Adolf Pilch ps. Góra-Dolina i Doliniacy. Z kresowej matni w piekło powstańczej Warszawy [Zgrupowanie Stołpecko-Nalibockie AK]

Wojciech Rodak
Wojciech Rodak
Oddział Adolfa Pilcha w Kampinosie Domena publiczna/Wikipedia
Zgrupowanie Stołpecko-Nalibockie AK to jednostka, która wybitnie zasłużyła się w walkach na Kresach i w stolicy. Oto dramatyczne dzieje tego oddziału.

W połowie sierpnia 1944 r. oddziały powstańcze Armii Krajowej walczące na warszawskim Starym Mieście znajdowały się w tragicznym położeniu. Niemcy okrążyli je i nacierali ze wszystkich stron. Ich siły dramatycznie topniały pod naciskiem dobrze uzbrojonych przeciwników, nawały artyleryjskiej i bombardowań. By utrzymać strategicznie położoną dzielnicę potrzebowali wsparcia z zewnątrz. Dlatego też dowództwo powstania wezwało na odsiecz zaprawionych w bojach partyzantów z Puszczy Kampinoskiej.

Oddziały z Grupy AK „Kampinos” dowodzone przez mjr. Alfonsa Kotowskiego ps. „Okoń” pojawiły się na Żoliborzu 20 sierpnia. Liczyły ok. 700 uzbrojonych po zęby, jak na realia powstańcze, żołnierzy. Posiadali sporo rkm-ów, a nawet mieli na stanie drogocenne przeciwpancerne piaty. Większość z nich pochodziła z Kresów, z okolic dalekich Stołpców i Puszczy Nalibockiej. Wielu po raz pierwszy widziało Warszawę. Setki po raz pierwszy i ostatni.

mjr. Alfons Kotowski ps. „Okoń” Domena publiczna/Wikipedia

Posiłki miały się przedrzeć pod osłoną nocy z Żoliborza przez teren wokół Dworca Gdańskiego w kierunku Starówki, Stawek i Muranowa. Plan natarcia przygotowany przez ppłk Mieczysława Niedzielskiego ps. „Żywiciel”, dowódcę Obwodu AK Żoliborz, był tak prosty, że, jak pisał później Edward Bonarowski ps. „Ostromir”, „trącił prymitywizmem”. Zakładał, iż powstańcy zaatakują niemieckie pozycje w dwóch rzutach. Druga grupa miała ruszyć do akcji dopiero wtedy, gdy pierwsza rozpocznie walkę z nieprzyjacielem na torach. Ich głównym atutem miało być zaskoczenie. Niestety, przez niedbałe rozpoznanie terenu okazało się ono atutem Niemców.

Żołnierze z Kampinosu wyruszyli do ataku ok. godziny 22:00, z pozycji położonych wzdłuż ulic Stołecznej i gen. Zajączka. Pododdziałami nalibockimi dowodzili, m.in., por. Franciszek Baumgart ps. „Dan”, por. Witold Pełczyński ps. „Dźwig”, ppor. Henryk Czerwiec ps. „Jaskólski” i ppor. Józef Krzywicki ps. „Prawdzic”. Gdy czołówka atakujących dotarła do zrujnowanych baraków, znienacka w ich stronę posypały się serie z broni maszynowej. Kilku powstańców padło skoszonych. Nikt nie spodziewał się Niemców już tutaj. Rozpoczęła się strzelanina w ciemnościach. Jednocześnie artyleria hitlerowska z Cytadeli, Burakowa i Stawek rozpoczęła ostrzał przedpola baraków, siejąc spustoszenie pośród akowców. Mimo to, po krwawych walkach, „Jaskólskiemu” i „Prawdzicowi” udaje się wyprzeć niemiecką piechotę za tory kolejowe. Artyleria cichnie - są sprzyjające warunki do kontynuowania ofensywy. A jednak drugi rzut nie rusza do boju. Dlaczego? Prawdopodobnie doszło do nieporozumienia dowódców. Rozkazano oddziałom leśnym wycofać się z powrotem na Żoliborz. Żołnierze wracali przygnębieni i rozbici psychicznie. „Jaskólski” stracił większość ze swoich 120 ludzi. W innych oddziałach są dziesiątki zabitych i rannych.

