Akta bezpieki to nie fikcja, ale trzeba je czytać ostrożnie

Roman Graczyk, publicysta
Powinniśmy toczyć spór nie o to, czy Wałęsa uwikłał się we współpracę z SB, ale w jakim stopniu, bo agent agentowi nierówny

Spór o domniemaną agenturalną przeszłość Lecha Wałęsy, w związku z nieopublikowaną jeszcze książką Sławomira Cenckiewicza i Piotra Gontarczyka, razi podejściem nazbyt uproszczonym. Redukuje się możliwe odpowiedzi na pytanie o przeszłość Wałęsy do wyboru zero-jedynkowego: albo Wałęsa był tajnym współpracownikiem SB, i wtedy jego mit legnie w gruzach, albo też tajnym współpracownikiem nie był, i w takim wypadku wszystko pozostaje po staremu.

W rzeczywistości sprawy nie mają się tak prosto. Jeśli bowiem okazałoby się, że kontakty Lecha Wałęsy z SB dają się zakwalifikować jako tajna współpraca, dopiero wtedy rodziłoby się naprawdę ważne pytanie: jaki to był przypadek współpracy?

Moje doświadczenie pracy z dokumentami SB niezbicie pokazuje, że każdy kazus agentury był inny. Nadto znane są też przypadki osób, które choć formalnie przynależą do kategorii tajnych współpracowników (lub podobnej), to w rzeczywistości ich kontaktów z SB jako tajna współpraca określić się nie da. To osoby, które np. podpisały zobowiązanie do współpracy, ale odmówiły dalszych kontaktów, albo też zwodziły SB, szukając pretekstów do odwoływania spotkań, udzielając ogólnikowych czy zgoła nieistotnych informacji itp.

Zakładam, że w przypadku Wałęsy chodzi jednak o rzeczywistą tajną współpracę - inaczej autorzy publikacji od razu by obwieścili, że znalezione dokumenty dowodzą, że Wałęsa nie współpracował, lecz np. pozorował współpracę. Ale agent agentowi nierówny. I o to będzie się toczył dalszy spór.

Póki karty nie zostały jeszcze wyłożone na stół, jest ważne, żeby uświadomić sobie, iż nawet rzeczywista współpraca z SB nie musi definitywnie przekreślać człowieka. Nie mam tu na myśli tego, co nazywamy bilansem życiowym, który może niejednokrotnie bronić się mimo dłuższego czy krótszego epizodu agenturalnego.

Idzie mi teraz o to, że sama agentura miała tysiąc postaci, a niektóre z nich były stosunkowo niegroźne. Może agenturalna działalność Wałęsy przybrała taką niegroźną postać, może inną - tego na razie nie wiemy, ale od odpowiedzi na pytanie, jaki to był stopień uwikłania, zależy wpływ tego epizodu na skalę zakwestionowania mitu Wałęsy.

Bo to, że jakieś jego zakwestionowanie nastąpi, wydaje się jednak pewne. Tak by może nie było, gdyby Wałęsa trzymał się jednej linii obrony, choćby tej, jaką obrał w 1988 r. w książce "Drogi nadziei". Problem w tym, że historyczny przywódca Solidarności raz po raz zmieniał wersje swojego życiorysu, niekiedy całkowicie negując fakty, które wcześniej potwierdził.

Wałęsa chyba uważa, że jedyny pomnik, który może zaistnieć w społecznej świadomości jako symbol jego zasług dla Polski, to pomnik bez skazy. Podobnie też myśli środowisko jego bezwarunkowych obrońców (m.in. grono sygnatariuszy listu z 22 maja). I Wałęsa, i ci jego obrońcy nie mają racji. Nic w historii ludzkiej nie jest proste, historia z czytanek dla dzieci nie jest tą historią, która naprawdę się wydarza. Nie ma więc dostatecznych powodów, by w zaparte bronić wersji biografii Wałęsy jako niepokalanie poczętego.

Skoro jednak jej tak uporczywie broniono, to naturalnie ewentualny epizod agenturalny w tej biografii będzie z tej perspektywy kompletną katastrofą. Tak być nie musiało i obiektywnie biorąc, tak być nie musi: Wałęsa będzie teraz mniej pomnikowy, ale to nie znaczy, że z bohatera automatycznie musi przemienić się w potwora.

Nie bardzo więc pojmuję, dlaczego Cenckiewiczowi i Gontarczykowi zarzuca się, iż przystępując do pisania książki, przyjęli założenie o dekonstrukcji mitu Wałęsy. Przyjęli je na podstawie analizy dokumentów, które niebawem nam przedstawią, bo zapewne uznali, że w świetle tych dokumentów nie da się dalej utrzymywać, że Wałęsa był nieskazitelny.

