Adam Bednarczyk: Wciąż jeszcze jestem na tamtej wojnie

Marta Paluch
Adam Bednarczyk 22 lata temu wrócił z wojny w Bośni. Walczył w chorwackiej armii Andrzej Banaś
Do Bośni pchnął go impuls. Miał opisywać walki, ale sam wziął broń do ręki. Zabijał Serbów. Adam Bednarczyk, były opozycjonista z Krakowa, do dziś płaci za to wysoką cenę.

Kiedy ostatni raz byłeś w Bośni?
Pierwszy raz od wojny bałkanskiej pojechałem w tym roku. Wcześniej się bałem.

Przecież masz tam przyjaciół, towarzyszy broni.
Mam. Ale coś mnie blokowało. Mojego dowódcę, Krešo, znalazłem w internecie po 20 latach. Teraz ma ranczo niedaleko Osijeka, w Chorwacji, blisko granicy z Bośnią. Powitanie, które mi zgotowali koledzy z plutonu… Z 40 chłopa przyjechało. Aż mnie ramiona bolały od ściskania się z nimi.

Dla nich Krešo to bohater wojenny?
Guru. A dla mnie jak drugi ojciec. Na tej wojnie panowała zasada, że dowódcą zostaje najlepszy z żołnierzy. Wybierali go w naturalny sposób. Wiedzieli, że od tego zależy ich życie... Kiedy znalazłem jego adres, pojechałem, choć nie byłem pewien, czy faktycznie tam mieszka. Otworzyła mi kobieta. Pokazałem jej moją książkę, zdjęcia Krešo z czasów wojny. Okazało się, że to jego żona. On był gdzieś na rybach. Spotkalismy się następnego dnia. Uwierz mi, popłakaliśmy się jak bobry.

Pytał, dlaczego nie odzywałeś się przez 20 lat?
Nawet nie wiedziałem, na jaki adres pisać. Wyjechałem z Chorwacji w 1993 r., potem toczyły się jeszcze walki... Ale miałem też straszną blokadę w sobie. Nie mogłem odnaleźć spokoju po tym, co tam przeżyłem.

Pojechałeś na Bałkany jako dziennikarz. Chciałeś być korespondentem.
Pojechałem, bo chciałem opisać, co tam się działo. Była jesień 1992 roku. Ta decyzja długo we mnie kiełkowała. Działałem w Solidarności Walczącej i Federacji Młodzieży Walczącej. Byłem wkurzony na to, co stało się przy Okrągłym Stole. Na to, co się wtedy w Polsce działo. A w telewizji widziałem płonący Vukovar… Serbowie wyciągnęli tam ze szpitala rannych i zabili ich jak zwierzęta. Postanowiłem jechać. W pociągu do Zagrzebia trafiłem na Zsolta, żołnierza z Węgier, który walczył po stronie chorwackiej i wracał na linię frontu. Poprosiłem, by zabrał mnie z sobą. Bałem się, ale wszystko potoczyło się bardzo szybko. Tak trafiłem do regionu Posavina, gdzie trwały chorwacko-serbskie walki.

Co tam zobaczyłeś?
W telewizji to wyglądało inaczej. Ale z bliska... Zarośnięci starcy, brudne dzieci, uciekające przed artylerią. Kobiety, do niedawna piękne żony i kochanki, miały tłuste, niemyte od tygodni włosy. I zmęczone, puste oczy. Uciekali do Niemiec, Austrii, gdzie kto mógł. Ze spalonych, zrujnowanych domów... Na polach sterczały niezebrane łany zbóż. Serbowie zaatakowali Posavinę w Wielki Piątek 1992 r. Nikt nie miał czasu, by zebrać plony. Po kilku dniach te widoki mi spowszedniały, stały się normalne. Trafiłem do chorwackiego plutonu.

A gdybyś w pociągu spotkał żołnierza jadącego do Serbów?
O nie! Jestem wierzącym katolikiem, chciałem do swoich. Identyfikacja z wiarą podczas tej wojny to była podstawa. Każdy Chorwat miał różaniec na szyi albo za pagonem, Serbowie prawosławne krzyże, muzułmanie te swoje paciorki.