Następnego dnia, 21 sierpnia, przybywa kanałami na Żoliborz sam szef sztabu Komendy Głównej AK gen. Tadeusz Pełczyński ps. „Grzegorz”. Na odprawie mobilizował dowódców oddziałów do kolejnego natarcia na Dworzec Gdański.

Plan natarcia na Dworzec Gdański Domena publiczna/Wikipedia

- Dojdziecie do Starówki. Okryjecie się chwałą. Nadamy to wszystko przez radiostację „Błyskawica”. Cała Europa się dowie, że powstańcza Warszawa nawiązała bezpośredni kontakt z terenem – zachęcał podkomendnych. Wspierał go „Żywiciel”. Zapewniał, że nieprzyjaciel nie jest już tak silny i jedyną poważniejszą przeszkodę dla powstańców może stanowić pas ostrzału artyleryjskiego.
Plan natarcia zmieniono. Teraz powstańcy mieli zaatakować w trzech rzutach, wyruszających do boju co 20 minut. Miał nimi kierować „Okoń”. Jednocześnie od strony Starówki miały się do nich przebijać oddziały zgrupowania „Radosław”.

Powstańcy zastygli na pozycjach wyjściowych do godziny drugiej w nocy, mając nadzieję na uśpienie czujności Niemców. Wreszcie ruszyli do ataku. Gdy dotarli do skarpy nad torami, hitlerowcy wystrzelili dziesiątki rakiet świetlnych – zrobiło się jasno jak w dzień. Ich ckm-y ustawione z drugiej strony torów raziły powstańców gradem kul. Wtedy nadjechał pociąg pancerny. Jego działa i karabiny maszynowe otworzyły ogień. W tym samym momencie zaczęła „grać” artyleria. Rozpoczęła się masakra akowców.
- 200 metrów od al. Wojska Polskiego zaległy, w blasku wiszących rakiet, 4 kompanie i prowadzą walkę. Parodia walki! - wspominał „Ostromir” - Rkm-y przeciw ckm-om; piaty – przeciwko pociągowi pancernemu; karabiny powtarzalne - „dziewiątki” sowieckie – też strzelały. Tylko do jakiego celu? Bezmyślnie…? Żeby Niemcom napędzić stracha? Którym Niemcom – tym z pociągu pancernego czy tym zza torów? (…) Przedwczoraj (20 sierpnia – WR) było zwyczajne zaskoczenie i zwyczajne straty. Dziś zaskoczenie niezwykłe, w skutkach makabryczne.

Powstańcy przygwożdżeni ogniem na otwartej przestrzeni ginęli dziesiątkami. Sanitariuszki ofiarnie próbowały wynosić rannych. Atak utknął na dobre. Jedynie paru żołnierzom z kompanii „Dana” udało się przekroczyć tory, by polec tuż przed barykadami Starówki. Mimo ciężkich strat i widocznej przewagi przeciwnika, dowódcy nie wydali rozkazu wycofania żołnierzy z „kotła śmierci”. W końcu zaczęli oni samowolnie, grupami, kierować się z powrotem w stronę Żoliborza.

Drugi szturm skończył się rzezią. Pod Dworcem poległo około 500 powstańców. 350 stanowili „chłopcy z lasu”, w większości weterani ze Stołpecko-Nalibockiego Zgrupowania AK. Był to początek końca tej legendarnej formacji kresowej, formacji, która miała za sobą zwycięskie boje z Niemcami, ledwo uratowała się przed zagładą z rąk sowietów i przebyła 600 km przez okupowaną Polskę, by bohatersko bić się o stolicę. Oto dramatyczne dzieje tych zapomnianych żołnierzy.

„Legioniści” z Puszczy Nalibockiej
Struktury konspiracyjne Polskiego Państwa Podziemnego w strefie, którą do czerwca 1941 r. okupował Związek Sowiecki, były bardzo słabe. Silna agentura NKWD, wywózki i terror skutecznie uniemożliwiały ich tworzenie i funkcjonowanie. Dopiero od momentu zajęcia Kresów przez Niemców mogły się one swobodniej rozwijać.