Jest naturalnie problem interpretacji akt bezpieki, szczególnie wtedy, gdy są one niekompletne. Wówczas skazani jesteśmy na domysły. Osobiście jestem w takich sytuacjach za stawianiem hipotez odpowiednio słabych, ale to są właśnie te pola uprawnionych sporów historyków i amatorów historii, które się wkrótce otworzą.

Dobrze byłoby, żeby wszyscy uczestnicy awantury o Lecha zechcieli zgodzić się, że może nie być jednej, kanonicznej wykładni historii, że spór o Lecha nie jest sam w sobie skandalem, tak jak skandalem nie był niegdyś spór o Piłsudskiego czy o Dmowskiego.

Niejednokrotnie w ostatnich latach mamy do czynienia z obroną przed zarzutem agenturalności przez odwołanie się do jawnego życiorysu osoby obwinianej o współpracę. Taki też jest sposób rozumowania Andrzeja Wielowieyskiego, który niedawno na łamach "Gazety Wyborczej" (GW, 4 czerwca) wyliczał wspólne przedsięwzięcia warszawskiego KIK-u i o. Władysława Wołoszyna i wywodził stąd przekonanie, że o. Wołoszyn w takim razie nie był agentem.

Nie widziałem akt Wołoszyna, nie wiem, czy Wołoszyn był agentem, ale sposób rozumowania Wielowieyskiego (a także obrońców Wałęsy) jest nonsensowny. Przecież sensem budowania sieci agenturalnej przez SB było umieszczanie agentów w środowiskach niezależnych. Po doświadczeniach z pewną liczbą zdemaskowanych TW, za których uczciwość ręczono w taki sposób, jak to teraz czyni Wielowieyski w stosunku do o. Wołoszyna, tamta strategia SB w pełni się potwierdza.

Wreszcie, o niewinności osoby obwinionej dziś o współpracę najlepiej mogą świadczyć jej akta pozostawione przez SB. Nawet jeśli istnieje teczka zatytułowana "TW Myśliciel", a w teczce kwestionariusz osobowy zawierający ten pseudonim, personalia Wołoszyna i jego zdjęcie, to i tak decyduje dalsza treść owej teczki. Jeśli Wołoszyn nie współpracował, dowiemy się tego z tej teczki, jeśli współpracował opornie, choćby po jakimś czasie, też to tam będzie zapisane.

Radykalni antylustratorzy ukuli specjalne określenia mające podważyć wiarygodność dokumentacji wytworzonej przez SB: "ubeckie papiery", "esbeckie teczki", "bezpieczniackie kwity". Poza dyskredytującym językiem używa się też psychologicznego mechanizmu podstawienia. Powiada się, że jeśli SB była instytucją o tak ohydnych celach, to jej dokumenty systematycznie kłamią. Otóż takie rozumowanie jest pozbawione sensu.

SB prowadziła drobiazgową dokumentację swoich działań, aby podnieść skuteczność swej pracy. Jej cele z pewnością były ohydne, ale aby skutecznie pracować, SB musiała opierać się na rzeczywistości, nie na wytworzonej przez siebie fikcji.

Akta agentury to bogactwo wiedzy o inwigilowanych środowiskach, o SB i o samych agentach. Znajdziemy tam np. okresowe oceny pracy agentów. Dowiemy się, czy agent jest prawdomówny, precyzyjny, obiektywny (np. silna antypatia do osoby, na którą donosił TW, była przesłanką do tego, by traktować te donosy z pewną ostrożnością), czy nie usiłuje rozluźnić współpracy albo wręcz nie dąży do jej zaniechania.

Jeśli agent ewidentnie zwodził oficera prowadzącego, tego też się dowiemy z jego teczki. Zamiast przypominać liczne przewagi o. Wołoszyna z jego jawnego życiorysu, Andrzej Wielowieyski powinien był wykazać na podstawie zapisów z akt Wołoszyna, że jego przypadek nie kwalifikuje się do kategorii rzeczywistej agentury. Podobnie powinni zrobić obrońcy Wałęsy. Cóż, kiedy oni tego zrobić nie mogą, bo brzydzą się "bezpieczniackimi kwitami".

Jednak te "kwity", niezależnie od zdegustowania radykalnych antylustratorów, są bardzo poważnym źródłem historycznym. Póki są "kwity", póty można dość łatwo rozsądzić, jaką rolę odegrali ludzie w tych aktach opisani. Rzeczywisty problem pojawia się dopiero wtedy, gdy akta są wybrakowane.

Znam przypadek człowieka, który zgodził się na współpracę, przyjął pseudonim, a nawet napisał własnoręcznie parę informacji dla SB, ale analiza jego teczki pracy i teczki personalnej jednoznacznie wskazuje, że systematycznie pozorował współpracę, a po dwóch latach stanowczo oświadczył, że z SB zrywa. I zerwał.

