Agenci przykrywkowcy: Udając kogoś, kim się nie jest

Dorota Kowalska
Aleksander Makowski całe lata pracował jako oficer wywiadu, ostatnio wydał książkę: "Tropiąc bin Ladena" Bartek Syta/Polskapresse
Po raz kolejny do tablicy zostali wywołani policjanci i agenci działający pod przykryciem, bo oto w sprawie kardiochirurga Mirosława G. też taki agent się pojawia. Tyle tylko, że ich pracy i bezpieczeństwu bardziej służy cisza niż medialny rozgłos - pisze Dorota Kowalska

Znowu głośno o agentach działających pod przykryciem, tym razem z powodu "dużego agenta Tomka". Bo takie właśnie określenie padło w uzasadnieniu wyroku, jakie kilka dni temu wygłosił sędzia Tuleya orzekający w sprawie kardiochirurga Mirosława G. oskarżonego o korupcję. O co chodzi? Otóż w zdobywaniu materiałów przeciwko lekarzowi miała pomagać "dużemu agentowi" pielęgniarka z oddziału kardiologii. Kobieta, jak wcześniej posłanka Sawicka czy Weronika Marczuk, uległa urokowi kolejnego przystojnego pracownika CBA. Ten zdobywał jej zaufanie przez kilka miesięcy, zwodził obietnicami o ślubie. W końcu przyznał się kobiecie, kim jest, i poprosił o pomoc w zdobyciu dowodów. Jeździli razem od chorego do chorego i wypytywali o kardiochirurga. Pielęgniarka tak wczuwała się w swoją rolę, że wyniosła z oddziału kardiochirurgii dokumentację medyczną pacjentów ordynatora. I tu romantyczna część tej historii się kończy, bo agent, kiedy tylko dostał papiery do ręki, zniknął bez śladu, zrywając kontakt z niedoszłą narzeczoną.

Ale "duży agent Tomek" i tak nie dorasta do pięt najsłynniejszemu tajniakowi działającemu pod przykryciem czy Tomaszowi Kaczmarkowi, obecnie parlamentarzyście.

Kaczmarek wejdzie zapewne do historii polskich służb specjalnych jako człowiek, który uwiódł dwie znane kobiety. Dla jednych lowelas, dla innych bohater, dla nielicznych: fachowiec, który zna się na robocie, znalazł się już w gronie polityków-celebrytów, ba, wydał nawet książkę. Agent Tomek rzemiosła uczył się prawie 15 lat. Zaraz po maturze, którą zdał w jednym z wrocławskich liceów, poszedł do policji. Młody, wysportowany (w szkole średniej trenował pływanie), od razu trafił do grupy walczącej ze złodziejami samochodów, którą pod koniec lat 90. szczyciła się wrocławska policja. To byli najlepsi z najlepszych, nadzieja policji i pupile szefów. Po mieście jeździli terenowymi wozami i gnębili złodziei: zatrzymywali, legitymowali, odwiedzali w ulubionych knajpkach. Po kilku miesiącach we Wrocławiu, jak nigdzie w Polsce, przestały ginąć z chodników samochody, a agent Tomasz przeszedł do tworzącego się właśnie Centralnego Biura Śledczego, policyjnej elity. Agent Tomek miał pseudonim Kola. Był ambitny: lubił błyszczeć, chciał dojść wysoko.

Zaczął studiować socjologię na Uniwersytecie Wrocławskim, pewnie zaocznie, bo wtedy robił już karierę w CBŚ. Ponoć agent Tomek był jednym z najlepszych policjantów działających pod przykryciem. To grupa wyszkolonych fachowców, którzy przenikają do najróżniejszych środowisk: świata biznesu, lokalnego półświatka, show-biznesu, po to, aby inwigilować i zdobyć potrzebne w śledztwie informacje i dowody. W Polsce policjantów działających w ten sposób jest niewielu. Nie wszyscy wykazują zdolności aktorskie, zimną krew, nie każdy też potrafi miesiącami żyć nie swoim życiem. W odpowiednim czasie "Kola", jak spora część funkcjonariuszy CBŚ, zasilił szeregi CBA. Pieniądze większe i możliwości nie takie jak w policji. Ile w ciągu ostatnich 15 lat przeszedł kursów i przeszkoleń? Kilka? Kilkanaście? Na pierwszych uczą podstaw psychologii, czytania z ludzkiej twarzy i gestów, robienia maślanych oczu, uczą też, jak w sposób niebudzący podejrzeń wywołać wymioty, tak aby usunąć z organizmu alkohol.