W interesującym nas Okręgu AK Nowogródek, obejmującym teren przedwojennego województwa nowogródzkiego, prężnym organizatorem polskiego podziemia był ppłk Jan Szulc vel Janusz Szlaski ps. „Prawdzic”, „Borsuk”. To on powołał do życia i rozwinął miejscową siatkę akowską. Ponadto znacznie wcześniej niż w sąsiednich okręgach, już w połowie 1942 r., rozpoczął tworzenie własnych oddziałów partyzanckich. Co ciekawe, początkowo działały one podszywając się pod sowieckie leśne bandy. Akcje dywersyjne przeciwko Niemcom przeprowadzano w mundurach czerwonoarmistów, przy użyciu rosyjskiej broni, komunikując się tylko i wyłącznie po rosyjsku. Chroniło to AK przed dekonspiracją, a polską ludność przed odwetowymi represjami. W uniformach WP i z orzełkiem na czapce działano dopiero od maja 1943 r.

ppor. Kasper Miłaszewski ps. „Lewald” Domena publiczna/Wikipedia

Jedno z potężniejszych ugrupowań partyzanckich utworzono w czerwcu 1943 r. w Stołpcach - najdalej wysuniętym na wschód ośrodku AK. Na jego czele stanął ppor. Kasper Miłaszewski ps. „Lewald”. Polski Oddział Partyzancki (POP), bo tak się oficjalnie nazywał, rozrósł się błyskawicznie. W dwa tygodnie od powstania jego liczebność wzrosła z czterdziestu czterech żołnierzy do stu pięćdziesięciu. Ich obóz znajdował się w olbrzymiej i nieprzebytej Puszczy Nalibockiej, do której Niemcy i ich białoruscy sojusznicy bali się zapuszczać.

Najbardziej zuchwałym wyczynem ludzi „Lewalda” była akcja w Iwieńcu. Jej celem było odbicie uwięzionych akowców, a także udaremnienie kolejnej niemieckiej ekspedycji represyjnej.

Centrum Iwieńca Domena publiczna/Wikipedia

19 czerwca 1943 r. sześćdziesięciu żołnierzy, pod dowództwem ppor. „Dźwiga”, weszło do miasteczka w cywilnych ubraniach. Nie zwracali niczyjej uwagi – w dzień targowy łatwo było „rozpłynąć się” w tłumie. Tymczasem kawaleria chor. Zdzisława Nurkiewicza ps. „Nieczaj”/„Noc” zabezpieczała teren wokół miejscowości. Zerwali jeden most, odcięli linie telefoniczne i pilnowali dróg dojazdowych. Na umówiony sygnał – bicie dzwonów kościelnych – zaatakowano Niemców. Około stu ludzi z „Lewaldem” natarło na Iwieniec z zewnątrz, podczas gdy grupa „Dźwiga” biła się na ulicach miasteczka. Jednak najważniejsze okazało się wsparcie polskich konspiratorów, którzy przeniknęli w szeregi białoruskiej policji kolaboracyjnej. Ci zlikwidowali niemieckie dowództwo, a także wszystkich zwolenników Niemców w swoich szeregach. Dzięki zaskoczeniu szybko opanowano prawie całe miasteczko.

Jedynym gniazdem oporu pozostał posterunek żandarmerii. Hitlerowcy nie chcieli się poddać, ponieważ obawiali się, że i tak zostaną rozstrzelani za zbrodnie, które popełnili na miejscowej ludności. W końcu partyzanci za pomocą sikawki oblali budynek benzyną i podpalili. Obrońcy spłonęli żywcem. Ogółem w całej akcji zginęło, szacunki są różne, od 50 do nawet 100 niemieckich żołnierzy i policjantów. Polacy okupili zwycięstwo stratą zaledwie kilku ludzi. Zyskali mnóstwo sprzętu (cekaemów, erkaemów i amunicji), a także znacznie zwiększyli liczebność swojego oddziału. Przyłączyli się do nich uwolnieni więźniowie polscy, żydowscy, a także dziesiątki członków białoruskiej policji.
Sukces w Iwieńcu zapoczątkował serię udanych ataków „legionistów”, jak nazywali członków POP miejscowi, na niemieckie posterunki i kolumny transportowe. Działające w Puszczy Nalibockiej sowieckie oddziały partyzanckie także aktywnie siały niepokój w tym regionie. Niemcy nie mogli pozostawać obojętni na taki chaos na zapleczu frontu. W połowie lipca 1943 r. rozpoczęli szeroko zakrojoną operację o kryptonimie „Hermann”, która miała przywrócić ład w tej części okupowanej Białorusi. Do akcji rzucono dziesiątki tysięcy żołnierzy, w tym znaną z bezwzględności Brygadę Dirlewangera. Przeczesywali oni Puszczę Nalibocką starając się osaczyć partyzantów. Świadomi przeważających sił wroga Polacy sprzymierzyli się Sowietami i przygotowali wspólnie linię obrony.