Jego akta agenturalne świadczą zdecydowanie na jego korzyść. Istnieją też suche zapisy ewidencyjne stwierdzające, że ten człowiek był w latach takich to a takich tajnym współpracownikiem o takim to a takim pseudonimie. Może Szanowni Koledzy Beylin, Żakowski, Czech et cons. zechcieliby chwilę pomyśleć, co by było, gdyby akta osobowe tego człowieka zostały zalane betonem, jak się tego domagali od lat, a pozostałyby tylko owe zapisy ewidencyjne?

W rzeczywistości problem z aktami SB nie polega na tym, że są, tylko na tym, że zostały miejscami dotkliwie wybrakowane. Gdyby "ubeckie szambo" - również tak wymienieni Koledzy są uprzejmi określać archiwa SB - było kompletne, nasza wiedza o minionej epoce byłaby nieporównanie solidniejsza. Włącznie z tym, że niektórych moglibyśmy definitywnie obronić przed zarzutem współpracy.

Sławomir Cenckiewicz i Piotr Gontarczyk mają złą prasę. Choćby napisali o Wałęsie książkę, której od strony warsztatowej nie można nic zarzucić, choćby zachowali w swoich interpretacjach najdalej posuniętą powściągliwość, i tak zostaną okrzyknięci - już zostali - "policjantami pamięci".

To nieuchronne w sytuacji, gdy obaj autorzy mieli od lat status heroldów IV RP. Nie wiadomo, jaka będzie ich książka o Wałęsie, wiadomo, że z powodu ich usytuowania na scenie publicznej, książka raczej będzie dzielić, niż łączyć. A w każdym razie, że będzie bardziej dzielić, niż to konieczne, a mniej łączyć, niż to możliwe. W tym sensie powierzenie akurat im tego zadania nie było fortunne.

Wałęsa znajduje też obrońców, którzy wywodzą argumenty na jego rzecz z kontekstu historycznego. Tych akurat w pełni rozumiem. Ślęcząc nad papierami SB, nieraz mogłem się przekonać, jak bardzo historia PRL-u była różna w różnych epokach. Po początkowych kilku latach względnej swobody przyszły lata stalinowskie, kiedy państwo stosowało masowy terror; potem lata Gomułki, które można nazwać okresem wybiórczych represji i zmasowanej presji ideologicznej; potem lata Gierka (które zawierają ważną cezurę: powstanie zorganizowanej opozycji na przełomie lat 1975/1976); potem stan wojenny; a w końcu epoka po jego zniesieniu, kiedy od zmasowanych represji władza przeszła do form łagodniejszych, by na koniec wynegocjować z opozycją oddanie władzy przy Okrągłym Stole.

W tym zakresie lektura akt SB tylko potwierdza obserwacje płynące z innych źródeł. W interesującym nas tu aspekcie ważne jest, by podkreślić, że możliwości obrony człowieka usidlonego przez SB były na początku lat 70. niewielkie. Zero zorganizowanych struktur, zero solidarności środowiskowej, raczej milczący Kościół, sytuacja geopolityczna wskazująca, że w komunizmie umrzemy my, a być może nawet nasze dzieci.

Sytuacja młodego robotnika osaczonego przez SB w Gdańsku w roku 1971 i sytuacja inteligenta pewnie usytuowanego w swoim środowisku w Warszawie czy w Krakowie w roku 1977 to są odległe od siebie lądy. Wałęsę można i należy bronić. Ale czy należy nawoływać do kneblowania ust historykom? Gdyby pominąć oskarżenia o manipulowanie historią (które na razie trzeba uznać za niepoważne) ze sławetnego apelu intelektualistów, pozostaje argument, że Wałęsa jest dobrem narodowym Polaków i jako taki podlega ochronie.

Daje się nam do zrozumienia, że jeśliby się okazało, że rola Wałęsy była radykalnie różna od tej, którą znamy z jego złotej legendy, to powinniśmy trzymać tę prawdę pod kloszem jeszcze przez 50 lat, "bo naród potrzebuje autorytetów".

Naród potrzebuje autorytetów, tyle że prawdziwych. Co się stanie, jeśli upublicznione wkrótce dokumenty pokażą, że rola historyczna Wałęsy była inna, niż dotąd sądziliśmy? W tej mierze, w jakiej Wałęsa był natchnieniem dla milionów Polaków próbujących wyprostować kark, jego dotychczasowy status historyczny się ostanie. Zmieni się za to ocena motywów jego działania.
W takiej sytuacji pozostawałoby nam (i Wałęsie) tylko jedno wyjście. Znieść to z godnością.

Wideo

Komentarze

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Dodaj ogłoszenie