys w strefie euro, Polska może odzyskać tempo wzrostu powyżej 4 proc. PKB. Wtedy należy pilnować, by wypracować nadwyżkę budżetową, a być może nawet pomyśleć o wejściu do unii walutowej.

Nie ma możliwości pobudzenia wzrostu gospodarczego wcześniej, zanim kryzys w strefie euro się skończy?
Nie widzę takiej możliwości. Szansę na wysoki wzrost gospodarczy będziemy mieli natomiast w latach 2015-2020. To właśnie wtedy mogą się ziścić te założenia, o których mówił prof. Rybiński, stawiając tezę o złotej dekadzie. Ale teraz musimy się dobrze przygotować do chwili, gdy kryzys się skończy - by móc jak najlepiej wykorzystać możliwości, które się wtedy pojawią.

Jakie kroki należy podjąć?
Na przykład uelastycznić budżet. Teraz dominują w nim wydatki sztywne, stanowią one trzy czwarte wydatków budżetowych. Potrzebne są zmiany ustawowe wprowadzające większą elastyczność w tych wydatkach. Na przykład można zreformować system płacenia za leczenie, likwidując NFZ i wprowadzając współpłacenie przez pacjentów za usługi medyczne. Sporo do zrobienia jest w systemie transferów socjalnych, który teraz jest poważnym obciążeniem dla budżetu. Zamiast wydawać krocie na emerytury, należy szukać sposobu przekonania osób przechodzących na emeryturę do dłuższej pracy. Jest też problem rent. Nowe są przyznawane według zaostrzonych kryteriów, ale jest cała rzesza osób, które otrzymały je na starych zasadach. Tę listę należałoby zrewidować. Przykłady możliwych działań można mnożyć. Rząd nic nie robi, by zmniejszyć różnego rodzaju biurokratyczne bariery, które blokują przedsiębiorczość, cały czas nie kończy procesu prywatyzacji. W tych dziedzinach potrzebne są mocne działania liberalizujące - i powinny one być wykonane właśnie teraz, gdy trwa kryzys. W ten sposób rząd przygotowałby kraj do okresu, gdy pojawi się szansa szybkiego wzrostu gospodarczego od 2015 r.

Wcześniej zaznaczył Pan, że ta sytuacja będzie możliwa, jeśli z kryzysu wyjdzie strefa euro. Są na to szanse? Czy plan Mario Draghiego zakładający nieograniczony skup obligacji krajów w kłopotach przyniesie oczekiwany skutek?
Widać sygnały, że w ciągu dwóch, trzech lat strefa euro się uporządkuje - choć niewykluczone, że w tym czasie zostanie z niej usunięta Grecja. Choć też nie należy się spodziewać, że sytuację uzdrowi Europejski Bank Centralny. Rolą EBC nie jest naprawianie finansów publicznych krajów w kłopotach. On może co najwyżej próbować gasić pożar, jeśli widzi, że sytuacja wymyka się spod kontroli - choćby po to, żeby nie doszło do nadmiernego wzrostu kosztów obsługi długów. Dlatego należy pozwolić EBC na skup obligacji państw z problemami - choć powinno do tego dojść na zasadzie wyjątku, nie należy z tego czynić reguły. Jednocześnie trzeba utrzymać silną presję na kraje w kłopotach po to, by kontynuowały reformy i zmniejszały deficyt budżetowy. Dlatego też interwencja EBC nie powinna być na dużą skalę. Trzeba wypracować też mechanizmy dyscyplinowania poszczególnych państw po to, by nie łamały w przyszłości reguł obowiązujących wszystkich. Choć dyscypliny powinien pilnować Europejski Trybunał Sprawiedliwości.

Na jakiej podstawie spodziewa się Pan ożywienia gospodarczego w Unii od 2015 r.?
Mamy nowe rządy w wielu krajach i one zabrały się do naprawy finansów publicznych. Na razie ten proces naprawy, polegający na cięciach, zaowocował recesją. Ale za kilka lat przyniesie korzyści, na przykład poprawi konkurencyjność, bowiem teraz maleją koszty pracy w wielu krajach. Spodziewam się, że w ciągu dwóch, trzech lat przyniesie to efekt.