Byłeś cywilem, który wcześniej nigdy nie walczył.
Miałem przeszkolenie wojskowe w Polsce. Poza tym, bardzo szybko przekonałem się, że żeby naprawdę opisać tę wojnę, muszę być z nimi wtedy, gdy ryzykują życiem. Bałem się, ale postanowiłem, że to zrobię. Najpierw siedziałem w bazie kilka kilometrów od linii walk, potem chodziłem z nimi na zwiady. Musiałem poznać język, komendy. Po miesiącu zacząłem walczyć. Nasz pluton odbijał wioski z rąk Serbów, potem oni atakowali i tak od nowa. Tamci ludzie po prostu się bronili. Większość z nich nigdy nie była żołnierzami, tylko rolnikami, rzemieślnikami z okolicznych wsi. Mój przyjaciel Iki, który na początku oprowadzał mnie po terenie, przed wojną chodził do szkoły odzieżowej. Lubił dziewczyny, a tam było ich 90 procent... Wyszkolono nas. Nauczyliśmy się np. rozpoznawać miny. "Pasztety" w kształcie konserwy, które urywały nogę. Przeciwczołgowe "Anteny" - kiedy zahaczysz o jej drucik, nie ma z ciebie co zbierać.

Bałeś się?
Najtrudniej zmusić się do wyjścia, kiedy strzelają. Potem już jest taka adrenalina, że nie myślisz o strachu. Naprawdę. Nie myślisz o tym, że zginiesz, będziesz ranny. Chociaż akurat na tej wojnie lepiej było nie zostać rannym. Opieka medyczna pozostawiała wiele do życzenia...

Wiedziałeś, że zabijasz?
Jeśli tamten mnie nie zabije, to ja go zabiję. Logiczne. Jeśli mnie zapytasz, ilu ludzi zabiłem… Nie wiem. Nikt ci tego nie powie.

Bo strzelaliście do siebie z daleka?
Zdarzyło mi się też walczyć wręcz. Pierwszy był Serb, natknąłem się na niego przypadkiem. Strzeliłem i zabiłem go. A potem... skopałem.

Po co, skoro nie żył?
Ze złości. Bo po cholerę się pojawił w tym miejscu, na mojej drodze?! Po cholerę musiałem go zabić? Inaczej on zabiłby mnie.

Dręczy Cię to dzisiaj?
Nie. Uwierz mi, sypiam spokojnie. Mam tylko wyrzuty sumienia, że mogłem czasem inaczej postąpić, żeby kumple nie ginęli. Lepiej walczyć... Dobra… daj książkę, pokażę ci, który nie żyje. To Saša, miał 15 lat. Saša i Gujan siedzieli w domu, czyścili broń, nie chodzili na akcje, bo byli za młodzi. Trafił w nich pocisk. Mata, ten kędzierzawy, też zginął. Spokój był, cisza. Poszli tylko na drobny zwiad. Nogą trącił minę antenową… I po gościu. Zginął mój przyjaciel Žbunjara. Chwilami byłem pewny, że nie ma możliwości, żebym wrócił cało. Że zginiemy wszyscy.

A co z Vesną? Kochaliście się.
Była piękna, mądra. Miała 19 lat. Nie żyje. Odłamek... Zginęła dwa dni przed moim wyjazdem. Szła do sklepu. Nie napisałem o tej śmierci w książce, jakoś nie mogłem.

Była cywilem, mieszkała blisko terenu walk?
Tam mieszkało wielu ludzi. I wierz mi, starali się jakoś żyć. Robili cudowne wesela.

Wesela?!
Dwa kilometry dalej jest linia frontu, a tu 300 osób doskonale się bawi. Oczywiście, bali się, że zginą.

Nie chcieli uciekać z terenu wojny?
Ci, co mogli uciec, uciekli już wcześniej. Do rodzin w Austrii, Niemczech, Szwajcarii. Inni nie mieli dokąd. Zresztą, mężczyźni, jeśli uciekli, nie mieli potem do czego wracać. Wiesz, ile tam domów się paliło? To były domy tych, którzy, jak już się zrobiło spokojnie, chcieli wrócić. Tak się działo między Chorwatami.

