Afgańska fantazja spod ręki Andrzeja Sapkowskiego

Mariusz Grabowski
Saga o wiedźminie doczekała się nie tylko ekranizacji. W oparciu o cykl powstała też gra komputerowa
Saga o wiedźminie doczekała się nie tylko ekranizacji. W oparciu o cykl powstała też gra komputerowa Heritage Films
To właśnie autor "Trylogii husyckiej" nauczył rodaków czytać fantasy, windując ten gatunek z popkulturowego niebytu na szczyty literackiej poczytności. Właśnie wydał nową powieść - "Żmiję"

Literacka plotka głosi, że Andrzej Sapkowski, który i tak wywiadów dziennikarzom udziela od wielkiego dzwonu, najbardziej nie lubi, gdy w rozmowie o jego najnowszej powieści "Żmija" pada pytanie: "Sugerował się Pan przy pisaniu filmem »9 kompania« Fiodora Bondarczuka?".

I nietrudno zrozumieć dlaczego. "Żmija" bowiem to powieść na wskroś oryginalna, inna od krwawej jatki rosyjskiego reżysera, i co więcej - pierwsza taka w dorobku naszego najsłynniejszego mistrza gatunku zwanego fantasy.

Ta książka zapowiadana była - i słusznie - jako pisarskie wydarzenie tego roku. Nie bez powodu, to wszak pierwsze w Polsce literackie odniesienie do wojny w Afganistanie. Warszawska oficyna SuperNOWA, wydawca książek Sapkowskiego, zaserwowała właśnie do księgarń pierwszy rzut "Zmii" (nakład pierwszego wydania wynosi 50 tys. egzemplarzy).

I nie przeliczyła się - powieść sprzedaje się niczym bożonarodzeniowe cytrusy za czasów PRL-u. Lepszy moment na premierę fantastyczno-militarnego smakołyku Sapkowskiego trudno byłoby sobie zresztą wymarzyć: dyskusja o polskiej misji militarnej w Afganistanie nabrała właśnie temperatury po tym, jak kolejnych dwóch naszych żołnierzy zginęło w zasadzce talibów zorganizowanej w prowincji Wardak.

Ale to nie Polacy są bohaterami "Żmii". Naszym przewodnikiem po żagwiącym wojennym Afganie jest Paweł Sławomirowicz Lewart, praporszczyk radzieckiej armii, konkretnie 180. Pułku Zmechanizowanego, którzy wysłany rozkazem Biura Politycznego KPZR, walczy z mudżahedinami pod Ghazni.

Jest rok 1984, cztery lata minęły od początku inwazji Związku Radzieckiego na górzysty kraik, o który połamał sobie kiedyś zęby Aleksander Macedoński. Lewart jest żołnierzem bez złudzeń, wykonuje rozkazy, ale my od początku czujemy do niego sympatię. To przecież potomek polskiego powstańca, który dokończył żywota w Wołogdzie, i syn bohatera bojów o Półwysep Kurlandzki w 1945 roku. Słowem, oficer obeznany z wojaczką. Ale i dla niego będą niespodzianką wydarzenia, których stanie się świadkiem.

Bo przecież Sapkowski nie darowałby sobie, gdyby do tej militarnej gawędy nie wplótł elementów fantasy. W "Żmii" rolę ufantastyczniającą treść spełnia legenda o wężu, który zaprzyjaźniwszy się z jednym z wojaków, uratował go od śmierci. Historia w sam raz, aby śpiewać ją przy gitarze, w okopie, przy blaszance samogonu.

Ale Sapkowski dokonał tu dodatkowego pisarskiego zabiegu: uczynił tytułową żmiję symbolem Afganistanu, którego krwawą historię można liczyć od jednej inwazji do drugiej. To okiem żmii widać tragiczne skutki kolejnych ofensyw na afgańskie góry.

