A gdyby tak wybierać pierwszą damę?

RedakcjaZaktualizowano 
Wybierając prezydenta, wybieramy także pierwszą damę. Co wiemy o żonach i towarzyszkach życia kandydatów? Czy wspierają swoich mężów w ich politycznej karierze?

Mężowi, jak wszystkim, też zdarzają się niezręczności. Z Anną Komorowską rozmawiała Anna Wojciechowska

Pamięta Pani ten dzień, w którym Donald Tusk ogłosił, że nie kandyduje na urząd prezydenta?

Pamiętam naturalnie, że ogłosił. Nie przypominam sobie jednak dokładnej daty, ani też co wtedy robiłam.

Nie czuła Pani, że coś się święci w tym momencie już w Pani życiu?

Mogę powiedzieć, że święcić zaczęło się nawet dużo wcześniej. Przed kilku laty znajomi czasami mówili do męża: "dobrze by było gdybyś został prezydentem". Takie głosy życzeniowe...

A ja pamiętam, że wkrótce po ogłoszeniu przez Tuska decyzji, w kuluarach sejmowych zawrzało: naturalny kandydat Komorowski może nie wystartować, bo jest problem żony.

Kto tak mówił?

Sami politycy PO.

Ale czy ktoś słyszał ode mnie czy od mojego męża, że się nie zgadzam?

Powszechne przekonanie było takie: marszałek pracuje nad żoną w tej sprawie w domowym zaciszu.

To nie tak. Po prostu pojawia się konkretna, niezwykle zaszczytna propozycja i należało ją poważnie rozważyć. Rozmawialiśmy o wszelkich aspektach tej decyzji, w tym również, nie ukrywam, o moich obawach dotyczących utraty prywatności. Nie marzyłam nigdy o życiu w świetle jupiterów.

Dla kobiety, która budowała życie rodziny, konsekwentnie chroniąc jej prywatność to zderzenie z jupiterami musiało mogło być trudne. Było? Kiedy po raz pierwszy uświadomiła sobie pani niestety to koniec spokoju?

Już w trakcie prawyborów w PO, gdy świadomie i konsekwentnie wciąż stroniłam od mediów, nie brałam udziału u boku męża w partyjnych konwencjach nagle stałam się obiektem zainteresowania papparazzich. Było to uciążliwe, ale trudno powiedzieć, że wywróciło moje życie codzienne do góry nogami. Szybko zresztą zrozumiałam, że unikanie tych niedogodności to walka z wiatrakami. A wychodzę z założenia, że jeśli nie można czegoś zmienić to trzeba się z tym oswoić.

Słyszałam, że niektórych fotografów zamiast pogonić, co jest najczęstszą reakcją, Pani wręcz pożałowała?

Rzeczywiście nie zazdrościłam im, patrząc, jak przez kilka godzin siedzieli w krzakach, tu w parku przed domem, czy u nas na wsi. Z czasem nabrałam dystansu i przyzwyczaiłam się do ich obecności.

Ludzie na ulicy, w sklepie, jakoś inaczej na Panią reagują, od czasu, gdy - zgodnie z sondażami - jest Pani najbardziej prawdopodobną przyszłą prezydentową?

Raczej nie. Mieszkamy na Powiślu od 25 lat, jestem tu mocno zakorzeniona, bywam w tych samych miejscach, spotykam wielu znanych mi z widzenia ludzi. Ostatnio stałam się bardziej rozpoznawalna. Przyznaję, że częściej spotykam się z miłym uśmiechem, słowami wsparcia i życzeniami powodzenia. Odnoszę wrażenie, że wielu spotykanych ludzi ceni w nas to, że w dalszym ciągu prowadzimy tak jak wcześniej normalne życie.

Polityka na co dzień przy stole w rodzinie Komorowskich jest?

Zawsze była. Śmieję się, że trzecie słowo (po mama i tata), które wypowiedziała nasza najmłodsza córka - urodziła jesienią 1989 roku - brzmiało "mości". A to był skrót od "Wiadomości". Ale czemu się dziwić? Na lodówce w kuchni stał telewizor i o 19.30 sadowiłam ją przy stole, a pozostałych domowników przywoływałam zamiast słowem "kolacja" okrzykiem "wiadomości".

A dziś toczycie rodzinne dyskusje polityczne? Czy marszałek zostawia polityczne spory za domowymi drzwiami?

Nie, wszyscy chętnie dyskutujemy, bo tak mnie, jak i nasze dzieci te sprawy interesują. W końcu wiele z nich dotyczy nas wszystkich, więc trudno od tego uciec.

Ale ta twarda polityka panią pociąga?

Pociąga? Nie, ale trudno się nią nie interesować skoro mnie dotyczy.

Zgadzacie się Państwo we wszystkich politycznych sprawach?

A skąd! Widziała Pani kiedyś siedmiu Polaków, którzy mieliby identyczne zdanie w jednej sprawie? Ale na szczęście u nas nie są to głębokie różnice. Przeraża mnie, jak słyszę o przypadkach, gdy polityka tak dzieli rodzinę, że nie jest w stanie zasiąść razem nawet przy wigilijnym stole.

Bywa, że radzi Pani mężowi w polityce? Przekonuje do zmiany stanowiska?

To oczywiste, że kiedy mąż występuję mam wyostrzone oko i ucho. A jeśli dochodzę do wniosku, że coś można poprawić, to trudno, żeby w rodzinie tego nie powiedzieć.

Słucha się marszałek żony w sprawach politycznych?

Nie, nie słucha się, ale często przyjmuje uwagi i je uwzględnia. To są jednak drobne sprawy: idzie o konkretne sformułowania, metafory, występy przed kamerą. W kampanii nie ma jednak na ogół na to czasu. Jeśli mężowi udaje się wpaść do domu na krótki odpoczynek trudno mu zawracać głowę drobiazgami. Nawet jeśli coś zauważę wolę o tym nie rozmawiać by w tym szczególnym czasie miał poczucie, że w domu może liczyć na azyl.

A co Pani sobie myśli, jak słyszy coraz częściej etykietkę "Wpadka Komorowski"?

Z jednej strony śmieszą mnie te złośliwości, z drugiej - zadziwiają. Trudno nie określić tego inaczej, jak zwykłe czepialstwo zwłaszcza wobec braku poważnych zastrzeżeń. Tak, mojemu mężowi też zdarzają się, jak wszystkim, niezręczności. Tylko warto na chwilę postawić się w jego roli. Z jednej strony wypełnia odpowiedzialne obowiązki marszałka Sejmu i prezydenta, z drugiej prowadzi kampanię. W tym czasie jego główni konkurenci cały swój czas koncentrują tylko na kampanii. Proszę więc podzielić te rzekome wpadki na trzy i wówczas mój mąż nie przekracza średniej kandydatów. Gafa, rzecz ludzka, ale jak dotąd nie pomylił słów polskiego hymnu, co się zdarzyło jego głównemu rywalowi.

A w życiu codziennym marszałek strzela często gafy?

Co to znaczy gafy? Pyta Pani, czy zdarza mu się iść zamyślonym i nie powiedzieć dzień dobry? Pewnie tak, jak każdemu z nas. Nikt nie jest dokonały. Gorzej, gdy mamy do czynienia nie z pomyłką, ale ze złą wolą lub co gorsza, z kłamstwem.

Przeciwnicy polityczni zarzucają, że często brak wiedzy?

A czy ich kandydaci znają się na wszystkim? Prezydent nie musi być omnibusem. Ma być politykiem, a nie specjalistą w każdej dziedzinie. Od tego ma doradców.

A jak jest z tym okazywaniem emocji, empatii u marszałka na co dzień? Nawet przychylni marszałkowi ludzie mówią, że po 10 kwietnia ujawniła się nieumiejętność takiego wyczucia, co też ma znaczenie w polityce.

Ludzie różnie okazują uczucia. W obliczu wielkich przeżyć jedni są bardzo wylewni, a inni powściągliwi. Znam domy, w których okazywanie emocji uznaje się wręcz za słabość. U nas akurat tak nie jest, czasem mówimy, że mąż bywa zbyt emocjonalny, że za bardzo po nim emocje widać. Nie da się zmierzyć poziomu empatii i emocji na podstawie zewnętrznych zachowań: jeden płacze, drugi krzyczy, trzeci zachowuje poważną minę. Sytuacja, w jakiej mąż, znalazł się po 10
kwietnia wymagała działania, a nie emocjonowania się. Miał zapewnić ciągłość funkcjonowania państwa i to zrobił. Rozmawiałam kiedyś z pracującym na OIOMIE anestezjologiem. Tłumaczył mi, że nie może przeżywać nieszczęścia każdego pacjenta, bo musi leczyć. Musi zachować spokój, żeby podjąć dobre decyzje. Widzę tu analogię do sytuacji, w jakiej mąż się znalazł po smoleńskiej katastrofie. W tak tragicznych okolicznościach spadła na niego potężna odpowiedzialność i związane z nią obowiązki. On po prostu nie mógł sobie pozwolić na płacz. Ale to, że ktoś nie roni łez i nie mówi łamiącym się głosem nie znaczy, że nie przeżywa głęboko tragedii. Zadziwia mnie, że z taka łatwością wielu dziennikarzy powtarzało bezkrytycznie te zarzuty. Przecież znacie go od 20 lat. Naprawdę macie wrażenie, że stał przed Wami człowiek z kamiennym sercem?