A Ty? Kiedy zdecydowałeś, że wracasz?
W pewnym momencie jakoś tak zobojętnieliśmy. Siedzimy na trawie, pijemy piwo, a tu pocisk: jeb! I zakładamy się, ile metrów od nas trafił. I znowu: jeb! Nie chciało nam się uciekać, chować. To był dzwonek ostrzegawczy. Przestaliśmy mieć świadomość, że w każdej chwili może w nas trafić. Chyba obudziły się we mnie wtedy resztki instynktu samozachowawczego. Poza tym zbliżała się Wielkanoc... A już Boże Narodzenie spędziłem tam. Był kwiecień 1993 r. Wróciłem. Pojechałem pod kościół, siostra z rodziną właśnie była na mszy rezurekcyjnej. Wyszli z kościoła. Kiedy mnie zobaczyła, zamarła... Myślała, że już nie żyję. Nie potrafię opisać, co czułem.

Zapłaciłeś swoją cenę za tę wojnę.
Pierwszego pół roku po powrocie nie pamiętam. Szukałem zapomnienia w alkoholu. Ale sama widzisz, że w panterkach nie chodzę, żaden ze mnie Rambo. Nie potrafię precyzyjnie opowiedzieć , co czuję. Ja na tej wojnie jestem cały czas. Musiałem wrócić do Bośni, żeby coś sobie poukładać w głowie. Ta decyzja zajęła mi 22 lata.

Ale książkę napisałeś.

Napisałem, ale w pierwszym wydaniu w 1997 r. nie przyznałem się, że walczyłem. Pamiętam, że jacyś dziwni ludzie, chyba z WSI wypytywali rodzinę, co robiłem, gdzie byłem. Byłem nawet podejrzanym, kiedy wybuchła sprawa Gumisia. Dopiero w drugim wydaniu książki, w 2015 r. piszę jak było naprawdę. Że byłem chorwackiem żołnierzem. Nie żadnym najemnikiem! Ochotnikiem.

Masz prawo do kombatanckiej renty od chorwackiego państwa?
Będę ją miał. Z nogami u mnie nie najlepiej, dostałem odłamkiem…

Gdybyś mógł cofnąć czas, pojechałbyś jeszcze raz?
Tak.

Adam Bednarczyk
Rocznik 1965. Działał m.in. w Federacji Młodzieży Walczącej . W 1992 roku wyjechał na wojnę w Bośni jako korespondent. Potem walczył po stronie chorwackiej. W 1997 r. wydał książkę o tych wydarzeniach pt. "Dobij mnie Europo. Wspomnienia z wojny bałkańskiej". W 2015 r. wyszło drugie poprawione wydanie (wcześniej nie wspominał, że walczył). Dziś jest metaloplastykiem, mieszka w Krakowie.

Wideo

Materiał oryginalny: Adam Bednarczyk: Wciąż jeszcze jestem na tamtej wojnie - Gazeta Krakowska

Komentarze 3

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

J
Jan

Ja myślę że w tej książce jest wiele przeklaman i fikcji wymyślone przez autora

H
Historyk

Jak czytam wspomnienia takich ludzi jak ten Pan to gotuje się we mnie. Byłem na Bakanach w tym samym czasie i widziałem chyba dużo więcej niż ten "bohater". Nigdy nie tylko nie ceniłem najemników ale też takich "niedzielnych bohaterów". Żenujący wywiad. Pełen przekłamań. Przede wszystkim w Posawinie mieszkało wielu Serbów, których wygnano z domów. Nie twierdzę, że w Vukovarze (wł. w Potoćari, jeśli chodzi o ścisłość) nie doszło do zbrodni wojennych. Ale mordowali i Serbowie i Chorwaci. Tak samo gwałcili. Panie dlaczego nie powiedziałeś co takiego robili z Serbami w Vukovarze ich sąsiedzi Chorwaci, czyżbyś nie wiedział, a może nie chcesz wiedzieć co się stało z ponad 30 % populacją serbską z opśtiny Vukovar? Podobno jak się uprawia zawód dziennikarza to trzeba być obiektywnym, ale dla Pan obiektywizm to zupełnie puste słowo. Wstyd, że dziennikarza tak zacnej gazety (Krakowskiej) nie zadał bardziej dociekliwych pytań. Ale po co?

Dodaj ogłoszenie