Agitator czy facet w rajtuzach?

RedakcjaZaktualizowano 
Z Robin Hooda zrobiono już birbanta, ekshipisa i półgłówka. Ridley Scott zaś widzi go jako pioniera socjalistycznej sprawiedliwości - ideowego oblicza banity z lasu Sherwood szuka Mariusz Grabowski.

Swoją sławę nieposkromionego łucznika Robin Hood zawdzięcza anonimowej książce "A Lytell Geste of Robyn Hode", która ukazała się w Anglii w roku 1510. To z niej ówczesny czytelnik mógł się dowiedzieć większości szczegółów o wesołej XIII--wiecznej kompanii banity z Sherwood. Drużyna liczyła aż 140 zabijaków, jej członkami byli w większości eksszlachcice zajmujący się szlachetnym rabunkiem.

Ich imiona wymieni pewnie z pamięci każde brytyjskie dziecko: opasły jak piec brat Tuck, dobroduszny Mały John z Hathersage, Much, syn młynarza, i oczywiście piękna rudowłosa lady Marion. Sam Robin miał być wedle XVI-wiecznej księgi ulubieńcem króla Ryszarda Lwie Serce, który z satysfakcją spoglądał na jego umiejętności łucznicze i fakt, że - obejmując powabną dziewoję - potrafił za jednym zamachem wychylić półkwartę gorzałki. Do dziś w muzeum w Nottingham można podziwiać łuk i dwie zachowane strzały, którymi bohatersko szył w kierunku żołnierzy szeryfa Roberta de Rainault.

Potem przez wieki sława Hooda wciąż rosła i dziś podstawowa bibliografia naukowa na jego temat liczy z górą kilka tysięcy pozycji spisanych przez mediewistów i maniaków historii. Bohater niejednokrotnie trafił też do literatury pięknej, choćby do słynnej powieści "Ivanhoe" sir Waltera Scotta z 1819 r. (Hood pojawia się tam w kołowrocie dworskich intryg, w które wpada powracający z krucjat rycerz Wilfryd Ivanhoe). Po jej wydaniu - twierdzą historycy - Anglia została wręcz zalana reprodukowanymi masowo konterfektami Robina. Jego popularność w narodzie była tak wielka, że za swojego ideowego patrona chcieli go obrać nawet pionierzy raczkującego wyspiarskiego socjalizmu spod znaku Saint-Simona. Najwyraźniej spodobała im się jego życiowa dewiza: ''Kraść bogatym, rozdawać biednym, a przy okazji nieźle się zabawić''.

Na film Scotta powinni pójść przede wszystkim studenci politologii. Oni na pewno nie usną w lawinie politycznych frazesów cieknących z ekranu

Ale najbardziej szlachetnego łucznika upodobali sobie filmowcy. Dość powiedzieć, że do dziś nakręcono kilkadziesiąt filmów z jego udziałem. Prócz tego seriale, dokumenty i kreskówki. Ale też jego legenda jest wręcz stworzona do srebrnoekranowych bajek. I choć Hood jest zasadniczo brytyjskim dobrem narodowym, jego przygody kręcili przedstawiciele różnych nacji: na przykład w 1970 r. Włosi zrealizowali film ''L'arciere di Sherwood" (reż. Giorgio Ferroni), a dwie dekady później Japończyk Kôichi Mashimo porwał się na animację zapisaną w annałach pod tajemniczym tytułem "Robin Hood no daibôken". Można rzec, że formułę pod nazwą "Robin Hood" wyeksploatowano nad wyraz solidnie.

Gdy zatem w hollywoodzkich gabinetach wytwórni Universal zapadła decyzja o nakręceniu kolejnej wersji przygód legendarnego łucznika, Ridley Scott musiał użyć całej reżyserskiej siły przekonywania, aby przeforsować swój projekt. Jak łatwo się domyślić, postanowił nowego ''Robin Hooda'' ubrać w płaszcz polityki (podobnie jak przed laty zrobił to z ''Gladiatorem'' i ''Hannibalem''). Jego pomysł chwycił i szefowie Universalu wyposażyli go szczodrze w 130 mln dol. budżetu, nieoficjalne zaś pogłoski głoszą, że spodziewają się co najmniej potrojenia kwoty (oscarowy ''Gladiator'' z 2000 r. zarobił 450 mln). To całkiem możliwe, bo - jak doniosły jaskółki z Cannes - wczorajszy pokaz filmu na tamtejszym festiwalu spotkał się z życzliwym przyjęciem ze strony krytyki i widzów.
Jeśli film kręci Scott, to jest jasne jak słońce, że główną rolę musi grać Russell Crowe, stylowo przedzierzgnięty w bojownika o prawa obywatelskie. To już nie jest opity okowitą wesołek ganiający za spódniczkami i sprawiający psikusy safandułowatemu szeryfowi, lecz świadomy swojej misji ponurak z wrażliwą społecznie duszą. Był na krucjacie, walczył w wielu wojnach i teraz - po powrocie do Anglii - postanawia stanąć do walki o los bliźnich bezwzględnie wykorzystywanych przez opresywne państwo. Brzmi to cokolwiek jak fragment manifestu Nowej Lewicy, ale Scottowski Hood (w filmie przybiera nazwisko Robin Longstride i wiernie trwa przy zmarłym królu Ryszardzie) nosi w sobie spory zasób politycznych ambicji, które artykułuje przy każdej okazji, żonglując pojęciami wytrychami: ''godność'', ''sprawiedliwość'', ''naród'' czy wreszcie obowiązkowo ''wolność''. Nawet jego afekt do lady Marion (cokolwiek osowiała Cate Blanchett) schodzi na dalszy plan. Jest więc, jak widać, także doskonałym wzorcem dla borykających się z kryzysem dzisiejszych polityków. Jeden z brytyjskich krytyków nazwał go nawet trafnie średniowiecznym rębajłą o światopoglądzie Nicka Clegga.