Ale rację trzeba przyznać i tym, którzy ubolewają, że w "Żmii" elementów fantastycznych jest mniej niż w poprzednich dziełach pisarza. Co zapewne jest jedynie jednorazowym wypadem Sapkowskiego na niwę powieści realistycznej. Jak zadeklarował w wywiadzie dla "Gazety Wyborczej" z 15 października, nie zamierza na razie porzucić roli szermierza literatury spod znaku fantasy.
Ale zostańmy na razie przy "Żmii", wysmakowanym, choć dynamicznie skrojonym wojennym czytadle. Już pierwsze strony powieści, opisujące atak afgańskich bojowników na rosyjski konwój podążający do zastawy, czyli wysuniętej placówki, przekonują, że Sapkowski potrafi pisać wyjątkowo plastycznie. Eksplozje, strzelanina, wybuchy, pokrzykiwania żołnierzy i wyrastający jak spod ziemi brodaci Afgańcy - to wszystko podane jest czytelnikowi wyjątkowo sprawnie i po męsku.

Cóż, Sapkowski po raz kolejny udowadnia, że jest doskonałym pisarskim militarystą. Upodobania do wojskowego sprzętu, sypiące się jak z rękawa nazwy broni i amunicji, wprawią w błogostan każdego faceta (dla laików autor sporządził na końcu "Żmii" specjalne zestawienia nazw i terminów pojawiającego się w powieści arsenału). To dodaje jego afgańskiej fabule waloru autentyczności.

Co może nas zdumiewać tym bardziej, że pisarz otwarcie przyznaje, że nigdy w Afganistanie nie był. Ale cóż to szkodzi? - odparują zapewne jego wielbiciele. Przecież Karol May nigdy nie był w Ameryce, a swoje genialne powieści o Dzikim Zachodzie napisał, siedząc w niemieckim więzieniu. Podobnie Sienkiewicz: nigdy nie był na Dzikich Polach, a czytając jego powieści, odnosimy wrażenie, jakby codziennie urządzał tam sobie konne wycieczki. Własna wizja Afganistanu, którą Sapkowski wyczarował na stronicach "Żmii", to po prostu dowód na jego skuteczny pisarski warsztat. I smakowity owoc szperania w bibliotekach, antykwariatach, wreszcie w internecie w poszukiwania afgańskich ciekawostek.

Właśnie tym zajmował się przez ostatnie klika lat, choć pomysł napisania wojennej epopei o Afganistanie narodził się w jego głowie już ponad siedem lat temu. Musiało minąć jednak kilka lat, żeby przyoblekł się w ostateczną powieściową formę. Zwłaszcza, że pisarz zajęty był dość ambarasującym pobytem w odległej historycznie epoce, konkretnie w XV wieku, w czasach religijnej rewolty Jana Husa. Ostatnią powieść ubraną w strojne szaty późnego średniowiecza zafundował fanom trzy lata temu.

"Lux perpetua", awanturniczą, choć niepozbawioną miłosnych wzruszeń opowieścią, zwieńczył cykl zwany "Trylogią husycką", w skład której weszły ponadto tomy "Narrenturm" (2002) i "Boży wojownicy" (2004). Krytyka sarkała nieco na taką literacką archeologię, ale dla czytelników przygód Reinmara z Bielawy husycki cykl był tylko potwierdzeniem klasy łódzkiego mistrza. Ostatecznie "Trylogia husycka" sprzedała się do tej pory w - bagatela - ponad półmilionowym nakładzie.

Sapkowski jest zresztą nad Wisłą liderem wszelkich wydawniczych statystyk. Tylko z pobieżnych danych SuperNOWEJ, macierzystego wydawnictwa pisarza, wynika, że do rąk polskich czytelników trafiło ponad dwa i pół miliona jego książek. Równie imponująco wyglądają przekłady na niemiecki, czeski i rosyjski.

Zresztą sława Sapkowskiego rozciąga się od Portugalii aż po najodleglejsze zakątki Ukrainy, czyniąc z niego lidera fantasy na skalę niemalże globalną, od którego sławniejszy był jedynie zmarły trzy lata temu klasyk s.f. Stanisław Lem. Olbrzymi sukces pisarza oznacza też zmiany na nadwiślańskiej mapie literackiej: dowartościowanie fantasy jako gatunku, do niedawna uważanego przez rodzimych krytyków za zjawisko pośledniejsze, a przynajmniej wstydliwe.

