Alain Delon na emeryturze wyprzedaje zegarki

Grzegorz Ignatowski
Wszystkie francuskie tygodniki w ostatnim czasie poświęciły wiele miejsca Jeanowi Dujardinowi. Powód jest całkowicie zrozumiały - otrzymał on przecież w tym roku Oscara za pierwszoplanową rolę męską w filmie "Artysta". W "L'Express" możemy jednak znaleźć ciekawą wzmiankę o innym aktorze, który wprawdzie nie otrzymał nigdy Oscara, ale jest powszechnie znany z filmów gangsterskich, chociażby z "Klanu Sycylijczyków".

Zapyta ktoś słusznie, a co znów się stało, że o 77-letnim Alainie Delonie wspomina popularny tygodnik? Znajdą się być może i tacy, którzy z przekąsem dodadzą, że nie jest on już aktorem francuskim, skoro w 1997 r. oficjalnie zakończył karierę, a dwa lata później otrzymał obywatelstwo szwajcarskie. Delon zawsze będzie przyciągał uwagę mediów. Wspomniany "L'Express" zauważa, że aktor postanowił wystawić na sprzedaż swoje luksusowe zegarki. Musiał je zbierać namiętnie - na paryskiej aukcji 5 kwietnia pojawi się aż sto modeli, które Delon kolekcjonował od pięćdziesięciu lat. Interesujące, zbiór obejmuje zegarki takich znanych i wspaniałych marek jak szwajcarski Rolex, Audemars Piguet, Breitling oraz francuski Cartier. Wypada zapytać o powody, które skłoniły najsławniejszego w latach 60. i 70. francuskiego aktora do podjęcia takiej decyzji. Najpierw odnotujmy, że nie jest to pierwsza wyprzedaż, na którą się zdecydował. Wcześniej wystawił na aukcji kolekcję współczesnych obrazów. W przypadku zegarków Delon wyjaśnił, że wyprzedaje swoje kolekcje, ponieważ woli uregulować to teraz, gdyż nienawidzi pośmiertnych wyprzedaży. Nie wnikamy w szczegóły. Prawdopodobnie dużym powodzeniem będzie się cieszył specjalny model Royal Oak Audemars Piguet. Tylko miłośnicy aktora wiedzą, że nosił go w filmach "Jak bumerang" (1976) oraz "Słowo gliny" (1985). Z ciekawości popatrzyłem w internecie na rynkowe ceny ostatniego z wymienionych modeli - przekraczały nawet dziewięćdziesiąt tysięcy złotych!

Zajrzyjmy do innego tygodnika. "Le Nouvel Observateur" wspomina o dwóch wydarzeniach z przeszłości. Pierwsze z nich, niezmiernie ważne dla współczesnej Francji, to 50. rocznica zakończenia wojny algierskiej. Przypomnijmy, że w jej wyniku Algieria uzyskała w 1952 r. niepodległość. Pozostajemy jednak na płaszczyźnie kultury i wraz z tygodnikiem zatrzymujemy się przy zupełnie innej rocznicy. Trzydzieści lat temu, w 1982 r., ukazała się we Francji, a dwa lata wcześniej we Włoszech, pod zagadkowym tytułem książka Umberto Eco "Imię róży". Tygodnik z tej okazji przeprowadził wywiad z jej autorem. Czy Włoch przypadkiem nie ma także swojej prywatnej rocznicy? Tak, ma, ponieważ urodził się 5 stycznia 1932 r.

"Le Nouvel Observateur" przypomina, że Eco - palący fajkę błyskotliwy profesor, pogrążony przede wszystkim w średniowiecznych pismach badacz - opublikował "Imię róży" we Włoszech w 1980 r. Książka, zagadkowa historia morderstwa w średniowiecznym klasztorze, mimo że to niejedyny i nie najważniejszy jej wątek, szybko stała się bestsellerem. Niemała w tym zasługa adaptacji filmowej, dzięki której pozycja dotarła do milionów czytelników, przełożona została na prawie pięćdziesiąt języków. Nie będziemy opowiadać jej historii. Na pewno ją znamy, albo z samej książki opublikowanej w Polsce w 1988 r., albo z filmu, którego reżyserem jest Jean Jacques Annaud. Na marginesie dodajmy, że reżyserował on również popularny film "Walka o ogień".

Zerknijmy w końcu do wspomnianego wywiadu. Tygodnik pyta Eco, dlaczego w najnowszym francuskim wydaniu dokonano pewnych korekt. Posłuchajmy, co ma do powiedzenia na ten temat nasz profesor filozofii, wykładowca logiki. Wyjaśnia, że niewielkie zmiany to rzecz zupełnie zrozumiała. Autor, który czyta ponownie dzieło napisane wiele lat wcześniej, odczuwa potrzebę dokonania w nim kilku korekt. Eco dodaje, że w trakcie tłumaczenia sygnalizowano pewne błędy, które korygował z wydania na wydanie. Ci wszyscy, którzy zajmują się przekładami, na pewno to dobrze rozumieją. W rzeczywistości książka ciągle ewoluowała. Pojawia się interesujące pytanie: czy zmiany są na tyle poważne, aby na nowo czytać "Imię róży"? Dobrą odpowiedź znajdujemy w wywiadzie. Autor powiada: "Nie kupujcie jej! Nie ma w niej nic naprawdę nowego". Kolejne pytanie postawione przez tygodnik poirytowało sławnego Włocha: czy sukces książki jeszcze go zaskakuje? Skąd więc pewne uniesienie? Po prostu, ludzie na całym świecie mówią o "Imieniu róży", a nie o innych jego powieściach. Eco zauważa, że ilekroć publikuje nową książkę, szybko rośnie sprzedaż najsławniejszej - "Imienia róży".

W wywiadzie dla "Le Nouvel Observateur" znajdujemy kilka innych pytań. Co na temat pesymizmu ma do powiedzenia Umberto Eco? Podkreśla, że sam nie jest pesymistą. Nie martwi się o siebie, człowieka, który przekroczył już osiemdziesiątkę, lecz o swoje dzieci. Zauważa, że wiele publikacji zapowiada nam straszną przyszłość. Informacje o nadchodzącej katastrofie nie są czymś nowym. Są obecne w całej historii. Pisarz powiada, że znalazł tekst z XII lub XIII w. opisujący koniec świata podobny do tsunami i katastrof klimatycznych, które są dzisiaj nam znane. Zaskakujące są końcowe zdania: "Zapowiedź końca świata jest zajęciem, które pozwala intelektualistom zarobić trochę pieniędzy". Nie wiem, czy tak jest. Dzięki pisarzowi utwierdziłem się w przekonaniu, że nie ma co się nimi za bardzo przejmować. Warto więc było sięgnąć po ten interesujący wywiad.

Grzegorz Ignatowski

Wideo

Komentarze

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Dodaj ogłoszenie