Afera podkarpacka. Sekstaśmy nie istnieją. To tylko teorie spiskowe - twierdzi były oficer Centralnego Biura Śledczego Policji w Rzeszowie

Andrzej Plęs
Seksafera podkarpacka - Daniel Śnieżek po raz pierwszy publicznie odnosi się do zarzutów, poprzedzającego je śledztwa i doniesień medialnych na ten temat
Seksafera podkarpacka - Daniel Śnieżek po raz pierwszy publicznie odnosi się do zarzutów, poprzedzającego je śledztwa i doniesień medialnych na ten temat 123rf (fotografia ilustracyjna)
- Sekstaśmy to bzdura, a afera podkarpacka to mistyfikacja służb i mediów - twierdzi Daniel Śnieżek, były naczelnik Wydziału do Zwalczania Zorganizowanej Przestępczości Ekonomicznej rzeszowskiego oddziału Centralnego Biura Śledczego Policji. Dziś - w głośnej tzw. aferze podkarpackiej - współoskarżony o przyjmowanie korzyści od właścicieli agencji towarzyskich i… bohater „Pętli” Patryka Vegi. Przedstawiamy pierwszą część ekskluzywnego wywiadu. Kolejną opublikujemy w poniedziałek 18 stycznia. Nie przegapcie!

Co takiego się stało, że zgodził się pan na tę rozmowę?

Do tej pory nie reagowałem na propozycje ze strony mediów. Także dlatego, że czułem niechęć do dziennikarzy, widząc, jakie kłamstwa na mój temat potrafili nie tylko powielać, ale też tworzyć. Poza tym pewien poseł zrobił sobie na Podkarpaciu kampanię wyborczą moim kosztem, używając mojego nazwiska. W tej sprawie został skierowany do sądu akt oskarżenia, więc mogę sobie pozwolić na pewne opinie, bo w żaden sposób nie wpłynę jakąkolwiek wypowiedzią na tok postępowania. Z drugiej strony myślę, że chyba już czas i mam do tego moralne prawo, żeby nieco oczyścić swoje imię i otworzyć ludziom oczy. Do tej pory byłem publicznie linczowany, oskarżany, wręcz skazany, teraz chcę sobie dać szansę na równie publiczną obronę.

I zaprzeczyć, że - jak utrzymuje Prokuratura Krajowa - przyjmował pan korzyści materialne od braci Żeni i Aleksa R., właścicieli sieci agencji towarzyskich? Że „wykaszał” pan dla nich ich konkurencję z rynku?

Pan prokurator ma pewną subiektywną ocenę określonych zdarzeń. W większości się z nią nie zgadzam, dlatego będziemy się spierać merytorycznie przed sądem. Nie chcę się w tym momencie ustosunkowywać do konkretnych zarzutów, bo tym samym ujawniłbym linię mojej obrony. Proszę też pamiętać, że całe śledztwo z jakiegoś powodu jest ściśle tajne. To też mnie ogranicza w wypowiedzi. Z tego też powodu opinia publiczna nigdy nie dowie się prawdy o tym wątku tzw. afery podkarpackiej. Może nastąpi to w przyszłości, za 25 lat lub jeszcze później, kiedy zostanie zdjęta klauzula tajności. Będzie to duży szok, a moja osoba pokaże się w zupełnie innym świetle i historia inaczej mnie oceni. Nigdy nie byłem po ciemnej stronie mocy. Niektóre tajemnice zabiorę do grobu. Tymczasem dziennikarze piszący o tej sprawie mogą sobie jedynie pofantazjować. Z drugiej strony - kto wie, czy kiedyś nie powstanie jakaś komisja śledcza, czego domagają się niektórzy politycy. Też się zdziwią, jak poznają prawdę. Argument o „wycinaniu konkurencji” to kolejny przykład medialnych spekulacji. Nie wiem, dlaczego tylko i wyłącznie mnie wskazuje się, jako „wszechmocnego” policjanta, którego wszyscy się bali, bo na każdego miał „haki”. I który sam decydował, kto będzie zamykany, a kto nie. Decyzje tej rangi zapadają na znacznie wyższych szczeblach resortu, ja w tamtych czasach byłem szeregowym funkcjonariuszem, miałem przełożonych, a każdą realizację zatwierdzał szef CBŚ w Warszawie. Prokuratorzy, nadzorujący śledztwa, na podstawie zgromadzonych dowodów podejmowali decyzje procesowe. Sąd decydował o środkach zapobiegawczych i karach.