Przeciętnemu czytelnikowi 61-letni dziś Sapkowski kojarzy się jednak z tym, który na literackie salony wprowadził postać wiedźmina. Początki przystojnego jak diabeł herosa Geralta z Rivii, który gania za smokami, strzygami i przeróżnym tałatajstwem utrudniającym życie ludziom w powieściowym neverlandzie, sięgają mroków końca lat 80., kiedy to pisarz zamieścił kilka opowiadań o wiedźminie w "Fantastyce". Z czasem tekstów o nim przybywało, by ostatecznie zamienić się w cykl "wiedźmiński", obejmujący, oprócz wczesnych opowiadań, pięć tomów, ukazujących się regularnie w latach 1994-1999 (od "Krwi elfów", przez "Chrzest ognia", aż po "Panią Jeziora").
I to właśnie "Wiedźmin", bohater masowej wyobraźni, zapewnił Sapkowskiemu literacki splendor, zamieniając skromnego łódzkiego handlowca z branży futrzarskiej i tekstylnej w króla powieściowych bestsellerów, który - jak głosi skrzętnie pielęgnowana przez fanów legenda - po raz pierwszy wziął do ręki pióro w wieku 40 lat. Po to, aby jak twierdził: "Odreagować rzeczywistość". Równie niezwykłą karierę zrobił jego "Wiedźmin", trafiając nie tylko na biblioteczne półki, ale także do uczonych rozpraw socjologów.

Znany krytyk literacki Małgorzata Szpakowska, w jednym z tekstów w "Twórczości", przyrównała nawet Geralta z Rivii do bohaterów powieści Josepha Conrada. Wydaje się jednak, że jej koledzy po fachu nie są na razie zbyt skłonni do dowartościowania literackiego dziecka Sapkowskiego, dostrzegając w nim beneficjenta legendarnego, rozbuchanego "wiedźmińskiego biznesu": filmu, równolegle zrealizowanego telewizyjnego tasiemca, gier komputerowej i fabularnej, a nawet karcianej.

Z czego twórca "Żmii" może sobie jedynie pokpiwać. "Wiedźmin" dał mu wystarczający powód do tego, aby nie przejmować się rachityczną rodzimą krytyką, która widzi w nim literackiego nuworysza o dość prostackich manierach. Powodem jest zwykle do znudzenia przytaczana jego niefortunna wypowiedź sprzed czterech lat, z Ogólnopolskiego Konwentu Miłośników Fantastyki Polcon w Błażejówku koło Poznania.

Sapkowski miał się wtedy wyrazić, że "biały człowiek powinien pracować trzy godziny dziennie. Przecież Bóg po to stworzył inne rasy - Żydów, Cyganów, aby pracowały za niego". Pisarza natychmiast okrzyknięto rasistą i mimo licznych sprostowań, takim pozostaje do dziś dla większości literackiego establishmentu. Nawet jeśli jego książki podkreślają coś wręcz przeciwnego, a "Trylogia husycka" to istny pean pod adresem tolerancji.

Jak jest więc prawda o pisarzu? Najlepiej przekonać się osobiście i udać się do źródła, czyli sięgnąć do jego licznych powieści. Albo pofatygować się na spotkanie z mistrzem, które odbędzie się już 28 października w warszawskim Traffic Clubie. Pisarz przybędzie do stolicy osobiście i będzie firmować nie tylko "Żmiję", ale też audiobook z tekstem "Narrenturm", wyprodukowany ostatnio w koprodukcji SuperNOWEJ z Polskim Radiem.

Andrzej Sapkowski "Żmija", wyd. SuperNOWA, Warszawa 2009, cena: 33,90 zł

Wideo

Komentarze 1

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

G
Gedd
Niestety, książce nie pomogą ani quasi-pozytywne opinie, ani wspieranie jej wcześniejszą twórczością AS'a. Bubel, kiszka, popierdółka. Książka niby o czymś, a jednak o niczym, napisana na kolanie lub do szuflady i (jak sądzę) siłą wyciągnięta przez upadającego wydawcę, bo przezcież "ludzie kupią wszystko ze znaczkiem od AS'a". Szkoda słów i pieniędzy. A taką miałem nadzieję ;o(
Dodaj ogłoszenie