Gdy jednak Niemcy zbliżyli się do niej, komuniści po cichu, nie informując o niczym akowców, opuścili swoje pozycje. Oddział „Lewalda” został okrążony. Części jego sił udało się wymknąć z potrzasku, ale przy dużych, sięgających nawet stu pięćdziesięciu żołnierzy, stratach. Dziesiątki „legionistów” uciekało na własną rękę. POP został tymczasowo rozproszony. W czasie operacji „Hermann” mocno ucierpiała także ludność cywilna z okolic Puszczy Nalibockiej. Grubo ponad 4 tys. ludzi zginęło w pacyfikowanych wioskach, a prawie 21 tys. wywieziono na roboty do Rzeszy.

Na wojennej ścieżce z Sowietami
Komunistyczna partyzantka działała w olbrzymich kompleksach leśnych polskiej części Białorusi od 1941 r., kiedy to podczas Operacji „Barbarossa” Wehrmacht rozbił Armię Czerwoną w pył. Wtedy to liczne grupki sowieckich żołnierzy i zbiegłych jeńców zaczęły przenikać do Puszczy Nalibockiej w poszukiwaniu schronienia. Z czasem rozproszone bandy zaczęli konsolidować i koordynować przysłani z Moskwy oficerowie NKWD. Sowiecka partyzantka stanowiła olbrzymią siłę. Szacuje się, w latach 1943-44 było ich ok. 20-25 tys. Co więcej, byli doskonale wyposażeni. Zrzucono im broń wystarczającą, by uzbroić 80-tysięczną armię. O ile przeciwko Niemcom nie wykorzystywali w pełni swojego potencjału militarnego, to chętnie zwracali go przeciw bezbronnym. Kolejne wyprawy rekwizycyjne okrutnie łupiły miejscową ludność wiejską z resztek żywności i dobytku. Szczególnie aktywne na tym polu były podległe komunistom żydowskie oddziały pod dowództwem Tewje Bielskiego.

Relacje pomiędzy sowiecką partyzantką a AK układały się w miarę poprawnie do wiosny 1943 r., kiedy to na skutek odkrycia zbrodni katyńskiej doszło do zerwania stosunków dyplomatycznych pomiędzy rządem RP na uchodźstwie a Moskwą. Na Kremlu zdecydowano, że oddziały Armii Krajowej należy bezwzględnie likwidować. Zwiastunem narastającego zagrożenia ze strony komunistów była masakra we wsi Naliboki, w której zginęło ponad 120 Polaków, w tym wielu akowców i członków ich rodzin. Kolejnym wrogim aktem była opisana wyżej zdrada ludzi „Lewalda” podczas operacji „Hermann”. Jednak najgorsze miało dopiero nadejść.

Latem i jesienią 1943 r. Batalion Stołpecki AK, bo tak nazywał się teraz POP, odbudowywał straty po niemieckiej akcji przeciwpartyzanckiej. KG AK przysłała mu dwóch nowych oficerów – mjr Wacława Pełkę ps. „Wacław” i „cichociemnego” ppor. Adolfa Pilcha ps. „Góra”. Pierwszy objął dowództwo oddziału, drugi został jego zastępcą.