Jako oficer CBŚ przyczynił się pan do likwidacji wielu agencji towarzyskich na Podkarpaciu, nie tylko tych prowadzonych przez Dawida Kosteckiego, ale lokale braci R. pozostawały nietykalne.

I tu też pana zdziwię, bo bracia R. mieli stawiane zarzuty przez rzeszowski CBŚ w jednej sprawie razem z właścicielem Prince Motelu. Zostali skazani prawomocnymi wyrokami. Tego jakoś też nikt nie chce zauważyć. Z drugiej strony - czy to jest pytanie do mnie? Jeszcze raz podkreślam, że nie byłem decydentem, tylko zwykłym policjantem. O wszystkich okolicznościach wiedzieli od zawsze szefowie CBŚ. To pytanie do nich i moich kolejnych bezpośrednich przełożonych, którzy też mieli pełną wiedzę. Może powiem jeszcze inaczej. Nie byłem jedynym policjantem na Podkarpaciu, ani CBŚ nie jest jedyną formacją, są też inne służby: ABW, Straż Graniczna, komenda wojewódzka policji, komendy miejskie, powiatowe policji - jednostki, w których kompetencjach też są przestępstwa związane z prostytucją. Czy ja, czy ktokolwiek inny z CBŚ zabraniał im działań wobec braci R.? O jakim więc parasolu ochronnym mówimy? Czy ja i CBŚ mieliśmy wyłączność na zajmowanie się zwalczaniem tego rodzaju przestępczości? Funkcjonariusze tych służb od zawsze chodzili na kontrole do wszystkich agencji towarzyskich, rozpracowywali te środowiska, proszę ich zapytać, dlaczego nic nie zrobili w temacie braci R. przez 26 lat? CBŚP nie miało monopolu na zwalczanie przestępstw związanych z nierządem. Dlaczego tylko do mnie te pytania?

CZYTAJ TEŻ: Seksafera na Podkarpaciu. Czy zamieszane są obce specsłużby?

Przecież nie zaprzeczy pan, że bywał w klubach nocnych braci. Zarazem - zdaniem śledczych - nieodpłatnie korzystał z baru i restauracji lokali, nawet z uprzejmości „pań do towarzystwa”.

Mam prawo - jak każdy człowiek - do przebywania, gdzie mi się podoba. W mojej ocenie nigdy z niczego nie skorzystałem za darmo z racji tego, że byłem policjantem. To subiektywna ocena prokuratora pewnych sytuacji, a ja mam zupełnie inny pogląd. W klubach braci R., które były znane w całej Polsce, bawiły się różne osoby, w tym bardzo znani celebryci, aktorzy i również przedstawiciele służb, policjanci i wiele innych osób z każdej profesji. Co ważniejsze: ja byłem policjantem operacyjnym, nie siedziałem za biurkiem. Życie nocne miasta, dyskoteki, kluby agencje towarzyskie, siłownie, bywałem wszędzie tam, gdzie gromadzi się element przestępczy. To była moja policyjna rzeczywistość. To było wręcz polecenie moich szefów, by bywać w takich środowiskach, penetrować, rozpoznawać, zdobywać informacje, których nie sposób zdobyć „zza biurka”. Nawet potem, jako naczelnik wydziału ekonomicznego rzeszowskiego CBŚP, byłem na pierwszej linii frontu.

CZYTAJ TEŻ: Podkarpacka seksafera. Agenci, politycy i panienki, czyli dobry temat na film

Prokuratura zainteresowała się panem, bo ponoć właściciel rzeszowskiego nocnego klubu Prince Motel twierdził, że płacił panu haracz.