Zanim agent Tomek przysiadł się do stolika Weroniki Marczuk i podszedł do Sawickiej, wiedział o nich wszystko: gdzie jadają, jakich używają perfum, na jakie filmy chodzą do kina. Włosy przylizane żelem i złoty łańcuch na szyi, z których dzisiaj tak szydzą niektórzy, były jedynie częścią gry, którą rozpoczynał "Kola". A jak grał, opowiadały już same panie.

Posłanka Sawicka o agencie Tomku opowiadała ze łzami: "Często dzwoniliśmy do siebie. Recytowałam mu wiersze Asnyka. On mówił, że tylko przy mnie może się tak rozluźnić. Myślę, że znakomicie wykorzystał wszystkie moje relacje jako matki i żony".

Poznali się w styczniu 2001 r., kiedy razem z innymi posłami zapisała się na kurs dla członków rad nadzorczych spółek Skarbu Państwa. Na kursie pojawił się młody człowiek. Przedstawił się jako przedsiębiorca budowlany. Pewnego dnia, kiedy stała z kolegami na korytarzu, podszedł do nich, przedstawił się i poprosił o papierosa. Tak mieli się poznać. Potem były wspólne obiady, kolacje. Według CBA już na kursie do rad nadzorczych Sawicka pytała kilka osób, czy nie są zainteresowane okazyjnym zakupem nieruchomości na Helu. Biuro postanowiło sprawę zweryfikować i wysłało do akcji agenta Tomka. Sawicka chwyciła haczyk, wzięła łapówkę w zamian za załatwienie działki na Helu dla dwóch agentów CBA.
Druga ze zdobyczy agenta Tomka - Weronika Marczuk. Poznali się wiosną 2008 r. w jednej z krakowskich restauracji. Weronika razem z Kingą Rusin, Agustinem Egurrolą i Michałem Pirógiem siedziała przy stoliku, kiedy kelner przyniósł butelkę wina od panów siedzących obok, odmówili. Wtedy agent Tomek i jego kolega przysiedli się do stolika. Chcieli porozmawiać o Ukrainie. Wychodząc, zostawił wizytówki. Po kilku tygodniach zadzwonił do niej z prośbą o spotkanie. Przedstawiał się jako biznesmen, który zajmuje się inwestycjami: jego firma z siedzibą w Wielkiej Brytanii budowała hotele, na razie tylko w Anglii i Chorwacji, ale planowali inwestycje w Polsce i na Ukrainie. Zgłosił się do Weroniki z prośbą o pomoc, bo sam nie za dobrze orientował się w polskiej i ukraińskiej rzeczywistości, wiele lat spędził w Wielkiej Brytanii.

Chodził tylko w markowych ciuchach, jeździł porsche, płacił rachunki w restauracji, raz kupił Weronice perfumy. Nie kryła zaskoczenia, kiedy 23 września zatrzymali ją funkcjonariusze CBA. Kilka godzin później w prokuraturze usłyszała zarzuty: miała powoływać się na wpływy, żądać łapówki i ją wziąć za pośredniczenie w korzystnym rozstrzygnięciu procesu prywatyzacyjnego Wydawnictw Naukowo-Technicznych. Marczuk ostatecznie została oczyszczona z zarzutów korupcyjnych, ale agent Tomek pracował już wtedy przy Wiejskiej, a luźne ciuchy zamienił na markowy garnitur, jak przystało na rasowego posła.

Jego agenturalna sława jest jednak na razie znacznie większa niż ta polityczna, bo w przeciwieństwie do swoich kolegów działających pod przykryciem przez długie miesiące był na ustach sporej części Polaków. Nie wspominając już historii ze słynnymi zdjęciami, do obejrzenia w sieci, na których agent Tomek z gołym torsem pochyla się nad walizką pełną pieniędzy albo pozuje beztrosko przed obiektywem kolegi. Pierwsza zasada policjantów i agentów działających pod przykryciem jest bowiem taka, żeby było o nich jak najciszej, tak naprawdę jakakolwiek wzmianka o ich pracy równa się dekonspiracji.