A widziała Pani kiedyś łzy w oczach marszałka?

Raz, ale nie chcę do tego wracać

Denerwuje się Pani jak mówią o mężu: ależ on blado przy Tusku wypada?

Już nie, bo to kompletnie absurdalne porównania. Są różnymi ludźmi, mają różny sposób bycia, a to nie oznacza, że jeden jest gorszy, a drugi lepszy. Mam wrażenie, że mówią tak głównie przeciwnicy zarówno mojego męża jak i Donalda Tuska.

To, co jest największym atutem w oczach żony kandydata Komorowskiego?

Odpowiedzialność, rzetelność, ale i wrażliwość, poczucie humoru.

Czym Mu się udało Panią ostatnio rozśmieszyć?

Ostatnio śmiejemy się wspólnie z absurdów, jakie można wyczytać w prasie na nasz temat.

Nie ma ideałów - mówi Pani. Proszę nam zdradzić jakąś słabość marszałka.

Kto jak kto, ale akurat żona nie jest od zdradzania słabości męża. Szczególnie w trakcie kampanii wyborczej.

Obraz bez słabości może brzmieć jeszcze bardziej podejrzanie.

Dobrze. Zdradzę wielki sekret: konsekwentnie wstawia naczynia po jedzeniu do zlewu zamiast do zmywarki. Dramat...

Każdy ma jakieś słabości. Dotyczy to chyba 90 procent mężczyzn.

Tak jest (śmiech) I chyba nie da się tego zmienić. Na szczęście mój mąż nie tylko odstawia, ale i zmywa po sobie. Pracował w 1976 roku na "zmywaku". Opanował zatem tę czynność do perfekcji.

A na czym polega polityczna słabość Bronisława Komorowskiego do Janusza Palikota?

Ja nie zauważam takiej słabości. Mój mąż generalnie lubi ludzi, w tym również i Janusza Palikota.

Pani go też lubi?

Owszem.
A nie razi Pani ten styl polityki? Nie przekracza dopuszczalnych granic?

Styl jego wypowiedzi nie zawsze mi odpowiada. Wielokrotnie zresztą mówiłam mu, co o tym sądzę. Jedna sprawa jednak to metody, które w mojej poetyce się nie mieszczą, inna to meritum spraw, o których mówi. W 90 procentach przypadków zgadzam się z nim.

Może Pani powiedzieć o nim: przyjaciel rodziny?

Może nie aż tak, ale widujemy się. Jest miłym rozmówcą, ciekawym człowiekiem o szerokich horyzontach i pasjach.

A nie obawia się Pani, że tym, co robi faktycznie szkodzi Pani mężowi?

W oczach jednych szkodzi, w oczach innych już nie. Więc trudno powiedzieć. Ale przyjaciół i znajomych nie należy dobierać sobie według tego czy są politycznie użyteczni.

A jak Pani sobie tłumaczy fakt, że marszałek traci ostatnio w sondażach?
Ostatnio przecież zyskuje. Stale jest liderem sondaży, a konkurenci mogą tylko pomarzyć o takim poziomie zaufania i poparcia. O przyczyny proszę pytać analityków, specjalistów od sondaży. Ja mogę tylko spekulować. Wydaje mi się, że to "zasługa" właśnie tego czepialstwa. Z tego, że uciekło mu jedno słowo, jak w wypowiedzi o wycofaniu wojsk z Afganistanu robi się na siłę wielką sensację o wpadce. Ta nierzetelność nieufnych dziennikarzy to coś, co najbardziej denerwuje w tej kampanii.

Jest Pani pewna, że na finiszu będzie dobrze?

Jestem spokojna o wyborczy wynik mojego męża. Bo Polacy przed głosowaniem oceniają całe życie, doświadczenie i dokonania kandydata. Mają pamięć dłuższą niż parę tygodni kampanii.

A filologowi klasycznemu, jakim jest Pani z wykształcenia, przychodzi na myśl jakaś sentencja, kiedy obserwuje tę kampanię?

"Patientia omnia vincit" (Cierpliwość wszystko zwycięża).

Który z zarzutów pod adresem męża uważa Pani za najbardziej krzywdzący?

Zdumiewa mnie, kiedy na siłę przypisuje mu się złą wolę, jeśli zażartuje, czy próbuje czasem powiedzieć coś lekko, z dystansem. Tak jak ostatnio scenę ze spotu wyborczego, w którym podaje mężowi zupę pewne środowiska okrzyknęły natychmiast jako szerzenie patriarchalnego, prehistorycznego podejścia do rodziny.

Wychodzi, że usługuje Pani mężowi.

Podanie zupy staje się aktem poddaństwa! Przecież to absurd, który może głosić tylko osoba z poważnymi kompleksami. Czy widzi Pani we mnie niewolnicę Isaurę? Przecież nawet gdybym mu kapcie podała, to nie problem, bo następnego dnia wiem, że on mi je poda. Przecież każdy wie, że nie o to chodzi, kto komu akurat coś poda. Liczą się relacje między ludźmi, wzajemny szacunek. Śmiać mi się chcę na wspomnienie, jak na początku małżeństwa ustaliliśmy sobie z mężem szczegółowo
fantastyczny związek partnerski. Był gotowy cały harmonogram: jednej nocy ty w stajesz do dziecka, drugiej ja. Życie to bardzo szybko zweryfikowało. Tak to jest z takimi sztucznymi, wydumanymi podziałami.

Ale z zupełnie innych niż feministyczne pozycji prof. Jadwiga Staniszkis twierdzi, że wygląda Pani na znękaną i smutną osobę.

(śmiech) I tak w kampanii ja też się dowiaduję nowych i odkrywczych rzeczy o sobie. Naprawdę wypada, by najpierw poznać kogoś, dowiedzieć się czegoś zanim się wygłosi o nim takie sądy. Ponadto Pani Staniszkis wygłasza swe sądy jako gorąca zwolenniczka Jarosława Kaczyńskiego, trudno więc ją podejrzewać o obiektywizm w ocenie.

Nigdy nie miała Pani momentu, w którym żałowałaby Pani, że na dobre nie wróciła do robienia kariery zawodowej?

Ani przez chwilę. Zresztą, gdy było to możliwe wróciłam do pracy. W wolnej Polsce, w nowej korporacyjnej rzeczywistości. Udowodniłam samej sobie, że daję radę. Uznałam, że bardziej niż moje zarobki rodzinie potrzebna jestem ja i właśnie w tej roli bardziej się spełniam.

Są kobiety w polityce, które Pani wyjątkowo podziwia?

Silne kobiety: Margaret Thatcher, Madeleine Albrigth. Świetnie radzi sobie też Angela Merkel.

Nie potrzebowały parytetów, żeby się zajść tak wysoko. W Polsce są one potrzebne kobietom?

Sądzę, że jeśli kobiety chcą naprawdę zaistnieć w polityce, potrafią dać sobie radę bez parytetów, czego przykładem jest choćby Pani premier Hanna Suchocka. Parytety nie rozwiążą wszystkich problemów. Prędzej już pomyślałabym o wprowadzeniu testu kompetencyjnego, podobnego do tego dla menedżerów, niż o parytetach płci. Nie widzę zależności między płcią, a posiadaniem lub nie kompetencji. Dzisiaj mamy jednak sytuację, w której parytety zostały wpisane do kanonu poprawności politycznej. Przed podjęciem konkretnej decyzji i wyborem określonego rozwiązania w tym obszarze warto przyjrzeć się doświadczeniom innych krajów europejskich. Mimo moich wątpliwości nie jestem przeciwna temu eksperymentowi.

I marszałek miałby odwagę zawetować ustawę wprowadzającą parytety?

Nie jestem marszałkiem. Zresztą nie chodzi w tym przypadku o odwagę. Mąż nie będąc entuzjastą tego rozwiązania nie jest też jego przeciwnikiem. Stawia na równoległe wprowadzenie rozwiązań mających realnie ułatwić kobietom łączenie funkcji rodzinnych i zawodowych, jak chociażby rozwiązania zaproponowane w ustawie o żłobkach rodzinnych.

Tyle, że projekt w Sejmie jest gotowy i jeśli dojdzie do rozstrzygnięć zwolenniczki parytetów w pierwszej kolejności przybiegną do Pani jako prezydentowej po pomoc?

To będziemy rozmawiać. Teraz to jest przedwczesne. Warto jednak zastanowić się czy debaty nad parytetami nie potraktować szerzej łącząc z ustawami prorodzinnymi i pro kobiecymi.

Zabiegi in vitro powinny być refundowane?

Dobrze by było. Tyle, że najlepiej to w ogóle byłoby, żeby wszyscy byli piękni, młodzi, szczęśliwi i bogaci. Problem refundacji in vitro to także problem możliwości budżetu.

W sprawie in vitro wciąż też w samej PO jest pytanie: tylko dla małżeństw czy dla wszystkich par?

Ja akurat wyjątkowo dobrze wiem, jakie to szczęście mieć dzieci i osobiście nie umiałabym żadnej kobiecie odmówić prawa do skorzystania z tej metody.

