Agnieszka Więdłocha: Moje ambicje sięgają wyżej niż popularność

Anna Gronczewska
rozmowa z Agnieszką Więdłochą, aktorką Teatru im. Stefana Jaracza w Łodzi

„Kobieta sukcesu” to tytuł jednego z filmów, w którym grała pani główną rolę. Może pani powiedzieć tak o sobie?

To bardzo pojemne określenie. Sukces jest sprawą niewymierną, dla każdego oznacza coś innego. Wielu osobom kojarzy się z tym, że jest się znanym, popularnym. Dla mnie to jednak za mało. Moje ambicje sięgają dalej. Nie wiem, czy mogę się nazwać kobietą sukcesu. Jeśli mówiąc „kobieta sukcesu” mamy na myśli niezależność, odwagę w podejmowaniu decyzji, bycie samowystarczalnym, posiadanie głębokich relacji z najbliższymi, przyjaciółmi, rodziną, to czuję wewnętrznie, że ten sukces osiągnęłam. Dla mnie miara sukcesu jest na pewno dużo szersza niż pojęcia typu popularność, bogactwo, eleganckie samochody. Sukcesem dla mnie jest to, że nie straciłam silnych relacji ze swymi przyjaciółmi, pomimo że mieszkam w innym mieście.

Czy kilkanaście lat temu przypuszczała pani, że zostanie aktorką i znajdzie się w tym miejscu, w którym teraz jest?

Na pewno o tym nie myślałam. Nie brałam pod uwagę takiego obrotu rzeczy. Marzyłam tylko, by być w teatrze, grać, grać, grać... Inne rzeczy nie były ważne. Wiem, że czasy się zmieniły i studenci mają zupełnie inne podejście do tych spraw. Wtedy dla mnie najważniejsze było, by grać.

Marzenie o aktorstwie narodziło się u pani w gimnazjum, liceum?

Pewnie dojrzewało to we mnie przez całe życie. A tak mocniej zakiełkowało, kiedy uczyłam się w XXVI LO w Łodzi. Nie było to wielkie marzenie, potrzeba, ambicja. Tak jak to bywa w moim życiu, większość rzeczy jest spontanicznych, dzieje się trochę poza mną. Tak też było z aktorstwem. Dostałam się do łódzkiej Szkoły Filmowej i tam zostałam. Wiem, że warto korzystać z szans, które daje nam życie. Czasem, jeśli nie przychodzi to, co sobie wymarzyliśmy, to warto rozejrzeć się wokół i sprawdzić, czy nie ma czegoś ciekawszego. Naprawdę warto korzystać z szans, które daje nam codzienne życie.

Podobno miała pani zostać stomatologiem i babcia, lekarz dentysta, już szykowała dla pani gabinet...

Rzeczywiście, miałam być stomatologiem. Dlatego zdawałam maturę z biologii, chemii, fizyki. Miałam zostać lekarzem, mieć konkretny zawód, określone godziny pracy i urlop, kiedy zechcę. Ale tak to się dziwnie w moim życiu kręci, że i tym razem skorzystałam z momentu, który właśnie nadszedł. Postanowiłam zdawać do szkoły teatralnej. Pomyślałam, że jak się uda, to dobrze, a jak nie - to trudno. Udało się i tak wylądowałam w miejscu, w którym jestem. Z tych szans podsuwanych przez życie staram się korzystać i nie planować zbyt dokładnie, bo w praktyce często te plany się nie sprawdzają.

Rodzina pewnie nie była zachwycona pani wyborem?

Nie miałam z tym problemu. Wszyscy byli dumni i trochę w szoku. O tym, że zdaję do szkoły filmowej, wiedziała tylko moja mama. Babcia była trochę zawiedziona, liczyła że pójdę w jej ślady. Ale rodzina przyjęła moją decyzję z dużą otwartością. Nie wtrącali się w moje życie. Choć rozczarowanie babci i dziadka było dość duże, z czasem okazało się, że byli dumni z tego, co robię.

W pani rodzinie były jakieś artystyczne tradycje?

Pierwsza wkroczyłam na tę drogę. Takich tradycji w mojej rodzinie nie było. Dominują w niej umysły ścisłe. Ja się wyłamałam. Ale podobno miałam to od małego. Wszystko lubiłam robić po swojemu. Lubiłam recytować wierszyki, występować przed kamerą dziadka. Mam do dziś te nagrania. Taka chęć do występów w dzieciństwie była u mnie silna.

W liceum chodziła pani na lekcje dykcji. Zajęcia zaczynały w się w sobotę rano. Chyba nie było łatwo...

Rzeczywiście. Po tych zajęciach miałam jeszcze cztery czy pięć godzin lekcji z przedmiotów ścisłych. Miałam w sobie dużo samozaparcia, by na tę 8.00-8.30 dotrzeć do mojego liceum, bo tam się odbywały zajęcia z dykcji. Prowadził je nieżyjący już profesor Aleksander Benczak. Był wspaniałym człowiekiem, wybitną osobowością. To dzięki niemu poważnie pomyślałam o aktorstwie. Szkoda, że nie może zobaczyć, w którym miejscu życia się teraz znajduję. Dzięki spotkaniu z profesorem Benczakiem zrezygnowałam ze stomatologii i wybrałam aktorstwo.