Jak piszą Sylwester Latkowski i Piotr Pytlakowski w swojej książce "Agent Tomasz i inni. Przykrywkowcy", za pomysłodawców takiej formy policyjnej roboty uznawani są Adam Rapacki, twórca CBŚ, oraz policyjni wyjadacze Sławomir Śnieżko, Jerzy Nęcki, Mirosław Nowacki i Tomasz Warykiewicz. Panowie jeździli na szkolenia do USA i krajów Europy Zachodniej, potem uczyli polskich policjantów. Tomasz Warykiewicz wytrenował do pracy pod przykrywką około 500 policjantów, w tym 50 kobiet. Czego uczono się na tych kursach, nie trudno odgadnąć, przez wszystkie te kursy z powodzeniem przeszli, tak Tomasz Kaczmarek, jak "duży agent Tomek". - Policjanci działający pod przykryciem to rzeczywiście elita, najlepsi z najlepszych - przyznaje Marek Biernacki, poseł PO, były szef MSWiA.

Dorobili się nawet własnego nazewnictwa. Jeden z departamentów CBŚ nazwano Zarządem Operacji Specjalnych i właśnie w nim funkcjonują policjanci działający pod przykryciem. "Powstały fachowe określenia: PPP, czyli policjant pod przykryciem; ZBZ - zespół bliskiego zabezpieczenia. W żargonie policyjnym PPP nazywani są operatorami. W każdej operacji specjalnej z udziałem przykrywkowca działa grupa zadaniowa. Na jej czele stoi dowódca zwany covermanem. Prowadzi akcję i podejmuje decyzje. To wyłącznie z nim kontaktuje się przykrywkowiec (zwany też operatorem). Zwykle w pobliżu działa inny policjant pod przykryciem. Ten z kolei ma jedno zadanie - dyskretnie chronić operatora. Ochroniarze też są starannie wyselekcjonowani, również kończą skomplikowane szkolenia i podobnie jak przykrywkowcy toczą niebezpieczne gry. Wchodzą w skład Zespołu Bliskiego Zabezpieczenia (ZBZ, czyli zetbezety). Zetbezety nadzorują przykrywkowców, służą im radą, a kiedy trzeba, idą z pomocą. Zawsze znajdują się w pobliżu. Wynajmują pokój w hot
elu albo korzystają z mieszkania konspiracyjnego. Dla świata zewnętrznego są całkowicie niewidzialni. Agent specjalny kontaktuje się z nimi za pomocą ustalonych szyfrów" - piszą w swojej książce Latkowski z Pytlakowskim.

Zadanie przykrywkowca jest proste: wejść w nowe środowisko, na przykład przestępcze, i zdobyć zaufanie grupy. Zresztą dzisiaj ich praca nie jest już dla nikogo tajemnicą, w co drugim sensacyjnym filmie przewija się zły bandzior, który tak naprawdę jest dobrym agentem zbierającym informacje dla swojej firmy. Taki agent w swoim drugim życiu posługuje się nową tożsamością, fikcyjnymi numerami PESEL i NIP. Zna na pamięć przynajmniej kilka życiorysów. W strukturę gangu czasami wprowadza go jakiś skruszony przestępca, czasami musi radzić sobie sam. Agent Tomek i jego kolega działający w szpitalu, w którym pracował doktor G., nie mieli najtrudniejszego zadania. Świat biznesu i polityki jest uważany za najłatwiejszy do inwigilacji. - Uwodzenie kobiet, przynajmniej sporej ich części, też nie jest rzeczą skomplikowaną. Jego mechanizmów uczy się już na początkowych kursach dla agentów służb specjalnych - mówi jeden z oficerów służb specjalnych. Trzeba uważać, aby nie za bardzo wczuć się w rolę, bo znane są przypadki, kiedy policjanci przechodzili na drugą stronę barykady, zbyt przywiązując się do swojej fikcyjnej tożsamości.
Pierwsza polska operacja pod przykryciem to rzecz dotycząca narkotyków. Dwaj agenci, udając Niemców polskiego pochodzenia, zamówili u Piotra S., trenera zapasów, trzy kilogramy amfetaminy. Do przekazania towaru miało dojść w pokoju hotelowym warszawskiej Victorii. Wpadli wszyscy. Ale takich akcji były pewnie przez te ostatnie lata setki. Nie dalej jak kilka miesięcy temu gazety pisały o sprawie 31-letniego Pawła K. ps. Tołdi zajmującego się handlem narkotykami na dużą skalę. "Tołdi" chciał się zemścić na kochanku żony, zabijając wpierw matkę mężczyzny, a później jego samego. Policjant pracujący pod przykryciem w jego grupie starał się odwieść gangstera od planów zabójstwa. Mimo to ten, wierząc, że agent to jego zaufany człowiek, przekazał mu kartkę z nazwiskami ofiar, wskazał ich miejsce zamieszkania, a także dał zaliczkę na poczet zabójstwa, półtora tysiąca złotych. Grupa wpadła, jej proces właśnie trwa.

