Adrian Tekliński: Nie chciałbym kończyć kariery w tęczowej...

    Adrian Tekliński: Nie chciałbym kończyć kariery w tęczowej koszulce

    Zdjęcie autora materiału
    Arlena Sokalska

    Aktualizacja:

    Polska

    Adrian Tekliński, mistrz świata w scratchu
    1/7
    przejdź do galerii

    Adrian Tekliński, mistrz świata w scratchu ©Sylwia Dabrowa

    Chciałbym doczekać jako zawodnik do mistrzostw świata, które odbędą się w 2019 r. w Polsce. Nie chciałbym - nosząc tęczową koszulkę - kończyć kariery z tego powodu, że nie mogę znaleźć ekipy na najbliższy sezon. To byłaby moja osobista porażka, bo dużo pracowałem na ten sukces i poświęciłem wiele, by być w tym miejscu, w którym jestem. Kolarstwo torowe nie jest sportem, w którym są duże pieniądze. Potrzeba determinacji i samozaparcia, żeby je uprawiać. A gratyfikacje finansowe są niewspółmierne do wysiłku kolarzy - mówi mistrz świata w kolarstwie torowym (scratch), Adrian Tekliński.
    Przed nami największe kolarskie wydarzenie tej jesieni w Polsce - w dniach 3-5 listopada na torze w Pruszkowie zostaną rozegrane pierwsze zawody Pucharu Świata w tym sezonie. Jak mistrz świata szlifuje swoją formę?
    Przygotowania rozpoczęliśmy pod koniec sierpnia zgrupowaniem w Kaliszu. Pogoda nam spłatała figla, bo chcieliśmy pojechać na wysokość do Livigno, a tam niestety spadł śnieg, więc musieliśmy szybko zmienić plany.
    Ale Kalisz jest dla nas szczęśliwym miejscem, bo od trzech lat właśnie tam przygotowujemy się do imprez mistrzowskich i po tych zgrupowaniach zawsze są medale, więc myślę, że tym razem też tak będzie.

    Wielu ludziom się wydaje, że trening torowy jest podobnie jednostajny jak pływacki, bo w kółko się jeździ po torze. Ale to nie do końca tak jest?
    Właściwie 90 proc. naszych treningów to jest kolarstwo szosowe i tam musimy wykonać mnóstwo pracy. Potem dopiero szlifujemy formę na torze. Ale to też jest przyjemna praca. Ostatnio w Pruszkowie trwały prace remontowe, mamy świeżo wycyklinowany tor. Myślę, że to poprawi jego szybkość, już zresztą odczuwamy, że jeździ się inaczej. Dzięki temu łatwiej się buduje formę mistrzostwami Europy w Berlinie i przed pucharem.

    Myśli Pan, że dzięki tej renowacji toru jest szansa, by na listopadowym Pucharze Świata padły jakieś rekordy?
    Bardzo możliwe, że padną, ale wszystko zależy od temperatury na zewnątrz. Najlepsze wyniki osiągamy zazwyczaj latem, gdy temperatura na zewnątrz wynosi około 30 stopni, a w środku, na torze jest niewiele mniej. Tor jest wtedy bardziej nośny i ułatwia bicie rekordów. Teraz jesienią mamy - jak my to mówimy "ciężkie" powietrze, które dostaje się na tor i to nie pomaga.

    To brzmi wręcz nieprawdopodobnie, że na wyniki osiągane na zamkniętym obiekcie może mieć wpływ pogoda na zewnątrz. Ale już głośno było o tym, gdy Wiggins bił rekord godzinny, bo wtedy na dworze było mgliście i deszczowo. To naprawdę ma aż takie znaczenie?
    Tak, wiele lat tamu, gdy kolarze bili rekordy prędkości na różnych dystansach, często jeździli na wysokość, do Boliwii i Meksyku, gdzie gęstość powietrza jest mniejsza. I to rzeczywiście pomaga. Startowałem w wyścigach juniorskich i seniorskich na takich obiektach, faktycznie jest różnica, prędkości są wyższe. Organizm kosztuje to dużo więcej, bo tlenu jest mniej, ale gęstość powietrza robi swoje i kolarzom mimo wszystko łatwiej się jedzie.

    To niesamowite, podobnie jak prędkości, które rozwijacie na torze. Myślę, że wielu kibiców nie zdaje sobie sprawy, że jeździcie nawet 60-70 km na godzinę. Wygląda to bardzo widowiskowo, gdy na małej przestrzeni grupa kolarzy pędzi, przeciska się i zazwyczaj nie dochodzi do kraks. To jest trudny technicznie sport?
    To jest dyscyplina, w której trzeba opanować technikę i zwyczajnie się jej nauczyć. Mam nadzieję, że dzięki Pucharowi Świata w Pruszkowie kibice polubią naszą dyscyplinę. To może być jedna z lepiej zorganizowanych imprez, bo Polski Związek Kolarski poruszył wiele instytucji, firm, sponsorów, będą też transmisje telewizyjne. Samo przygotowanie toru pokazuje, że wszystko będzie zapięte na ostatni guzik. Myślę, że dzięki temu "sprzedamy" naszą dyscyplinę kibicom i kolarstwo torowe stanie się w Polsce bardziej popularne. Mamy taki martwy okres, bo sezon kolarstwa szosowego powoli się kończy, a torowe jest takim naturalnym uzupełnieniem. Jest wiele ciekawych imprez, które można zobaczyć w telewizji, można też przyjechać do Pruszkowa i zobaczyć na żywo. A mało kto wie, że można też przyjechać do Pruszkowa, wypożyczyć rower i spróbować swoich sił, nauczyć się podstaw.