Pani początki w zawodzie były niezwykle obiecujące. Po skończeniu łódzkiej Szkoły Filmowej dostała się pani do Teatru im. Stefana Jaracza, jednego z najlepszych w Polsce. Zadecydował o tym talent, łut szczęścia?

Na pewno łut szczęścia. Aktorstwo, jak każdy zawód artystyczny, jest bardzo niewymierne. To nie matematyka czy informatyka, gdzie efekt pracy widać od razu, można go jasno ocenić. Zawody artystyczne są trudne. Jednemu widzowi będzie się podobało to, co robimy, innemu nie. Jedna osoba uzna obraz za dzieło i kupi go za duże pieniądze i wartość artysty wzrośnie. Ktoś inny, mający równie wspaniały talent, nie zostanie zauważony. Łut szczęścia w naszym zawodzie jest bardzo potrzebny. Tak jak radość, satysfakcja z tego, co się robi, mimo czasem niesprzyjających okoliczności, tego, że ktoś nas nie docenia.

Teatr im. Jaracza to ważne miejsce w pani życiu zawodowym?

Bardzo. To taki dom, do którego zawsze wracam. Daje mi bardzo wiele satysfakcji zawodowej.

Rola w „Róży jerychońskiej” podobała się zarówno widzom, jak i krytykom. To nie zawsze idzie w parze. To jedna z ważniejszych pani ról teatralnych?

Na pewno jedna z najważniejszych, jeśli chodzi o temat. Sama jestem poruszona tym, że widzowie tak chętnie przychodzą na ten spektakl. Miałam wątpliwości, czy ludzie będą chcieli oglądać historię dziewczyny zmuszanej do prostytucji. Jest to mało moralnie popularny temat, by ludzie byli za tą postacią, kibicowali jej, pochylili się nad jej losem. Jest dość duży ostracyzm społeczny, jeśli chodzi o prostytutki. My w tym spektaklu poruszamy temat handlu ludźmi, który jest przerażający. Sama nie miałam o tym pojęcia, póki nie zetknęłam się z tym tekstem i fundacją La Strada, że to tak wielki problem. I niewolnictwo ma się bardzo dobrze w XXI wieku. To porusza ludzi przychodzących na spektakl. Cieszę się, że widzowie oglądając tę sztukę, nie boją się trudnych tematów, przełamują tabu. Na pewno na widowni siedzieli mężczyźni, którzy korzystali z takich usług. Grając, zdaję sobie sprawę, że ktoś taki ogląda ten spektakl... Mam wrażenie, że ta sztuka wnosi wiele do świadomości widzów.

Ostatnio częściej oglądamy panią w różnych filmach i na deskach teatru niż w serialach. To przypadek czy świadomy wybór?

Świadomy wybór. Nie był łatwy, ale dał mi wiele satysfakcji. Z drugiej strony zaczęłam tęsknić za serialową postacią, z którą mogę spotykać się częściej. Nie przez 22 dni, bo tyle trwa plan filmowy, ale znacznie dłużej. Może w tym 2020 roku pojawię się w serialu?

Miała pani taki moment, że pani telefon milczał?

Milczący telefon to trudny czas dla aktorów. Niektórym z nas udaje się stworzyć swoje spektakle, projekty. Aktorzy zaczynają reżyserować. Chcą być niezależni od dzwonka telefonu i propozycji, którą dostaną. To czekanie na telefon nie jest przyjemne. Ekscytujące jest odebranie telefonu z ciekawą propozycją. W życiu każdego aktora zdarza się to milczenie. Pogodzić z tym się nie da, ale należy się uzbroić w cierpliwość. Wierzyć, że wybrało się dobrą drogę, mimo że ktoś do nas nie dzwoni, nie docenia. To jest wieczna walka ze sobą, by się nie poddać i cały czas dobrze o sobie myśleć.

Paparazzi dają już spokój czy się pani do nich przyzwyczaiła?

Ciężko się do nich przyzwyczaić. Ale nie daję im pożywki, staram się żyć z dala od tego wszystkiego. Może dzięki temu mam większy spokój? To też jest ciężka praca!

Święta spędziła pani w Łodzi?

Tak, to moje rodzinne miasto. Tu mam rodzinę, najbliższych przyjaciół. Bardzo lubię tu spędzać Boże Narodzenie. Staram się przyjechać do Łodzi kilka dni przed Bożym Narodzeniem. Pomagam wtedy mamie przygotować święta, posprzątać, ugotować. Te łódzkie święta są bardzo wesołe, duże, rodzinne. Bardzo lubię ten rodzinny czas.

Czego pani życzyć w Nowym Roku?

Hartu ducha i radości z tego, co się robi, by się nie poddawać. I by zawsze dzwonił telefon!

Najnowsze informacje dot. koronawirusa

Wideo

Materiał oryginalny: Agnieszka Więdłocha: Moje ambicje sięgają wyżej niż popularność - Dziennik Łódzki

Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych”i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Komentarze 1

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Podaj powód zgłoszenia

G
Gość

A ja życzę byś nie musiała chodzić po wąskich Łódzkich ulicach.

Dodaj ogłoszenie