ppor. Adolf Pilch ps. „Góra-Dolina” Domena publiczna/Wikipedia

Pomimo podejrzanego, czasem wręcz wrogiego, zachowania czerwonych partyzantów nie podejmowano przeciwko nim działań. Rozkazy dowódcy AK gen. Bora-Komorowskiego były jednoznaczne: „Unikać obecnie zatargów z oddziałami sowieckimi. Te nasze oddziały, które miały już zatargi i nie mogłyby z tego powodu ułożyć poprawnie stosunków z oddziałami sowieckimi, powinny zostać przesunięte na nowy teren. Z naszej strony dopuszczalna jest jedynie akcja samoobrony”. Dlatego też dowództwo batalionu nie odmówiło, gdy komunistyczny komendant Grigorij Sidoruk ps. „Dubow” wezwał ich 1 grudnia 1943 r. na wspólną naradę. Spotkanie okazało się pułapką. „Wacława”, „Lewalda” i kilku innych oficerów aresztowano, a kilkudziesięciu ich podkomendnych rozbrojono. Większość z nich od razu rozstrzelano bez sądu.

„Góra”, który wtedy objął dowodzenie liczącą kilkuset partyzantów jednostką, potraktował to jako wypowiedzenie wojny. Nie zamierzał ustępować o wielokroć silniejszemu przeciwnikowi i zostawiać miejscowych Polaków na pastwę losu. Położenie Batalionu Stołpeckiego było bardzo ciężkie. Mieli mało broni i amunicji, a od najbliższych zgrupowań AK dzieliła ich kontrolowana przez komunistów Puszcza Nalibocka. Wtedy właśnie Niemcy zaproponowali „Górze” zwieszenie broni. Ten, w porozumieniu ze zwierzchnikami, zgodził się na nie. Co więcej, w ciągu paru miesięcy otrzymał lub kupił od nich amunicję oraz kilkaset sztuk broni, w tym ciężkie karabiny maszynowe i moździerze. Dzięki temu mógł znacząco rozbudować swój oddział - do lipca 1944 liczył on ponad 800 ludzi i niemal 600 koni.

Jednocześnie żołnierze „Góry” prowadzili aktywną kampanię obronną przeciwko Sowietom. Tropiono i bezwzględnie likwidowano ich mniejsze oddziały. Wyłapywano i zabijano „czerwonych” szpiegów. Ogółem do lata 1944 r. zabito około 600 komunistycznych partyzantów przy minimalnych stratach własnych.

Walki w Kampinosie i Warszawie
W czerwcu 1944 r. ruszyła wielka ofensywa Armii Czerwonej (operacja „Bagration”). Żołnierze „Góry” mieli początkowo walczyć, w ramach akcji „Burza”, w operacji wyzwalania Wilna. Jednak, w wyniku nieporozumień w dowództwie AK, wysłano ich, by atakowali Niemców na południowym brzegu Niemna.
Front zbliżał się szybko. Zarówno partyzanci jak i miejscowi Polacy wiedzieli, że ze strony komunistów raczej nie spotka ich nic dobrego. Wobec tego „Góra” zdecydował o podjęciu marszu na zachód. Długa kolumna złożona z setek wozów, na których siedzieli bojownicy i cywile, jechała przez okupowany kraj niemal zupełnie przez nikogo nie niepokojona. Podróż znacznie ułatwiał im chaos towarzyszący niemieckiemu odwrotowi i fakt, że oddział robił wrażenie potężnego – nie znalazł się żaden chętny, by stanąć mu na drodze. Szlak kresowiaków wiódł przez Słonim, Wołkowysk, Wysokie Mazowieckie, Sokołów Podlaski do Nowego Dworu Mazowieckiego. Tutaj udało im się przekroczyć bez walki kontrolowany przez Niemców most na Wiśle. Co ciekawe, w negocjacjach z nimi pomógł im fakt, że jeden z partyzantów Pilcha, rodem z Poznania, walczył w czasie I wojny światowej w jednym oddziale z hitlerowskim oficerem pilnującym przeprawy.

25 lipca 1944 r., po przebyciu 600 km w trzy tygodnie, naliboccy partyzanci dotarli do Dziekanowa Polskiego. Miejscowe dowództwo AK nie przywitało ich bynajmniej z otwartymi rękami. Jeden z komendantów chciał od nich… wykupić większość broni. Inny, z KG AK, nakazał kresowiakom , by udali się do… Borów Tucholskich i tam czekali na dalsze rozkazy. Ostatecznie kpt. Józef Krzyczkowski ps. „Szymon”, dowódca VIII Rejonu Obwodu AK „Obroża” a potem Grupy „Kampinos”, przyjął ich pod swoją komendę. Uznał, że dobrze uzbrojeni bojownicy mogą mu się przydać podczas zbliżających się walk o Warszawę. I nie zawiódł się na nich.