To w ogóle groteskowa postać. Poznałem go przy okazji sprawy tak zwanej grupy „Prezesa”, jeszcze w latach 90. Dziewczyny z klubu nazywały go pieszczotliwie „Paździoch”. Poszedł wtedy na współpracę procesową z CBŚ i swoimi zeznaniami wystawił tę grupę. Zgodził się na montaż ukrytych kamer w lokalu. We mnie widział wtedy swojego zbawcę. Potem dwukrotnie miał stawiane zarzuty w sprawach prowadzonych przez rzeszowski CBŚ, w tym za handel ludźmi, sprawa dotyczyła sprzedaży polskich kobiet do Hong Kongu. Przyczynę swoich problemów z prawem utożsamiał, jak wielu innych, personalnie ze mną i w zmowie razem z wieloma innymi przestępcami z kręgów „burdelowych” fałszywie mnie oskarżył, że niby płacił mi haracz. W zeznaniach raz podawał, że gotówkę przekazywał w kopertach, innym razem zapewniał śledczych, że w banknotach zrolowanych w gumce. Drugi podobny zarzut postawiono mi na podstawie pomówień właściciela agencji Venus ps. Suchy. A były to najcięższe zarzuty z trzech, jakie mi postawiono w dniu zatrzymania. I już dawno zostały umorzone, ale jakoś ten fakt nie był interesujący dla mediów. Krótko mówiąc: zemsta świata przestępczego. Również inni rzeszowscy pseudogangsterzy, jak np. niejaki „Wajcha“, zachowali się podobnie jak właściciel Princa i Venus. I byli bardzo wylewni „na protokół” oraz w kontaktach ze służbami. A potem wystąpili jeszcze w kominiarkach ze zmienionym głosem w programie Super Wizjer, który powstał na mój temat. Każdy, kto ich zna, od razu ich rozpoznał. Czy tak postępują rzekomi gangsterzy czy kibole? Kiedy dostałem areszt, świat przestępczy na podkarpaciu świętował sukces. Pozbyli się swojego oprawcy i największego zagrożenia. Nie wiem, czemu akurat tylko mnie tak postrzegali. Czasami myślę, czy nie byłoby lepiej zginąć z ich rąk, ale wybrali inną formę zemsty. Jak się jest dobrym policjantem, ma się wielu wrogów. Nawet we własnym środowisku, bo także niektórzy policjanci przyczynili się do moich problemów. Obojętne, czy z zazdrości, czy z zawiści, ale z tym najtrudniej jest mi się pogodzić, że ramię w ramię z przestępcami składali fałszywe, obciążające mnie zeznania. Żyjemy w kraju, w którym można całkowicie bezkarnie każdego pomówić i zniszczyć komuś życie. Jeśli ktoś chce iść do prokuratury albo na policję i fałszywie kogoś oskarżyć, to śmiało. Nic wam za to nie grozi. Chciałbym zaznaczyć, iż pomimo przekonania prokuratury, że najcięższe zarzuty postawiono mi na podstawie fałszywych oskarżeń, ich umorzenie uzasadniono z powodów braku wystarczających dowodów winy.

Dawid „Cygan” Kostecki „zza krat”, ale publicznie, oskarżył pana o przyjmowanie łapówek od braci R. w zamian za ochronę ich interesów. I że w imię tej ochrony zlikwidował pan jego lokale.

Dziwi mnie, że skazanego za przestępstwa kryminalne gloryfikuje się, przedstawiając jako osobę, która ujawniła aferę podkarpacką. Mało tego: tworzone są spiskowe teorie, że z tego powodu Kostecki został zamordowany. Niektórzy insynuują wręcz, że na moje zlecenie. W rzeczywistości był liderem zorganizowanej grupy przestępczej. Kiedy bodaj w 2007 roku została rozbita przez CBŚ, jednego dnia zostało zatrzymanych 55 osób, z których 50 zostało tymczasowo aresztowanych. Handel bronią, narkotykami i ludźmi to nie jedyne udowodnione przestępstwa popełnione przez członków i innych liderów tej grupy.

CZYTAJ TEŻ: Dawid „Cygan” Kostecki. Burzliwe życie i tajemnicza śmierć rzeszowskiego boksera

Media i opinia społeczna wciąż spekulują: czy Kostecki zabił się sam, czy został zabity.

W mojej ocenie zabił go, choć nie w sensie dosłownym, „świat przestępczy”, którego był częścią. Poszedł na współpracę z organami ścigania i służbami, co jest niedopuszczalne w przestępczym półświatku. Swoimi obszernymi wyjaśnieniami w kilku sprawach obciążył swoich ziomków. Mienił się być zdeklarowanym grypserem, a w tym świecie jakiejkolwiek współpracy z „psami” albo prokuraturą się nie wybacza. Z tego powodu w więzieniu z pewnością nie miał lekko. Nie wiem, czy kazano mu się zabić pod wpływem jakiegoś szantażu, czy po prostu nie wytrzymał psychicznie. Już wcześniej podejmował próby samobójcze. Wątpię, aby ktoś z jego celi mu w tym pomógł, ale jedno jest pewne: w świecie grypsery „cela” musi dać na to zgodę, czyli musi pozwolić współosadzonemu na popełnienie samobójstwa.