Nie chce Pani przesądzać decyzji męża, a jak widzi się Pani w roli prezydentowej? Bliżej Pani do modelu, jaki prezentowała Jolanta Kwaśniewska czy raczej do śp. Marii Kaczyńskiej?

Na wypowiedzi na ten temat przyjdzie czas. Obydwie panie, każda na swój sposób dobrze sobie radziły. Pozwolę sobie tylko przypomnieć, w nawiązaniu do poprzedniego Pani pytania, że obydwie były zwolenniczkami metody in vitro.

Podobno w razie wygranej męża chcecie Państwo zamieszkać w Belwederze?

Skąd takie plotki? Wybór między pałacem na Krakowskim Przedmieściu, a Belwederem byłby mocno przedwczesny.

A jaką organizację życia musiałaby Pani pozostawić? W czym obok rodziny dziś się spełnia Pani?

Mój drugi świat obok rodziny to Suwalszczyzna i nasz dom na wsi. Uwielbiam to wiejskie życie, ogród, w tej pracy znajduję dużo przyjemności i satysfakcji. A co bym musiała pozostawić? To przecież znowu byśmy gdybały.

Kuchnia w domu to Pani autonomiczne królestwo? Jest taki mocny podział? Potrafi coś ugotować marszałek?

Zwykle w kuchni wykonuje tzw. prace pomocnicze: posiekać, obrać. Przy takim nawale obowiązku trudno wymagać, by na co dzień gotował. Ale jak jest taka potrzeba - nie ma problemu. Choćby w ubiegłym tygodniu był dzień, w którym mąż zapowiadał, że nie da rady wrócić do domu na obiad, po czym okazało się, że ma chwilę przerwy i znienacka wpadł. Akurat udzielałam wywiadu, więc spytał tylko, co może zrobić, po czym zabrał się do obierania ziemniaków i smażenia mięsa. I tak wyszedł mu już obiad dla całej rodziny.

Jest jakaś specjalność kulinarna Bronisława Komorowskiego, który wiadomo, że choćby raz w roku, ale przyrządza tylko on w domu?

Bywają takie extra projekty kulinarne. Raz ugotował na przykład. zupę rakową, której ja nie potrafiłabym przyrządzić, a on pamiętał, jak mu babcia opowiadała, jak to się robi. Niezwykle pracochłonna to zresztą potrawa. Bywa też tak, że pełni lepsze role w kuchni. Mamy taki zwyczaj, że wspólnie całą rodziną schodzimy się i pieczemy tzw. szpekuchy. Mąż pełni rolę kontrolera jakości tych bułek.
Krąży plotka, że mąż mnie rzucił

Nie na tym polega partnerstwo, że mąż gotuje obiad - czyli o małżeństwie, polityce i tym, kiedy Polska okazuje się ważniejsza od urlopu, z Izabelą Jurek, żoną Marka Jurka, rozmawia Anita Czupryn

Wierzy Pani, że mąż wywalczy czwarte miejsce w wyborach?

Powinien wygrać. A jeśli sondaże już przesądziły, to powinien być trzeci, bo to ważne, do kogo zwycięzca będzie się zwracał o współpracę, i czy będą to postkomuniści. Jeśli któryś z dwóch głównych kandydatów wygra, to znowu będziemy mieli wojnę na górze. I znów będzie nieprzyjemnie, a to ogromnie psuje państwo. W naszym społeczeństwie brakuje poczucia szacunku dla państwa. Pracując z dziećmi, słyszę, jak wypowiadają się o władzach, które zostały wybrane przez ich rodziców.

Kogo Marek Jurek poprze w drugiej turze?

Poczekajmy.

A Pani?

Udział w wyborach uważam za obowiązek. Obaj główni kandydaci mają piękne życiorysy, jeden może nawet piękniejszy, ale jest jeszcze pytanie, co się zrobiło z tym potencjałem, który się miało. Jeżeli marszałek Sejmu, który ma pięcioro dzieci, jest liderem wielkiej partii mającej większość w Sejmie i nie potrafi czy nie chce - nie wiem - przeprowadzić choćby zmiany nazwy ustawy "o przemocy w rodzinie" na "o przemocy domowej", a wiadomo, że przemoc domowa odbywa się często poza rodziną, a nie w rodzinie, tylko w związkach nierodzinnych, to nie jest człowiekiem, na którego mogę głosować.

W tej kampanii żony kandydatów na prezydenta widać bardziej niż w poprzednich. Media też się nimi bardziej interesują. Pokazują, że żony to tajna broń kandydatów. Jak Pani pomaga mężowi?

Mam nadzieję, że zamiar mediów jest dobry, że nie jest to tylko naśladowanie wzorców zachodnich, tylko że rzeczywiście chce się poznać najbliższych i środowisko, w jakim na co dzień kandydat funkcjonuje. Oraz to, czy jest na przykład wiarygodny. Czy jest wierny, nie tylko w wielkich rzeczach, ale też w małych. Zgadzam się więc na wywiady, choć nie mogę powiedzieć, żeby prezentowanie się w licznych wywiadach było marzeniem mojego życia.

Zgadza się Pani z poglądami męża na aborcję, in vitro, eutanazję? Marek Jurek ma w tych kwestiach poglądy jasno określone i twarde.

Myślę, że generalnie warto mieć poglądy jasno określone i twarde. Jeden ze znanych dziennikarzy, który kiedyś się z nami przyjaźnił, powiedział, że Iza ma takie same poglądy jak Marek, tylko bardziej. (śmiech) U męża wynikają one z intelektualnego przemyślenia, uczciwości; u mnie jest to także kwestia emocji. Irytują mnie sformułowania, że mężczyzna nie ma prawa się wypowiadać na tematy dotyczące spraw kobiet, tak jakby dzieci spływały z nieba. Tak jakby to nie mężczyźni byli w większości odpowiedzialni za zabijanie dzieci przed urodzeniem. Bo to oni porzucają matki swoich dzieci albo pozwalają im na zabijanie. Dlatego uważam, że mężczyzna ma takie samo prawo do mówienia o tych sprawach jak kobieta. A posiadanie dzieci to jedna z najpiękniejszych spraw w życiu. Bardzo chciałabym mieć ich więcej. Nasza czwarta córka patrzy na nas z nieba.

Podają Państwo różne daty swojego poznania się. Skąd ta rozbieżność?

Mój mąż był bardzo ważnym człowiekiem - szefem strajku na Uniwersytecie im. Adama Mickiewicza w Poznaniu. Ja byłam tylko szarą prezeską koła polonistycznego, które oczywiście jak zawsze było w opozycji do wszelkich władz, nawet władz strajkowych. (śmiech) Strajkowaliśmy w jednym budynku, w Collegium Novum, i mąż wychodził w czarnym swetrze, minę miał bardzo poważną, nigdy bym nie przypuściła, że jest w moim wieku, a nawet parę miesięcy ode mnie młodszy. I takie było pierwsze spotkanie, kiedy to ja go zobaczyłam. To był 1981 rok. Skończył się 13 grudnia, kiedy wyszliśmy, obawiając się, czy przypadkiem nie będą do nas strzelać. Każdy młody człowiek ze śpiworem był wtedy podejrzany. Mąż ukrywał się pół roku w stanie wojennym.

To jak się w końcu poznaliście?

Najprawdopodobniej w windzie w akademiku. Miałam duży krąg przyjaciół z regionu gorzowskiego, skąd mąż pochodził. To była niezwykła nobilitacja znać Marka Jurka.

Czym mu Pani zaimponowała?

Prawdę mówiąc, do dziś nie mogę tego zrozumieć. (śmiech) Może mam za niską samoocenę. Ale rzeczywiście bardzo szybko podjęliśmy decyzję o ślubie.

Przed ślubem nie mieszkaliście razem?

Nie, to były zupełnie inne czasy. Choć nie minęły trzy stulecia, to epoka była inna. Takie rzeczy były niemożliwe.
Teraz by Pani pozwoliła swoim córkom zamieszkać z chłopakiem przed ślubem?

Przecież to nie chodzi o mieszkanie, ale o grzech. Dzieci są dorosłe, więc same decydują o swoim życiu i same podejmują własne wybory, ale mam nadzieję, że wiedzą, czym jest grzech.

Mąż, mówiąc o Waszym ślubie, nawiązuje do "Roku 1984" Orwella, bo tego roku składaliście sobie małżeńską przysięgę. I jakby na przekór temu, że u Orwella, który opisał świat odczłowieczony, ten rok oznacza przerażającą zagładę człowieka i społeczeństwa, postanowiliśmy się pobrać. Uznaliśmy, że nie ma na co czekać. To co to jest miłość?

Zaufanie, zawierzenie, uczucie pewności, wsparcie, współodczuwanie, współczucie, empatia, patrzenie na świat oczyma drugiej osoby, zrozumienie, co jest dla niej piękne.

Mężowi zarzucano, że jest zwolennikiem kar cielesnych. Zdarzyło się, że miał ciężką rękę do dzieci?

I co ja mam teraz powiedzieć? (śmiech)

Najlepiej prawdę.

Zawsze miałam taki obraz, że dzieci powinny się bardziej bać matki niż ojca. Ale one się mnie aż tak nie bały, a męża, choć widziały rzadziej, słuchały bardziej. W domu są zasady, których się nie łamie. Na pewno odróżniamy klapsy od bicia dzieci. I na pewno bicie dzieci jest niedopuszczalne w każdej sytuacji.