    Opowiadał mi kiedyś jeden z bardzo doświadczonych kolarzy, że kiedy przyjechał jako junior na tor i zobaczył tę ścianę na wirażu, to stwierdził, że nigdy w życiu na nią nie wjedzie. Oczywiście to zrobił. Ale jest taki moment, że trzeba przełamać swój lęk?
    Znacznie straszniej tor wygląda z perspektywy kibica niż z perspektywy kolarza (śmiech). Jeśli się osiągnie 30 km na godzinę, to można spokojnie wjechać na wiraż. Ten lęk jest tylko na początku. Ale faktycznie, jeśli ktoś nigdy nie jechał po torze, to może mu się wydawać kosmosem, że wysoko na ścianie pod bandą zawodnicy jeżdżą 60-70 km na godzinę. Dziś wszystko, co jest ekstremalne, co wydaje się być na granicy szaleństwa, bardzo się podoba, więc mam nadzieję, że kibice polubią kolarstwo torowe.

    Wszyscy zawsze powtarzają, że w kolarstwie ważne jest nie tylko przygotowanie fizyczne, ale i psychiczne. Czyli - mówiąc po kolarsku - musi być nie tylko noga, ale i głowa. Na torze głowa jest jeszcze ważniejsza?
    Tutaj nie ma czasu na błędy, nie ma czasu na poprawki, zrehabilitowanie się. Czasami na wyścigu szosowym jest np. ciężko przez dwie godziny, a potem wszystko puszcza i można robić niesamowite rzeczy. Tu, na torze, mamy tylko jedno przełożenie. Tak, jak się wejdzie w wyścig, tak się go i kończy. Głowa na torze jest bardzo ważna, może nawet ważniejsza. Tu każdy jedzie na limicie, każdy cierpi. Kto ma w sobie tyle samozaparcia, by ten ból pokonać, a potem jeszcze zafiniszować, wygrywa.

    Tak było podczas Pana mistrzowskiego wyścigu w Hongkongu?
    Jechałem bardzo mocno. Czułem, że będzie bolało i tak właśnie było. Teraz się cieszę, że takim cierpieniem i bólem okupiłem ten złoty medal, bo z perspektywy czasu on jeszcze lepiej smakuje. Będę pamiętał ten wyścig do końca życia. Musiałem dać z siebie 100 proc. i jeszcze ten jeden ponad. Wiedziałem, po co jadę i o co walczę, że moje marzenia są tam, na kresce, że muszę tam dojechać pierwszy. I dojechałem.

    Wiedział Pan, że jedzie po złoto? Od razu od początku zawodów myślał Pan o tęczowej koszulce?
    Tak, trzeba sobie wyznaczyć ten jeden cel. Każdy, kto mnie zna, wiedział, że marzę o złocie, o Mazurku Dąbrowskiego. Bylem wiele razy blisko, a w Hongkongu w końcu się udało. Dobry występ w drużynie sprawił, że miałem pewność siebie, to pozwoliło na atak w niespodziewanym momencie. Wcześniej bywało tak, że jechałem jako jeden z faworytów, to mnie usztywniało i zawsze coś było nie tak. Tym razem podszedłem do wyścigu ze spokojną głową, bo jazda w drużynie była najważniejsza. Może to jest mój przepis na sukces? Dwanaście rund przed metą pomyślałem: jeśli nie dziś, to kiedy. Nie chciałem czekać na finisz, wyczekałem moment, że nikt się nie spodziewał i ruszyłem.

    Tak trochę na Contadora, bo inni zawodnicy byli bardzo zaskoczeni, gdy się zebrali do pogoni, to było już za późno?
    O właśnie! Cieszę się, że zdobyłem złoto w takim stylu. Jakbym chciał sobie wymarzyć to złoto, to właśnie tak: że wszyscy gonili, ale nikt nie dał rady.

    Dlaczego Pan został na torze? W Pana roczniku - a to jest znakomity rocznik nie tylko w Polsce - jest wielu świetnych kolarzy, którzy postawili jednak na szosę.
    Może to nawet bardziej tor wybrał mnie. Jeździłem razem z Michałem Kwiatkowski, Rafałem Majką, Pawłem Poljańskim, czyli topowymi zawodnikami szosowymi, ścigaliśmy się razem w kategoriach juniorskich i młodzieżowych. Wtedy każdy z nas szukał swojej drogi. Wyszedłem z założenia, że jeśli mam coś robić, to chcę to robić na najwyższym poziomie. Moje predyspozycje i parametry wskazywały, że na torze mogę osiągać naprawdę dobre wyniki. Wiedziałem, że niekoniecznie muszę jeździć na szosie, by spełniać się jako zawodnik. Kolarstwo torowe porównałbym do lekkiej atletyki. Bo podobie jak tam, my jesteśmy bardziej zależni od Polskiego Związku Kolarskiego, od ministerstwa sportu, bazujemy na szkoleniu centralnym. Kiedy kończyłem etap juniorski, właśnie powstał ten tor, więc mogłem dalej trenować na torze.




    1 3 »

    Czytaj treści premium w Polsce Plus

    Nielimitowany dostęp do wszystkich treści, bez inwazyjnych reklam.

    W związku z ciszą wyborczą komentarze zostały wyłączone, zapraszamy z powrotem w niedzielę wieczorem.

    Najnowsze wiadomości

    Zobacz więcej

    Najczęściej czytane

    Nie przegap

    Wideo