Oddział Adolfa Pilcha w Kampinosie Domena publiczna/Wikipedia

Ludzie „Doliny” („Góra” zmienił swoje pseudonim, by zmylić Niemców) zasłużyli się już na przełomie lipca i sierpnia, m.in., w walkach w Aleksandrowie i natarciu na lotnisko na Bielanach. W obu przypadkach zabili po kilkudziesięciu żołnierzy Wehrmachtu.
Niestety na Bielanach został ranny „Szymon”. Wtedy na czele Grupy „Kampinos” stanął wspomniany wyżej mjr „Okoń”. Była to postać wybitnie kontrowersyjna. Beształ podwładnych i wyzywał ich od najgorszych. Nienawiść wobec jego metod była tak wielka, że grupa oficerów, jak wspomina „Dolina”, chciała go zlikwidować. Nie doszło do tego prawdopodobnie tylko dlatego, że idea nie zyskała aprobaty Pilcha. Poza tym Kotowski jest źle oceniany jako dowódca. Przypisuje mu się lwią cześć odpowiedzialności za okupioną krwawymi stratami porażkę na Dworcu Gdańskim.

Mimo utraty niemal jednej trzeciej sił w opisanym we wstępie ataku na Żoliborzu, „Doliniacy” odnieśli w sierpniu i wrześniu kilka spektakularnych zwycięstw. Rozbili w Puszczy Kampinoskiej przeciwpartyzancką ekspedycję esesmanów z RONA. 2 i 3 września w Truskawiu i Marianowie zabili ponad trzystu żołnierzy z tej brygady. Inną słynną akcją było zdobycie tartaku w Piaskach, w którym zlikwidowano 30 SS-manów.

Rzeź w Jaktorowie
Pod koniec września Puszcza Kampinoska przestała być bezpiecznym schronieniem. Niemcy rozpoczęli przeciwpartyzancką „Sternschnuppe”. Wobec tego „Okoń” zdecydował, że najlepszym wyjściem będzie wycofanie Grupy „Kampinos” w lasy kieleckie. Licząca niemal dwa tysiące żołnierzy kolumna ruszyła na południe. 29 września nieopodal Jaktorowa mjr Kotowski zarządził postój.

Obok tego miejsca biegły tory kolejowe, których niestety nie zerwano. Konsekwencje tego niedopatrzenia były tragiczne w skutkach. Pojawił się na nich pociąg pancerny, który otworzył ogień do partyzantów. Jednocześnie wokół Polaków pojawiły się niemieckie oddziały pancerne i piechota. Partyzanci znaleźli się w potrzasku. W masakrze zginęło ponad 170 z nich, około 200 zostało rannych, a kolejnych 200 wzięto do niewoli. Poległ także mjr „Okoń” - wskazywany przez historyków jako główny sprawca tej klęski. Grupa „Kampinos”, a razem z nią Zgrupowanie Stołpecko -Nalibockie, przestały istnieć.

„Dolinie” i kilkudziesięciu jego ludziom udało się wymknąć z matni. Kontynuowali walkę aż do stycznia 1945 r.

Zapomniani bohaterowie
Adolf Pilch zdawał sobie sprawę, jaki los przewidywali dla niego sowieci i włodarze PRL. Dlatego też w 1945 r. uciekł przez Czechosłowację do Wielkiej Brytanii, gdzie mieszkał aż do śmierci w 2000 r. W PRL historię Stołpecko-Nalibockiego Zgrupowania AK, zresztą jak wszystkich akowskich formacji kresowych, przemilczano albo fałszowano. Zrobiono z „Góry-Doliny” niemieckiego kolaboranta, który „ręka w rękę z hitlerowcami” mordował sowieckich partyzantów. Po latach zapomnienia pamięć o dzielnych „Doliniakach” - pierwszych Żołnierzach Wyklętych – powoli odżywa.

POLECAMY:

Wideo

Komentarze

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Dodaj ogłoszenie