Jaki model małżeństwa Państwo reprezentują: związek partnerski, tradycyjny, katolicki?

Jesteśmy partnerami, razem od 26 lat i zawsze się wspieramy. Nie na tym polega partnerstwo, że mąż gotuje obiad. Może oczywiście gotować i znam wielu mężów, którzy gotują rewelacyjnie, i pewnie nie miałabym nic przeciwko temu, żeby gotował, ale nie musi tego robić.

Bo Pani to robi.

Ja gotuję, córki gotują. Angażujemy też syna, uczy się gotować, pracujemy i nad tym, żeby umiał sobie wyprasować koszulę i żeby był męski w tym sensie, aby umiał sobie poradzić w życiu. Jesteśmy też i małżeństwem, i rodziną katolicką, i tradycyjną. Myślę, że dzieci nie tylko nas kochają, ale też nas lubią. I lubią z nami przebywać. Podobno lubią nas też przyjaciele naszych dzieci. Kultywujemy pewne zwyczaje, które dla nas wydają się oczywiste, ale nie dla wszystkich takie są. Bardzo pilnujemy tego, żeby niedziela była dniem szczególnym. W naszym domu tego dnia nigdy się nie chodzi do sklepu, nie pracuje, są uroczyste posiłki. Kiedyś córka powiedziała, że niedzielny obiad to największa i najwspanialsza rzecz w naszym domu. I tu zdradzę jedną z rzeczy, które mnie irytują w rodzinie. To moment, kiedy pytam, co mam zrobić w niedzielę na obiad, i słyszę: "Obojętnie".

Mąż rzeczywiście jest taki poważny i opanowany w życiu prywatnym jak w publicznym? Stać go na szaleństwo, spontaniczność, radość?

Tak, jest bardzo pogodnym człowiekiem, ale są chwile, kiedy przestaje być opanowany. To jest moment, który poeta patetycznie określił "a gniew twój bezsilny niech będzie jak morze/ilekroć usłyszysz głos poniżonych i bitych". Mąż bardzo przeżywa niesprawiedliwość.

Dobiera mu Pani krawaty, kupuje koszule?

Wysyłam starszą córkę.

Dlaczego?

Bo ja nie mam tej części mózgu, która za to odpowiada. (śmiech) Nie cierpię zakupów i staram się je zredukować do minimum.

Marek Jurek ma opinię polityka nieprzejednanego. W domu też nie słucha, co Pani i dzieci mają do powiedzenia, tylko pryncypialnie stoi przy swoich decyzjach?

Po pierwsze, ta opinia jest krzywdząca. Mąż jest nieprzejednany wtedy, kiedy trzeba.

A kiedy trzeba?

Kiedy chodzi o najważniejsze rzeczy. Mąż, kierując Sejmem i Krajową Radą Radiofonii i Telewizji, dał się poznać jako osoba umiejąca słuchać i budować kompromisy.

Kto decyduje, dokąd pojedziecie na urlop?

W czasach gdy byłam młodą żoną i matką, rozmawiałam raz z dziennikarką i powiedziałam jej: "I tak to jest, że kiedy już mamy wyjeżdżać na wakacje, to Polska okazuje się ważniejsza". A ona na to: "Niech się Pani cieszy. Dla mojego męża zawsze ważniejsza była wódka". W naszym domu w życiowych sprawach mąż oddaje nam pole. Są jednak przestrzegane zasady. Kiedy dzieci były młodsze, wyobrażałam sobie, że wszystkie będą prymusami. Ale mąż powiedział im tak: "Macie mieć piątki albo szóstki tylko z kilku przedmiotów. Z historii, matematyki i religii. Reszta - jak chcecie". Byłam urażona, że nie wymienił języka polskiego. (śmiech)

Ale może któreś z dzieci poszło w Pani ślady?

Nie, wybrały drogę męża. Syn studiuje historię, był we władzach NZS, organizacji, którą współtworzył mój mąż. Starsza córka skończyła socjologię i studiuje italianistykę, a najmłodsza - stosunki międzynarodowe. Być może ona pójdzie w ślady taty, ma świetny refleks i cięty język.

Podobno oboje są Państwo pedantami.

Tak? (śmiech) To chyba nie było o nas. Myślę, że czasami mężowi musiało być dosyć trudno przyzwyczaić się do nieumiejętności ogarnięcia przeze mnie całej domowej rzeczywistości. Nasz dom pełen jest papierów. Są one wszędzie: leżą niezliczone stosy książek i niezliczone stosy dokumentów, gazet, które od czasu do czasu usiłuję uporządkować i nigdy mi się to nie udaje. Teraz jesteśmy na etapie internetowym, ale dopóki były gazety, to ja maniakalnie wycinałam z nich artykuły, odkładałam na bok i one na tym boku wciąż tak leżą. (śmiech) Są jednak momenty, kiedy porządek w domu musi być, no i złości nas, kiedy nie możemy czegoś znaleźć.

Dlaczego zrezygnowała Pani z kariery uniwersyteckiej i teraz pracuje w podstawówce?

Mieliśmy troje małych dzieci, mieszkaliśmy w Poznaniu, mąż jako poseł jeździł do Warszawy. Rozumiałam, że tylko raz w życiu będę miała małe dzieci, którymi będę się mogła zajmować tak, jak trzeba. Nie sądzę, że moje dzieła na temat metafory albo poezji Rafała Wojaczka mogły zbawić ludzkość. Więcej dobrego się stanie, jeśli dobrze wychowam dzieci. Dodatkowo zszokowało mnie, że są tacy studenci polonistyki, którzy nie lubią czytać książek. Pomyślałam, że może lepiej zejść trochę niżej, wtedy nie będę miała takich rozczarowań, że student polonistyki nie chce czytać "Pana Tadeusza". Dzieci w szkole podstawowej są niesłychanie szczere, kochane, spontaniczne. To ciepła praca, choć strasznie wyczerpująca.

Najgorsza rzecz, jaką Pani przeczytała czy usłyszała o mężu?
Podobno krąży taka plotka, że mnie porzucił, ale to nieprawda. (śmiech)

Andrzej żyje w dwóch światach
Nie przyjaźnię się z żadnym posłem ani posłanką. Nie zapraszam ich do swojego domu. Dom jest dla mnie, Andrzeja i moich dzieci - wyznaje Irena Lepper, żona Andrzeja Leppera, kandydata na prezydenta, w rozmowie z Dorotą Kowalską

Nie była Pani zła, że mąż wraca do polityki?

Nie. On ma dwa światy: nas i politykę. I chyba nie może inaczej żyć. Ale te światy są od siebie oddzielone: w domu nie ma polityki. Andrzej wchodzi w drzwi, i wszystko: cały ten polityczny zgiełk, całą Warszawę, zostawia za nimi. Odwiesza garnitur, przebiera się w sportowe ciuszki i biegnie do gospodarstwa.

Nie rozmawiają Państwo o polityce?

Bardzo mało. Mamy dwie wspaniałe córki, jedna kończy aplikację, druga psychologię na Uniwersytecie Gdańskim. Mamy syna i troje wnuków. Nigdy nie łączyliśmy tych światów. Naszych dzieci nie ma w mediach. Najmłodsza córka Renia dostała propozycję, żeby wystąpić w "Tańcu z gwiazdami", ale jej nie przyjęła. Była po maturze, zaczynała właśnie studia, nie miała do tego głowy. Zresztą niepotrzebny nam medialny splendor. Bardzo chroniłam swoje dzieci przed tym światem i może mi się udało.

A kiedy mąż ogląda "Wiadomości" albo jakiś program publicystyczny, nie krzyczy? Nie denerwuje się, kiedy ktoś, jego zdaniem, opowiada głupoty?

Nie, bo nie może. Jest u nas wnuczka i wnuk, więc Andrzej nie krzyczy.

Wnukowie nie pozwalają dziadkowi na oglądanie telewizji?

Ten młodszy wnuk siada razem z Andrzejem i razem oglądają. Wnuczek zna polityków, czasami mówi do dziadka: "Dziadek, zobacz, to jest pan Komorowski", rozpoznaje Jarosława Kaczyńskiego. Więc jak tylko widzi, że dziadek ogląda coś o polityce, zaraz chce oglądać razem z nim. A jak Andrzej jedzie do Warszawy, to pyta: "Dziadek, a gdzie ty będziesz? W TVN? W jakim programie będziesz?". Śledzi politykę jak jakąś bajkę.

No tak, to panu Andrzejowi przed telewizorem przeklinać przy wnuku nie wypada?

Powiem szczerze, jak weszłam do rodziny Lepperów, nigdy nie słyszałam w ich domu przekleństw. Może między mężczyznami, w polityce mąż przeklina, w domu nigdy. Dzieci mogą zaświadczyć, że brzydkiego słowa w ustach ojca nie słyszały.

Pani mąż postrzegany jest jako człowiek bardzo impulsywny, choleryk nawet. W domu też taki wybuchowy?

Nie. Jest bardzo ciepły. Dużo rozmawia ze mną, dziećmi, wnukami. W ogóle wszystkie problemy rozwiązujemy w domu, przy stole.

Nie wybucha, bo może mu Pani we wszystkim ustępuje?