Ale, umówmy się, udawanie kogoś, kim się nie jest, nie jest specjalnością wyłącznie policji czy CBA. Właśnie tak od zarania dziejów pracuje większość agentów wywiadu wszystkich służb specjalnych świata. Ich codzienność opisuje w swoich książkach między innymi Vincent V. Severski, były oficer wywiadu. - Taka praca polega głównie na tym, żeby udawać kogoś, kim się nie jest - przyznaje gen. Gromosław Czempiński, były szef UOP. I tak szpieg bez immunitetu dyplomatycznego, czyli tzw. nielegalny czy nielegał, wiedzie życie człowieka z wymyśloną przeszłością, fikcyjną tożsamością. Wtapia się w tłum, codziennie wychodzi do pracy, odbiera dziecko z przedszkola, chodzi do sąsiadów na grilla. Nikomu do głowy by nie przyszło, że ten Schmit czy Jonson to wyszkolony as wywiadu, który szpieguje na rzecz swojego kraju.

I dopiero, kiedy w prasie pojawia się news o zatrzymaniu jednego czy drugiego szpiega, uzmysławiamy sobie, że obok mieszkał ktoś, kto wiódł podwójne życie. Jedną z najgłośniejszych wpadek ostatnich lat była ta z 2010 r., kiedy Amerykanie rozbili siatkę nielegałów rosyjskich od lat żyjących w Stanach. Wśród zatrzymanych najbardziej znaną osobą była Vicky Peláez, lewicowa peruwiańska dziennikarka od 20 lat mieszkająca w Nowym Jorku i pisująca dla dziennika "El Diario La Prensa". Jej mąż, który też trafił do aresztu, został sfotografowany przez FBI podczas spotkania z oficerem rosyjskiego wywiadu w parku w Limie.

Ale prawdziwą karierę zrobiła Anna Chapman. Oficjalnie Chapman miała w Nowym Jorku internetową agencję nieruchomości. Obsługiwała tylko bogatych i wpływowych klientów. Dzięki temu poznawała ciekawych, z punktu widzenia wywiadu, ludzi. Udawała młodą rozwódkę, która przyjechała do Stanów, by zapomnieć o rozstaniu z mężem i zacząć w USA nowe życie. Kobieta chętnie bywała na imprezach. Lubiła papierosy i alkohol. Często balowała w towarzystwie mężczyzn z Wall Street lub polityków. W ten sposób wyciągała od nich informację i przekazywała Rosjanom. Po zatrzymaniu deportowano ją do Rosji na podstawie wymiany więźniów. Dzisiaj Chapman to celebrytka. Chodzi po wybiegach, pozowała dla rosyjskiego "Maxima", pokazuje się w towarzystwie Władimira Putina.

Ale dekonspiracja rzadko kończy się dla szpiega tak bezboleśnie. Wbrew pozorom życie agentów i policjantów, także działających pod przykryciem, nie jest tak różowe, jak można by wyczytać w książkach.

Dorota Kowalska
Współpraca: Marcin Rybak

Wideo

Komentarze 2

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

U
Uważny czytelnik
...sami artykuły w Piano, Państwo Dziennikarze.
My sobie wyrabiamy opinię o Waszym poziomie na podstawie jakości tych darmowych - a tu jest bieeeednieee....
J
J-23 i 1/4
Czy wy "tam" sadzicie, że my "tu" jesteśmy ślepi ??
Dodaj ogłoszenie