Po pana zatrzymaniu rzecznik prokuratury oznajmił, że przemycał pan kobiety z Ukrainy do Polski. Do agencji towarzyskich braci R. Mocno zabrzmiało.

Kolejny absurd napompowany przez służby. Mimo to jakimś cudem nigdy nie miałem zarzutów handlu ludźmi. Na pewnym etapie śledztwa służby zaczęły, na podstawie jednego zdarzenia, dorabiać materiały operacyjne o moim rzekomym handlu ludźmi, przewożeniu kobiet przez granicę do agencji braci R. W programie TVN Wizjer zamaskowany rzeszowski pseudogangster ps. „Wajcha“ twierdził, że w samochodach służbowych w bagażniku przemycałem przez granice kobiety. Chyba prokuratorzy też dali temu początkowo wiarę, skoro taki przekaz poszedł do mediów, pomimo iż nie miałem takiego zarzutu. Że też ludzie wierzą w takie niedorzeczności. Takie coś może mieć miejsce tylko w filmach. Ktoś, kto chociaż raz przekraczał granicę Unii Europejskiej wie, jak wyglądają procedury. Poza tym dosłownie raz w życiu, razem z kilkoma innymi funkcjonariuszami, byłem służbowym samochodem na delegacji na Ukrainie. Mogę się tylko domyślać, na podstawie jakiego zdarzenia ukuto tę bajkę: to był przejazd z grupą taneczną gwiazdy ukraińskiej estrady Natalii Karpy, która przyjechała do Rzeszowa na koncert, którego patronem był prezydent Rzeszowa. Jeden z organizatorów poprosił mnie, abym w razie kolejek na granicy pomógł w przejeździe Natalii Karpy i jej zespołu, żeby nie było spóźnienia, bo będzie klapa. Pamiętam, że w tym dniu nawet nie było kolejki na granicy. Wszystkie tancerki następnego dnia wróciły do Lwowa. W szoku byłem, kiedy zobaczyłem, jak tę sytuację opisał pewien funkcjonariusz, twierdząc, że na tych samych paszportach na Ukrainę wyjechały inne kobiety.

Afera podkarpacka, agencje towarzyskie braci R. i sekstaśmy z udziałem prominentnych polityków i duchownych w ramionach pań do towarzystwa. Tysiące nagrań. Przed kilkoma miesiącami takie rewelacje wstrząsnęły opinią publiczną.

Cała ta afera została rozdmuchana przez jakiegoś sfrustrowanego agenta CBA i wpasowała się w kontekst kampanii wyborczej. Twierdzę stanowczo: takie taśmy nie istnieją. To tylko dziennikarskie teorie spiskowe, a jedna z nich mówi, że „taśmy” osobiście zawiozłem do Putina albo też przekazałem ukraińskiemu SBU. Przez chwilę stałem się wrogiem publicznym numer jeden, nawet zdrajcą stanu. Kiedyś karano za to śmiercią. Hipotetycznie: gdyby „taśmy” faktycznie istniały, stanowiłyby ogromne zagrożenie nie tylko dla bezpieczeństwa wewnętrznego kraju, ale również zagrożenie karne dla wszystkich osób, które miałyby związek z ich powstaniem, posiadaniem i rozpowszechnianiem. W jednej z gazet napisano kolejną nieprawdę, że to ja przekazałem „taśmy” temu agentowi CBA, a on nawet sprecyzował ich ilość. Jeśli twierdzi, że je miał, to pewnie je policzył. I ciekawe, dlaczego nie zrobił sobie kopii. Nie wiem, co kierowało tym człowiekiem, ale w programie jednej ze stacji telewizyjnych sugerowano, że z tym funkcjonariuszem od zawsze było coś nie tak. Twierdzenia, że w każdej agencji towarzyskiej nagrywa się klientów to absurd. Przecież w rzeczywistości byłaby to rejestracja przestępstwa, to jakby dealer narkotykowy nagrywał swoje transakcje z klientami, żeby mieć na nich materiał obciążający. Przecież w ten sposób gromadziłby dowody obciążające samego siebie. Hipotetycznie, nawet pod wpływem szantażu służb, gdyby ktoś się na to zdecydował, podjąłby ogromne ryzyko, nieadekwatne do ewentualnych korzyści. Narażałby się bowiem na kolejne przestępstwa zagrożone o wiele większymi karami, niż za przestępstwa związane z prostytucją. Po drugie, jest ryzyko, że kiedy taki proceder wyszedłby na jaw, to seksbiznes skończyłby się w jednym momencie. Kto poszedłby do agencji towarzyskiej, mając świadomość, że może zostać nagrany? Raz jeszcze podkreślam: nie ma żadnych taśm, w klubach braci R. nigdy i nic nie było nagrywane.