Wcale nie. Mam swoje zdanie. Jak coś mi nie pasuje, zawsze mu mówię. Owszem, Andrzej jest uparty, czasami się spieramy, jak to w małżeństwie. Ale nigdy tych sporów nie prowadzimy przy dzieciach. Uważam, że dorośli swoje sprawy powinni załatwiać między sobą.

Nie przeżywała Pani tego, że mąż odszedł z rządu? Była seksafera, oskarżenia pod adresem Andrzeja Leppera. Nie bolało Pani to, co słyszała o mężu?

Bolało, jak każdą żonę. To na pewno nie było miłe. W domu były przecież dzieci. Ale wiem, jaka jest polityka: brudna. I wiedziałam, że różne rzeczy się w niej wyciąga na swoich przeciwników politycznych. Jak odwołali męża, trzydzieści samochodów wokół gospodarstwa krążyło. Nie może pani wiedzieć, co myśmy tu przeżyli. Ale wiedzieliśmy, że musimy Andrzeja wspierać.

Ma Pani do męża zaufanie?

Bezgraniczne. Wiem, o co pani chce zapytać: w żadne z tych oskarżeń nie wierzę, w żadne.

Dzieciaki miały problemy? Śmiali się z nich, kiedy wybuchła seksafera?

Nie. Nigdy. Małgosia z racji wykonywanego zawodu chodzi po sądach, ale nikt nigdy niczego złego jej nie powiedział. Podobnie druga córka i syn. Nie mieliśmy, jeśli o to pani pyta, jakichś nieprzyjemności. Nikt nas nie wytykał palcami.

Nie odradzała Pani jednak mężowi, żeby się nie pchał do polityki? Żeby nie startował w tych wyborach?

Nie. Wręcz przeciwnie, powiedziałam, żeby startował.

Ale dlaczego?

Bo skoro już do polityki wszedł, to powinien zakończyć to, co zaczął. A ma jeszcze wiele rzeczy do zrobienia.

Co takiego ma do zrobienia?

Ludziom musi się żyć lepiej, a polska polityka nie może być taka jak teraz. Te wszystkie afery: hazardowa, naciskowa, aż strach pomyśleć, co się w tej Warszawie dzieje. A ludzie na wsiach, w małych miasteczka ledwie wiążą koniec z końcem.
Gdzie Pani poznała męża?

Na prywatce u koleżanki. Wyjeżdżała z całą rodziną do RFN-u no i zaprosiła mnie do siebie. Był u niej też Andrzej, wtedy kierownik PGR-u.

I czym Panią ujął?

Od razu się przysiadł do mnie. To była taka miłość od pierwszego wejrzenia. Polubiliśmy się bardzo, dużo rozmawialiśmy.

O czym rozmawialiście?

Byliśmy młodzi, na różne tematy się rozmawiało. Także o pracy, bo mąż był młody, a zajmował bardzo wysokie stanowisko. Wtedy, wie pani, być kierownikiem Państwowego Gospodarstwa Rolnego, to było coś.

Kto rządzi w domu: Pani czy mąż?

Ja wiem? Chyba ja. Poświęciłam wszystko, by stworzyć ten dom, cudowną rodzinę. Dla mnie nie były ważne kapelusze, uroczystości. Byliśmy z prezydentem Lechem Kaczyńskim na obiedzie na Jasnej Górze, ale stawałam obok męża tylko w najważniejszych momentach. Dla mnie najcenniejsza zawsze była rodzina, dzieci i dom.

Jakie mąż ma zainteresowania? Polityka polityką, ale chyba coś jeszcze go pochłania?

Gospodarstwo. Mamy bażanty, strusie, jelenie, bizony, chociaż z tymi bizonami strasznie dużo kłopotu. Nawet Niemcy przyjeżdżają tu do nas na wycieczki. Mąż żyje tym wszystkim. Jak tylko przyjeżdża do domu, zaraz go wnuki na progu przechwytują i proszą: "Dziadek, chodź na wycieczkę, chodź na wycieczkę!".

Ile macie Państwo hektarów?

W sumie, razem z synem, mamy 500.

I wszystko to uprawiacie?

Nie. Dwieście jest orne, trzysta to pastwiska. Większość jest syna. My mamy 45 hektarów.

To żyjecie sobie jak hrabiowie.

Co pani mówi! Sprzedaje się bydło za 3 zł za kilogram, tucznik jest po 3,20 za kilogram. A wie pani, jakie są koszta? Jakie wydatki? Jest bardzo ciężko. Makabra. Dlatego mąż musi wracać do polityki, żeby rolnikom pomóc, bo dzisiaj na wsi nie da się żyć.

Były takie momenty, że miała Pani dość polityki męża?

Nie, nigdy. Byliśmy zawsze i jesteśmy wspaniałą rodziną. Szanuję pracę męża. Bo poza nią bardzo dużo poświęca czasu dzieciom, wykształceniu ich.

Odrabiał z dziećmi lekcje?

Tak, kiedy tylko był w domu. Ja dużo poświęcałam czasu ich nauce. Ale i temu, żeby gdzieś pojechały, coś zobaczyły. Robiliśmy sobie często wycieczki w soboty i niedzielę. Dzisiaj córki mi mówią, że jestem ich przyjaciółką i matką.

Mąż pomaga w domowych obowiązkach?

Wiele rzeczy robimy wspólnie. Ja coś pichcę w kuchni, przychodzi i pomaga.

Sam gotuje?

Nie. Ale nieraz przyrządzi bardzo dobre ziemniaki.

Przyrządza ziemniaki?

O tak, na różne sposoby. Kiedyś wracam z dziewczynami do domu, a Andrzej już nam przygotował smaczne zapiekane ziemniaki z porem.

To on zapieka ziemniaki z porem?

Tak. I proszę spróbować, są rewelacyjne.

Jak Pani chce zrobić mężowi przyjemność, to co mu podaje na talerzu?

Kurczaka gotowanego albo duszoną jagnięcinę, to jego najlepsze jedzenie. Najbardziej lubi rzeczy gotowane. Warzywa też uwielbia: gotowane i duszone.

Podróżowaliście z mężem czy spędzaliście wolny czas w domu?

Raczej w domu. Byłam tak zajęta tworzeniem tego, co jest dla mnie ważne, czyli tego domu, że nie miałam na to czasu. Poza tym nigdy mnie nie ciągnęło do podróżowania. Zawsze miałam coś do zrobienia tu, na miejscu.

O co się najczęściej z mężem kłócicie?

Rozmawiamy, ale czy to można nazwać kłóceniem, to nie wiem. Moja synowa ostatnio powiedziała: "Siedem lat jestem w małżeństwie, weszłam do rodziny Lepperów, ale nigdy, mamo, nie widziałam, żebyście na siebie głos podnosili". Pewnie, że czasami mamy inne zdanie, ale to dotyczy takich szczegółów, że nawet nie pamiętam.

Mąż kupuje Pani kwiaty?

Bardzo dużo kwiatów otrzymałam od męża. Mogę to powiedzieć z całą szczerością.

Prezenty też Pani kupuje?

Też. Ostatnio mi na Boże Narodzenie i na Wielkanoc kupił.

A są politycy z Samoobrony, z którymi się Państwo przyjaźnią albo którzy u Państwa w domu bywają?

Nie. Powiem pani szczerze, tak naprawdę to nigdy nie starałam się być jakąkolwiek przyjaciółką ani z posłem, ani z posłanką i nigdy nie gościłam ich w domach. Przywitam się, porozmawiam, oczywiście. Ale dom jest domem dla mnie, dla moich dzieci i dla męża.

Ma Pani w ogóle jakichś przyjaciół?

Mam swoje przyjaciółki, ale spoza świata polityki. Czasami się spotykamy, poplotkujemy, jak to baby. Tylko że czasu mam coraz mniej. Sama pani widzi, rozmawiamy, a wnuk mnie co pięć minut targa za rękaw i przerywa: "Babciu przestań gadać!".

Pani sobie wyobraża przeprowadzkę do Pałacu Prezydenckiego?

Jakby było trzeba, to zamieszkałabym w nim.

Nie byłoby Pani szkoda tego, co tu Pani zostawia?

Na pewno, ale nie byłabym tylko zajęta Pałacem Prezydenckim. Wracałabym do tego, co stworzyłam tutaj.

Jest jakaś prezydentowa, którą Pani szanuje? Darzy jakąś szczególną sympatią?

Szanowałam panią Jolantę Kwaśniewską. Opowiadała otwarcie, jak ciężko jej było na początku, że nie trzeba zazdrościć tego życia. I za tę szczerość ją cenię.

Jak Pani myśli, kto te wybory wygra?

Nie wiem. Chciałabym, żeby mąż wygrał.

Ale nie na żadnych szans na wygraną. Więc kto: Komorowski czy Kaczyński?
Naprawdę nie wiem.

Pani idzie zagłosować na męża, ma się rozumieć?

No pewnie. Cała nasza rodzina stoi za Andrzejem murem.

Nie ma idealnych mężczyzn, ale są idealne kobiety
Jestem osobą, która mocno stawia na rodzinę. Nie ważne gdzie,ważne, że z mężem i dziećmi, dlatego
nie żałuję przeprowadzki do Warszawy-wyznaje Małgorzata Napieralska, żona lidera SLD i kandydata na prezydenta, w rozmowie z Dorotą Kowalską

Jak się Pani czuje w roli polskiej Carli Bruni?