Wierzy Pan w Unię Europejską. A czy podobnie wierzy Pan w polski rząd? Jest on w stanie odpowiednio przygotować kraj na ten kluczowy rok 2015, gdy wróci hossa gospodarcza?
Jedno i drugie jest niepewne, ale mimo wszystko bardziej się obawiam o Polskę niż o Europę. Rząd Donalda Tuska przez ostatnie pięć lat był za mało zorientowany na myślenie o przyszłości. Doktryna premiera polegająca na myśleniu o sytuacji "tu i teraz", koncentrowaniu się tylko na minimalizowaniu kosztów jest strategią polegającą bardziej na administrowaniu Polską, a nie na rządzeniu nią.

Czy takie myślenie zmarnuje szansę na złotą polską dekadę?
Potrzebne jest nowe podejście, a być może nowy lider. Nie jestem przekonany, czy premier Tusk jest w stanie podjąć się wyzwań, które są potrzebne. Albo Tusk sam się zmieni, albo Platforma Obywatelska powinna myśleć o zmianie lidera. Bo mimo wszystko tylko ta partia wydaje się nadawać do rządzenia w najbliższych latach. Dowiodły tego choćby ostatnie propozycje gospodarcze PiS, które przedstawił Jarosław Kaczyński. One są zwyczajnie nierealne.

Wideo

Komentarze 7

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

t
tylko PIS
To nie są gruszki na wierzbie ale wspaniałe owoce wspólnej pracy Najwyższego Ścisłego Kierownictwa i Szerokiego Aktywu Terenowego przy poparciu Mas Członkowskich PIS pod Patronatem Pana Prezesa.. Owoce wspaniałe, pełne Witamin dla Kraju, soczyste, smaczne , rumiane, połyskujące czerwienią w słoneczku porannej Jutrzenki Wolności, która nastanie jak PIS obejmie władzę.
p
polo
Stawiam na Goldman Sachs, spekulacje walutowe i przejęcie obligacji po maksymalnie zaniżonym kursie.
Od dawna wiadomo, że Goldman Sachs opłaca wielu swoich europejskich polityków.
Na przykład, szef Europejskiego Banku Centralnego Mario Draghi, nowy premier Włoch Mario Monti, a współpracował nowy premier Grecji Lucas Papademos.

Wierny zausznik Tuska i PO Kazimierz Marcinkiewicz po zakończeniu "kariery politycznej" pracował dla Goldman Sachs . Na przełomie 2008 i 2009 okazało się, że Goldman Sachs uczestniczył w ataku spekulacyjnym na złotówkę (Marcinkiewicz zaprzeczał, aby jego praca była związana z tym działaniami banku).

Działalność Rostowskiego, człowieka znikąd, bez PESEL i dorobku naukowego, budzi moje najgorsze obawy.
Niektórzy osobnicy dla pieniędzy, kariery, profitów potrafią zabić, a co dopiero
odstawić do rzeźni Goldman Sachs kilka milionów baranów.
e
emeryt29
@Sylwester, Władysław i tp: to typowe pis-matoły, którzy nie widza, że propozycje PIS to zupełnie nierealne mrzonki ekonomistów z pod znaku PRL i ZSRR.
SYLWESTER
O czym ten tow.Gomułka plecie (?). Człowieku ! Polska leży zbankrutowana a Naród w nędzy i... głodzie ! . A ty psubracie jeszcze o reformach ? . Jak można "nieboszczyka" uzdrawiać ? .
A
Administrator
To jest wątek dotyczący artykułu "Albo Tusk zacznie reformować, albo PO musi znaleźć nowego lidera"
s
szalony
nic nie robi,sprzedaje wszystko co jest w domu,zapożycza się gdzie się da,a wszystkim obciążam współmieszkańców.
W
Władysław
Skąd wziąć na to wszystko pieniądze?
Odpowiedź jest jedna i powinna być uwzględniona w propozycjach PiS-u. Mianowicie należy odsunąć od koryta przestępców, których obecny reżim namnożył do niespotykanego poziomu. Pokazały to afery: hazardowa, Amber Gold i cała masa pomniejszych regionalnych na poziomie województw, powiatów i gmin. Urzędy przepełnione są osobami a la Beata Sawicka. To należy ukrócić, a pieniędzy będzie tyle, że wystarczy na podwyżki pensji dla całej sfery budżetowej, uzdrowienia służby zdrowia, kolejnictwo, autostrady etc.
p
piotr
Oby wiecej takich ...
Dodaj ogłoszenie