Opinia społeczna wie swoje. I niektórzy politycy też.

No właśnie, jak mogę udowodnić, że nie ma czegoś, czego nie ma. Jak się okazuje, dużo łatwiej jest wszystkich przekonać, że istnieje coś, czego nie ma. W taśmy wierzą służby, a pewna osoba z kręgów politycznych proponowała mi odkupienie niektórych nagrań. Paranoja. Rozpowszechnianie przez media informacji, jakobym był w posiadaniu rzekomych taśm, naraziło mnie i moją rodziną na szereg zagrożeń. Ponadto z pewnością byłem inwigilowany z tego powodu przez nasze albo i obce służby. Może zresztą nadal jestem. Niektórzy znajomi bali się ze mną spotkać, a policja proponowała mi ochronę, z której nie skorzystałem. Kolejna rzecz: twierdzenia, że na tych nieistniejących taśmach nagrany jest były marszałek sejmu i nawet biskup są po prostu chamstwem, inaczej tego nie mogę nazwać. I dlaczego się zakłada, że tylko politycy jednej partii mogli uczęszczać do klubów braci R.? Funkcjonowały przecież przez dwadzieścia sześć lat.

Seks-afera podkarpacka. Od jednego filmu do sprawy rzekomo z...

DRUGĄ CZĘŚĆ ROZMOWY Z DANIELEM SNIEŻKIEM OPUBLIKUJEMY W PONIEDZIAŁEK 18 STYCZNIA: "O aferze podkarpackiej i kulisach filmu „Pętla“ napiszę w książce - zapowiada były oficer CBŚP w Rzeszowie"

Akt oskarżenia
Małopolski Wydział Zamiejscowy Departamentu do Spraw Przestępczości Zorganizowanej i Korupcji Prokuratury Krajowej w Krakowie oskarżył Daniela Śnieżka o przyjmowanie korzyści materialnych i niematerialnych od właścicieli sieci agencji towarzyskich. W liczącym 633 karty akcie oskarżenia, z którego trzy czwarte objętości objęte jest klauzulą „ściśle tajne”, podobnymi oskarżeniami objętych jest pięciu innych, wysokich rangą podkarpackich policjantów: Krzysztof B., były naczelnik Zarządu CBŚP w Rzeszowie, któremu prokuratura przypisuje pięć korupcyjnych przestępstw i przekroczenie uprawnień w celu osiągnięcia korzyści majątkowych. Identyczne oskarżenie dotyczy Roberta P., byłego szefa rzeszowskiej delegatury CBA, a wcześniej wieloletniego agenta tutejszej komórki CBŚP. Czwartym oskarżonym jest Ryszard J. , były naczelnik Wydziału w Rzeszowie Biura Spraw Wewnętrznych Komendy Głównej Policji. Piąty to Damian W., były naczelnik Zarządu w Białymstoku CBŚP, wcześniej naczelnik Wydziału do Zwalczania Zorganizowanej Przestępczości Narkotykowej w rzeszowskim CBŚP. Ostatnim na liście oskarżonych jest Piotr J., który też wówczas kierował rzeszowskim CBŚP. Informująca o sporządzeniu aktu oskarżenia Prokuratura Krajowa określiła ich rzekomo wspólne działania jako „parasol ochronny” nad siecią agencji towarzyskich.

Materiał oryginalny: Afera podkarpacka. Sekstaśmy nie istnieją. To tylko teorie spiskowe - twierdzi były oficer Centralnego Biura Śledczego Policji w Rzeszowie - Nowiny

Komentarze 1

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

Ż
Żyła

Na drugie pytanie dziennikarza czy brał korzyści majątkowe nie odpowiedział wyraźnie że nie.

Dodaj ogłoszenie