Nie miałam aż tak bujnego życia prywatnego, ale nie przeczę, że to całkiem miłe uczucie być do niej porównywaną.

Podobnie jak wygrywać sondaże na pierwszą damę organizowane przez portale plotkarskie. Cieszą Panią takie rankingi?

Cieszą, tym bardziej że 50-proc. poparcie jest porażające. Nawet mąż mi zazdrościł.

To może Pani powinna być kandydatem Sojuszu Lewicy Demokratycznej w wyborach prezydenckich. Mąż ma 3 proc. poparcia, pani 50 proc., znacząca różnica.

(śmiech) Proszę nie żartować. Uważam, że Grzegorz jest właściwym człowiekiem na właściwym miejscu.

Jest jakiś wzór pierwszej damy, który chciałaby Pani naśladować?

To pytanie, na które ciężko odpowiedzieć, ponieważ każda z naszych pierwszych dam wprowadziła inny styl bycia pierwszą damą, ale każda spełniała się w tej roli znakomicie. Od każdej z nich wzięłabym coś dla siebie, ale pozostałabym sobą, bo myślę, że najważniejsze jest, aby w każdej sytuacji pozostać sobą. Pani Jolanta Kwaśniewska ma niesamowitą klasę, styl, przez dziesięć
lat pełnienia obowiązków pierwszej damy nie zaliczyła żadnej wpadki. Miałam też możliwość poznania pani Marii Kaczyńskiej. Zobaczyłam w niej wspaniałego człowieka, cudowną kobietę, jest, przepraszam była, ogromnie ciepłą, otwartą na innych osobą.

Na czym skupiłaby się Pani jako pierwsza dama, jaką działalność charytatywną prowadziła, bo to właśnie ona jest domeną wszystkich prezydenckich żon?

Mam dwójkę dzieci, wokoło których, co wie każda matka, jest moc pracy, ale oczywiście nie narzekam. Najbliższe mojemu sercu są bez wątpienia dzieci. Pomoc im to ogromne wyzwanie. Piękny obszar, w którym jest naprawdę wiele do zrobienia, więc gdybym została pierwszą damą, pewnie próbowałam
coś zrobić właśnie w tej dziedzinie.

Interesuje się Pani polityką?

Politykę zostawiłam mężowi. Ja, tak jak wspomniałam, zajmuję się domem i dziećmi. Próbuję też włączać męża do naszych wspólnych obowiązków i planów. Na szczęście nie muszę nad tym za dużo pracować, bo Grzegorz sam garnie się do robienia najzwyklejszych rzeczy, wypełniania codziennych małych zadań. Czasem zastanawiam się, czy to naprawdę takie dziwne, że mąż wynosi śmieci i prasuje sobie koszule.

Czyli, jak rozumiem, Grzegorz Napieralski biega co rano z koszem na śmieci i sam macha żelazkiem. Jak mi Pani jeszcze powie, że gotuje...

Na szczęście nie.

Znaczy, gotuje rzeczy niejadalne?

Robi dobre kanapki, i przy tym zostańmy.

A Pani, co mu najczęściej serwuje na obiady?

Uwielbia schabowego i ziemniaki. W ogóle lubi tradycyjną polską kuchnię. Jest typem, który zawsze lgnie do domu, wpada nawet po to, aby zjeść w nim kanapkę przy stole. Woli to niż obiad w restauracji.

Pani mąż ma w polityce opinię twardego gracza, który bez mrugnięcia okiem eliminuje swoich przeciwników politycznych, nawet tych w Sojuszu.W domu też jest tyranem?

Właśnie nie. To ciepły, czuły człowiek, więc nie wiem, skąd te opinie. Bo nie przypuszczam, aby w domu był inny, a w polityce inny. Grzegorz jest taką osobą do rany przyłóż. Pewnie polityka wymaga od niego także innych zachowań, pewnie trzeba w niej być twardym graczem, ale nie wierzę w jakieś radykalne zmiany. A z drugiej strony osoby konkretne i zdecydowane są lepiej postrzegane przez otoczenie. Wtedy widać, że człowiek ma charyzmę, że ma jakiś pomysł, wizję i próbuje ją realizować. A to, co robi, nie jest totalnie oderwane od rzeczywistości, ale konkretne, przemyślane
i mądre.

Rozmawiacie w domu o polityce?

Skłamałabym, gdybym powiedziała, że nie. Ale staram się być takim parawanem, który oddziela świat polityki od świata domu. Polityka, którą uprawia mój mąż, wiąże się z rozwiązywaniem codziennych problemów, szukaniem pomysłów na Polskę, poprawieniem tu i teraz, a nie szukaniem abstrakcyjnych, niewykonalnych planów przyszłościowych. Pewnie bierze się to stad, że tworzymy zwyczajną rodzinę. Grzegorz jest mężem, ojcem, mamy kredyty w banku, wspólnie wychowujemy nasze córeczki. Więc cała jego polityczna aktywność skupia się na tym, aby poprawić standard życia takim ludziom jak my i zadbać o pokolenie naszych dzieci.

Pyta czasami: a co Ty byś zrobiła, Małgosiu?

Zdarza się, że się radzi, ale ma duże polityczne wyczucie. Muszę się pochwalić, że czasami mam pomysły, które on wyłapuje i przetwarza dalej. Ostatnio wspomniałam mu o problemie osób niewidomych, które chcąc zagłosować, idą na wybory z kimś, komu muszą bezgranicznie ufać. No bo skąd mają pewność, że ta osoba nie skreśli kogoś innego na liście kandydatów. Zastanawialiśmy się, dlaczego na kartach do głosowania nie ma alfabetu Braille'a. I tak powstał projekt, aby karty do głosowanie o taki alfabet uzupełnić. Kto wie, być może zostanie do przyszłych wyborów wprowadzony
w życie.

Były momenty w karierze męża, kiedy wahaliście się, czy nie powinien zostawić polityki, odejść, zająć się w życiu czymś innym?

Nie pamiętam. Raczej nie.

A pamięta Pani, kiedy w ogóle Grzegorz Napieralski zdecydował ruszyć w politykę?

Kiedy się poznaliśmy, raczkował w niej, miał inną, bardzo ciekawą, lepiej płatną pracę, ale zrezygnował z niej na rzecz polityki. Czuł potrzebę współpracy, działania na rzecz grupy, pomagania innym. Powiem szczerze, jestem szczęściarą, że tak dobry człowiek jest moim mężem.
Jak Pani poznała tego dobrego człowieka?

Poznałam go przez mojego starszego brata, który studiował politologię. Tam spotkał Grzegorza. Tak się to zaczęło, wspólne imprezy w najlepszych studenckich czasach wariactwa. Ale mój brat był przeciwny temu związkowi. Obawiał się, że coś się między nami zepsuje, a tu z jednej strony przyjaciel, a z drugiej najukochańsza, bo jedyna, siostra.Więc nie wiedział, na co się zdecydować: po cichu nam kibicował, ale i trochę przeszkadzał.

Co się Pani wtedy w Grzegorzu Napieralskim najbardziej spodobało?

Przyjazne podejście do ludzi. Grzegorz jest osobą, która zawsze bezinteresownie stara się pomóc innym. Jeśli nie może zrobić czegoś na już, zrobi to za godzinę. Kiedyś powiedział, że bardzo chciałby opiekować się osobą niepełnosprawną, zdziwiłam się, bo w czasach studenckich nie myśli się o takich rzeczach, czeka się do weekendu, do kolejnej imprezy. A on tu nagle wyskakuje z taką deklaracją. I przyznam, że spojrzałam na niego wtedy zupełnie inaczej. Zaskoczył mnie też swoim śmiechem, takim delikatnym.Wiem, że ma się to nijak do Grześka twardziela, który eliminuje rywali, ale taki właśnie jest mój mąż.

Pamięta Pani, w jakich okolicznościach się Pani oświadczył?

O tak, pamiętam doskonale. Godzinę przed ślubem. Oczywiście przyjęłam te oświadczyny.

Mieszkaliście wiele lat w Szczecinie. Ponad rok temu podjęliście Państwo decyzję o przeprowadzce do Warszawy. Nie czuje się Pani w stolicy samotna?

Najbardziej brakuje mi tutaj rodziny: babci jednej i drugiej, dziadka, cioci, wujka, kuzynów, brata z żoną, bo naprawdę jesteśmy bardzo zżytą rodziną. Nie ma dnia, żebyśmy do siebie nie dzwonili. Mój wujek na przykład zawsze wie, co gotuję, ja wiem, co on gotuje, zawsze mi podpowiada, co
mam do czego dodać. Gdyby nie telefony, pewnie bym oszalała.

Dlaczego w takim razie podjęliście decyzję o przeprowadzce?