Jeśli jednak ktoś myśli, że Scott wymyślił coś nowego, niech zajrzy do filmowych kronik. Przekona się, że Robin w wersji upolitycznionej świat oglądał już niejednokrotnie. Wystarczy zapuścić w odtwarzaczu kanoniczną wersję z 1939 r. (zawadiakę z Sherwood zagrał wówczas Errol Flynn w kapelusiku z piórkiem), aby dostrzec w niej nadciągająca wojnę, a w kwestiach Hooda odbicie brytyjskiej polityki polegającej na tym, by złowieszczą przyszłość oddalić na jak największą odległość od starej dobrej Anglii. Z kolei w ''Powrocie Robin Hooda'' (brodaty i sfatygowany Sean Connery) Richarda Lestera z 1976 r. uderzają rozliczenia z epoką Wietnamu i kac po rewolucji dzieci kwiatów. Główny bohater jest zmęczony i niczym weteran przegranej wojny ukojenie czerpie z powtarzanego jak mantra zaklęcia:''A dajcie mi wszyscy święty spokój'' (nie kusi go nawet specjalnie Marion grana przez Audrey Hepburn).

Mało? To sięgnijmy jeszcze po "Robin Hooda. Księcia złodziei" Kevina Reynoldsa z 1991 r. (tym razem Kevin Costner). Warto powrócić do tego filmu, bowiem jest ekranowym echem ideowej zmiany w polityce Stanów Zjednoczonych u progu prezydentury Billa Clintona, a Hood z godnym podziwu posłuszeństwem podporządkowuje się wszelkim, nawet najbardziej absurdalnym zasadom politycznej poprawności. I choć przypadło mu żyć w mrokach wieków średnich, z uporem głosi hasła tolerancji, ekologii i feminizmu. Aby dopełnić miary dziwactw, reżyser przydał mu wiernego towarzysza Saracena (Morgan Freeman), który jest jego nauczycielem w kwestii praw człowieka. Widok czarnoskórego w opończy ganiającego w lasach Sherwood należy chyba do najdziwaczniejszych w postępowej historii Hollywood.

Z niczym nie można bowiem przesadzać, o czym Ridley Scott zdaje się zapominać. Potraktował bowiem postać Robin Hooda z powagą nielicującą z jego losami. Ostatecznie niesforny łucznik jest tylko wyjętym spod prawa banitą, któremu los przeznaczył do przypominania możnym, że ich wszechwładza kiedyś się kończy. Zamienianie go w oficera politycznego wygląda tak, jakby Rumcajsowi kazać głosić w Żacholeckim Lesie idee José Zapatero. O ileż radośniejszą drogę wybrał w 1993 r. Mel Brooks, kręcąc "Robin Hooda. Facetów w rajtuzach", kpinę z napuszonego filmidła Reynoldsa. Tutaj polityki nie uświadczysz ani na lekarstwo, ale za to jest kupa śmiechu (dokładnie 104 min) ze zidiociałych facetów poprzebieranych w obcisłe gacie. Przyznacie, że lepiej sobie porechotać, niż nudzić się na politycznej agitce Scotta.
Mariusz Grabowski

Wideo

polecane: Flesz: Czy grozi nam katastrofa klimatyczna?

Materiał oryginalny: Agitator czy facet w rajtuzach? - Polska Times

Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych”i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Komentarze 2

Ta strona jest chroniona przez reCAPTCHA i obowiązują na niej polityka prywatności oraz warunki korzystania z usługi firmy Google. Dodając komentarz, akceptujesz regulamin oraz Politykę Prywatności.
a
andowc

Lepiej podoba mnie "facet" w koszuli nocnej do "kolan" -kostek.
Tak spałem, jak byłem "mały".
Najlepsza koszula "nocna" dla "mężczyzn",- dla kobiet "pizama" (mundurki).
Nie wstydzić się "panowie", długiej (piżamki) koszulki- sukienki do do spania (to "podnieca" kobiety').

zgłoś
Dodaj ogłoszenie

Wykryliśmy, że nadal blokujesz reklamy...

To dzięki reklamom możemy dostarczyć dla Ciebie wartościowe informacje. Jeśli cenisz naszą pracę, prosimy, odblokuj reklamy na naszej stronie.

Dziękujemy za Twoje wsparcie!

Jasne, chcę odblokować
Przycisk nie działa ?
1.
W prawym górnym rogu przegladarki znajdź i kliknij ikonkę AdBlock. Z otwartego menu wybierz opcję "Wstrzymaj blokowanie na stronach w tej domenie".
krok 1
2.
Pojawi się okienko AdBlock. Przesuń suwak maksymalnie w prawą stronę, a nastepnie kliknij "Wyklucz".
krok 2
3.
Gotowe! Zielona ikonka informuje, że reklamy na stronie zostały odblokowane.
krok 3