Coraz trudniej było mi radzić sobie z codziennymi pytaniami córek: "A gdzie tata?", "A tata gdzie?", "A kiedy wróci?". Włączałam wtedy telewizor i pokazywałam: "O, tu jest tata". Nakrywałam do obiadu,
nadawano jakieś relacje z Sejmu i wtedy tata był z nami przy stole. To trudne, wyjaśnić takim małym dziewczynkom, dlaczego ojciec ma taką pracę, a nie inną. Młodsza córka szła właśnie do przedszkola, starsza zaczynała zerówkę, stwierdziliśmy z Grześkiem, że jeśli się przeprowadzać, to właśnie teraz, bo żadna z córek nie będzie musiała zmieniać grupy, rozstawać się ze swoją klasą. Potem z każdym rokiem byłoby nam ciężej.

Podoba się Pani Warszawa?

Ogrom tego miasta, ulic z początku mnie przerażał. Nie miałam tu wielu koleżanek. Wszystko było nowe dla nas i dla dziewczynek: nowa dzielnica, szkoła, praca. Pewnego dnia kolega poradził mi, abym starała się traktować ten pobyt w Warszawie jako przygodę, szansę poznawania miasta, zwiedzania, zobaczenia wielu innych rzeczy, poznania nowych ludzi. Powiedziałam sobie, że daję sobie rok, aby polubić się z Warszawą. Przez pierwsze miesiące wszędzie poruszałam się z GPS-em, bez którego nie mogłam żyć, i tak krok po kroku poznawałam zakamarki miasta. Z czasem zdawałam też sobie sprawę, że przecież mam alternatywę, bo zawsze mogę wrócić do siebie, do Szczecina, gdzie czeka na mnie rodzina. To pomogło. Dzisiaj widzę w tym mieście wiele możliwości, doszłam do tego momentu, w którym chętnie do Warszawy wracam.

Poświęciła Pani dla męża własną karierę, skończyła Pani akademię wychowania fizycznego, ale nie pracowała w zawodzie. Na żałuje Pani dzisiaj tej decyzji?

Taka jest rola polityka i taka jest rola jego żony. Jestem osobą, która mocno stawia na rodzinę, nie ważne gdzie, ważne, że z mężem i z dziećmi. Teraz wiem, że decyzja o przeprowadzce była słuszna. Częściej się z mężem widujemy, np. kiedy odwozimy dzieci do przedszkola czy kiedy Grzegorz wpada na chwilę do domu zmienić koszulę.

Pracuje pani zawodowo?

Tak, ale niech miejsce mojej pracy pozostanie tajemnicą.

Jak Pani przyjęła wiadomość o tym, że mąż zamierza startować w wyborach? Wspierała go Pani czy była zła, że znowu nie będzie go w domu?

Nie, nie byłam absolutnie zła. Zawsze wspierałam męża, bo kocham ludzi z pasją. Jeśli ktoś coś robi, robi naprawdę dobrze, jak można mu tego zabronić? Grzegorza polityka pasjonuje, chce zmieniać Polskę na lepszą, nie mogłabym go powstrzymywać. Nie bała się Pani, że będzie pod obstrzałem, że zaczną się wywiady, pytania, a lada chwila w prasie pojawią się zdjęcia, na których maszeruje Pani z córeczkami do przedszkola?

Nie zastanawiałam się nad tym. Podchodzę do życia w sposób zadaniowy: jest zadanie, to trzeba je wykonać. Nie bałam się obstrzału. Może dlatego, że nie jest to nasza pierwsza kampania, wcześniej były kampanie samorządowe i parlamentarne, i chociaż są inne niż prezydencka, przyzwyczaiłam się. Staram się też nie zajmować bzdurami wypisywanymi w gazetach. Naprawdę niema sensu przejmować się rzeczami mało istotnymi.

Co Panią w mężu najbardziej denerwuje? Zostawia brudne skarpetki na podłodze jak Barack Obama? Czy może odwrotnie: jest maniakalnym pedantem?

Jak wiemy, idealnych mężczyzn niema, są tylko idealne kobiety. Tak, jest bałaganiarzem. Chociaż Grzegorz to mistrz w sprzątaniu łazienki, za której czystość odpowiedzialny był także w swoim rodzinnym domu. I to mu chyba pozostało do dzisiaj.

O co najczęściej się kłócicie?

O drobiazgi, które mnie bardzo drażnią. Ale przecież właśnie z drobiazgów składa się świat. Na przykład kiedy Grzesiek je jabłko,ma tendencję do tego, że odcina sobie kawałki, macza w cukrze i zostawia ogryzek. Zwracam mu wtedy uwagę, żeby go wyrzucał, bo na pewno nie będzie jadł
tego ogryzka jutro. I właśnie o takie głupstwa się kłócimy.

Ale pewnie szklanki po sobie zmywa?

Mamy zmywarkę. Na szczęście mąż umie ją uruchamiać i wyjmować z niej naczynia.

Myśli Pani, że czuje się zdominowany w domu przez trzy kobiety?

O to trzeba zapytać męża.

No chyba, że powalczycie państwo jeszcze o syna?

On jest tak zakochany w córeczkach, że nie walczy. Kiedy byłam w ciąży z pierwszą córką, do samego końca nie chcieliśmy znać płci naszego dziecka. Ważne było tylko jego zdrowie. Po porodzie to on zobaczył Alicję jako pierwszy.

Mieliście rodzinny poród?

Tak zamierzaliśmy. Tylko że Grzesiek przeszkadzał mi na sali porodowej i kazałam mu wyjść. Ale kiedy ja przez kilka następnych miesięcy cierpiałam z powodu depresji poporodowej, to on opiekował się
Alicją. Jest naprawdę wspaniałym ojcem dla dwójki naszych dzieci.

Córki są podobne do Pani czy do męża?

Śmieję się, że są dobrze wymieszane. Nie patrzę na nie przez pryzmat siebie albo
jego, ale przez pryzmat małego człowieka.

Mówiła Pani, że mąż pomaga w wychowaniu dziewczynek. Kiedy to robi, przecież całymi dniami nie ma go w domu?

W mojej rodzinie ojcowie zawsze brali aktywny udział w wychowywaniu dzieci. Mąż bardzo kocha Olę i Alicję, uwielbiają się razem wygłupiać. Po pracy Grzesiek odwiesza garnitur, przebiera się w dres, zaczyna bawić z córkami: na kolanach udaje konia, wieczorami czyta z dziewczynkami książki. Czasami wpada do domu w ciągu dnia,między jednymi drugim spotkaniem, byle tylko trochę z nami pobyć.

A kiedy już znajdziecie dla siebie więcej czasu, co najbardziej lubicie robić razem?

Aktywnie spędzać czas. Osobiście uwielbiam basen, mogłabym nie wychodzić z wody, to samo dziewczynki. Poza tym spacery, rolki, rower.Wyciągamy tatę, żeby z nami w tych zajęciach uczestniczył, aczkolwiek męża najbardziej relaksuje kino i prasowanie koszul.

Chyba jednak nie tylko. Gdzieś wyczytałam, że podobno uwielbia nurkować.

Tak, chwycił bakcyla. A ja, pływaczka, nie lubię. To śmieszne, ale nie mogę się przemóc, aby otworzyć usta pod wodą. Ja wolę góry, on morze, ale jakoś łączymy nasze pasje. Ostatnio nauczyłam naszą najstarszą córkę jeździć na nartach i mam już teraz kompana na narciarskie wypady.

To mało prawdopodobne, ale załóżmy, że Grzegorz Napieralski wygrywa wybory. I co? Pani życie zmienia się o 180 stopni. Nie boi się Pani tych zmian?

Proszę mi wierzyć, nie wybiegam aż tak daleko w przyszłość. Z przyjemnością wrócę do tej rozmowy 20 czerwca.

Tylko jak tak na Panią patrzę: jest Pani bardzo młoda, niemal dziewczęca, i bardzo energiczna. Trochę szkoda zamykać taki żywioł w Pałacu Prezydenckim?

Dlaczego? Może nadszedł czas na młodego, jak na standardy, prezydenta i młodą, pełnią energii pierwszą damę. Ja się tego wyzwania nie boję.
Czuję się wolnym człowiekiem i spełnioną kobietą
W polskiej polityce denerwuje mnie to, że nie ma w niej konkretów, jest za to dużo populizmu. A ja jestem osobą zdecydowanie konkretną - mówi Irena Olechowska, żona Andrzeja Olechowskiego, kandydata na prezydenta, w rozmowie z Dorotą Kowalską

Nie chciała Pani, aby mąż startował w tych wyborach prezydenckich.

Rzeczywiście.

Dlaczego?

Dlatego, że wiedziałam, że nie ma potrzebnego zaplecza, odpowiednio dużego grona ludzi, którzy pomogliby mu w takim wyzwaniu, jakim jest kampania prezydencka. Z drugiej jednak strony rozumiałam go. Wiem, że ma wiedzę i potrzebne kwalifikacje do wypełnienia roli prezydenta i mógłby dużo dobrego zrobić dla Polski. Dzisiejsza polityka jest bardzo jałowa, niepożyteczna. On mógłby to zmienić. Zwłaszcza jako niezależny prezydent. Również synowie byli przeciwni. Ale skoro się zdecydował, oczywiście jesteśmy z nim. Brak potrzebnego wsparcia jednak niestety wychodzi.

Ma przecież poparcie Stronnictwa Demokratycznego.

Tak, i to bardzo solidne. Może też liczyć na pomoc wolontariuszy, ale to wszystko zbyt mało w porównaniu z machinami dużych partii.

Pewnie wybory wyglądałyby inaczej, gdyby nie katastrofa pod Smoleńskiem. Zgadza się Pani z tą diagnozą?

Na pewno. I ta katastrofa i powódź zabrały wiele czasu potrzebnego na to, aby zaprezentować program, swój pomysł na prezydenturę. Andrzej od początku dużo jeździł, spotykał się z ludźmi. Chciał się przypomnieć i przedstawić, a potem przekonać zwłaszcza młodych ludzi i kobiety, które są w Polsce dyskryminowane. Z powodu katastrof dwukrotnie musiał te spotkania przerwać.

Ale krótki czas wyborów to jedna sprawa. Druga to fakt, że ta katastrofa przyczyniła się do polaryzacji poglądów: jesteśmy albo za IV RP, albo za III RP. A to zmniejsza szanse Pani męża.

Absolutnie się z tym zgadzam. Kampania oparta jest w tej chwili na emocjach, brakuje, niestety, merytorycznej dyskusji, w której mój mąż miałby wiele do powiedzenia. I, niestety, może na nią w ogóle zabraknąć czasu.

Interesuje się Pani polityką?

Oczywiście - polityka dotyczy mnie osobiście, mojego dobrobytu, dlatego trudno, aby była mi obojętna. No i jestem żoną Andrzeja.

Są kobiety, które starają się, aby mężowie nie przynosili do domu spraw zawodowych. W Państwa domu rozmawiacie o polityce?

Rozmawiamy, ale nie jest to najważniejsza część rozmów, jakie prowadzimy.

Mąż się Pani radzi?

Raczej dyskutujemy. Mąż generalnie nie słucha rad.

Jak go Pani poznała?

Dawno temu, w klubie studenckim Stodoła. Byłam świeżo po maturze, miałam o siedem lat starszego brata, bardzo przystojnego zresztą, który zaczął mnie wprowadzać w świat. W bracie kochały się wszystkie koleżanki, więc to, że wziął mnie ze sobą, było dla mnie niemal nobilitacją. I właśnie w klubie Stodoła poznałam Andrzeja. Chciał mnie wyciągnąć na wycieczkę za miasto, co siedemnastoletniej dziewczynie wydawało się podejrzane: pierwszy raz mnie widzi na oczy i od razu chce gdzieś jechać. Jak się później okazało, to miała być wycieczka z przyjacielem męża, którego poznałam parę lat później i z którym przyjaźnimy się do dzisiaj.

Co Panią w mężu ujęło?

Podobał mi się, był przystojny. Z tego pierwszego spotkania nic jednak nie wyszło, ale został mi gdzieś w głowie i dwa lata później postanowiłam o niego zawalczyć. No i udało się.

Jak Pani o niego walczyła?

Przez wspólnego kolegę doprowadziłam do spotkania. I trafiłam na dobry moment w jego życiu.

Państwa znajomy opowiadał mi kiedyś, że na tzw. salonach, nie tylko polskich, ale też europejskich, podchodziły do niego piękne kobiety i pytały, kim jest ten wysoki, siwowłosy mężczyzna, wskazując oczywiście na Andrzeja Olechowskiego. Nie jest Pani zazdrosna o męża?

Nigdy nie dał mi specjalnych powodów do zazdrości, aczkolwiek zdaję sobie sprawę, że się podoba innym kobietom.

To, że Andrzej Olechowski jest przystojny, to jedno, ale czymś jeszcze musiał chyba Panią ująć?

Inteligencją i poczuciem humoru. Jest bystry, ma świetną ripostę To zawsze mi imponowało, do dziś mi imponuje. Nigdy się z nim nie nudzę.

Jak go Pani budzi rano, nie mówi: gdybym chciał wstawać rano, to zostałbym mleczarzem?

(śmiech) Tak gdzieś powiedział i ta łatka przylgnęła do niego na całe życie. Podobnie kiedyś na pytanie, dlaczego nie chce przychodzić na śniadanie do Radia Zet, powiedział, że o 9 rano w niedzielę może najwyżej wyrzucać śmieci. Tego pani Olejnik nie mogła mu długi czas darować. W rzeczywistości Andrzej chodzi do radia i telewizji tylko wtedy, kiedy ma coś istotnego do po-wiedzenia. Udział w bieżącej polityce przez małe "p" nigdy go nie interesował. Dlatego też wziął udział w tych wyborach. Po ostatniej porażce wydawało się, że jest wyleczony z polityki, ale obecna bitwa pomiędzy PO i PiS, z której kompletnie nic nie wynika, i fakt, że musimy gonić Zachód, a tracimy czas na jakieś bzdury, bardzo go zmobilizowały. Również do wczesnego wstawania.
Niektórzy uważają Pani męża za lenia. Pani się z tą oceną zgadza?

Jak można uważać, że jest leniem, skoro osiągnął tak duży sukces osobisty. To dla mnie śmieszne.
Andrzej Olechowski powiedział kiedyś, że właściwie nie musiałby bawić się w politykę, bo do polityki tylko dokłada, tak naprawdę to nie jest jego sposób na życie, na zarabianie pieniędzy. Nigdy nie musiał żyć z polityki. Był i jest od niej całkowicie niezależny finansowo.

A Pani woli męża jako polityka czy biznesmena?

Nie lubię słowa "biznesmen" w jego przypadku.

Przedsiębiorca?

Też nie przedsiębiorca. Andrzej jest ekspertem w różnych sprawach, jego zdanie bardzo się liczy, ma wiedzę. Jego wiedza wykorzystywana jest do konkretnych działań w instytucjach, z którymi współpracuje.

Więc dobrze: woli Pani męża jako eksperta czy jako polityka?

Zdecydowanie jako eksperta. Nie lubię być na widoku. Jakkolwiek jestem już do tego przyzwyczajona. Mąż od lat jest dość powszechnie rozpoznawany. Kiedy gdzieś z nim idę, nawet jeśli ludzie nie wiedzą, jak mąż się nazywa, wiedzą, że skądś go znają, w związku z czym zawsze ktoś na nas patrzy.

Pani nie jest typem osoby, która chciałaby błyszczeć w mediach. Nie udzielała się Pani medialnie. Dlaczego?

Kompletnie nie mam takiej potrzeby.

Ale wybory prezydenckie mobilizują. Miała Pani świadomość, na co się decyduje?

To nie jest dla mnie nowość. Przeszłam przez to już w 2000 i 2002 roku. Nie boję się. Poza tym spotykania z ludźmi, słuchanie tego, co mają do powiedzenia, może wciągać.

Który model prezydentowej jest Pani bliższy? Pierwszej damy aktywnej jak Hillary Clinton czy trochę wycofanej jak Laura Bush?

Na pewno nie do pani Clinton. Polityka nie jest moim powołaniem. Uważam, że żona prezydenta może zrobić bardzo dużo dobrego na polu pomocy innym. W Polsce wciąż zbyt obojętnie przechodzimy koło ludzi, którzy nie dają sobie rady, jest wciąż bardzo dużo nieszczęść. Pracuję dobroczynnie w fundacji pomagającej dzieciom chorym na nowotwory. Mimo że to malutka fundacja angażująca niewiele osób, które pracują charytatywnie, to udaje nam się zrobić wiele pożytecznego. Pozycja żony prezydenta umożliwia podjęcie takich zadań na dużo większą skalę.

Czy któraś z polskich prezydentowych jest dla Pani wzorem?

Myślę, że standard polskich pierwszych dam był bardzo wysoki. Każda była inna, ale wszystkie się sprawdziły w tej roli. Pani Kwaśniewska wykorzystała swój wdzięk, energię i umiejętności do stworzenia prężnej i dużej organizacji charytatywnej. Pani Kaczyńska postanowiła się udzielać na mniejszą skalę, ale na różnych frontach, i z tego powodu może bliżej byłoby mi właśnie do niej.

Poplotkujmy teraz trochę o Pani mężu. Wynosi te śmieci?

Absolutnie tak.

Co jeszcze robi w domu?

Mój mąż wszystko umie zrobić.

Gotuje?

Nie, nie gotuje, to jest jedyna rzecz, której nie potrafi. Ale kiedy jestem chora, robi mi jajecznicę i herbatę. Za to wszystko potrafi naprawić, jest taką złotą rączką. Lubi też prace w ogrodzie: przycinanie gałęzi, porządkowanie.

Jakie ma wady?

Jest spod znaku Panny, więc można sobie wyobrazić, co mam w domu. Ja uważam, że jestem porządna, on, że jestem bałaganiarą. Mam z tego powodu wygodnie życie, bo nie zdarza mi się, aby rzucił gdzieś brudne skarpetki czy brudną koszulę. Wszystkie rzeczy są zawsze odłożone na miejsce. Ale są też minusy takiego stanu rzeczy. Nie mogę np. wziąć długopisu z jego biurka i położyć w innym miejscu, bo od razu wybucha karczemna awantura. Mąż jest bardzo porządnicki. Dużo pracuje w domu, przy komputerze, przy biurku i nie zdarza mu się, żeby były na nim stosy papierów czy przewalały się szklanki po herbacie.

Bardzo dużo się mówi o Państwa pasjach, podobno lubicie podróżować?

Bardzo dużo podróżujemy, częściowo jest to związane z tym, że mąż dużo pracuje w świecie i często zabiera mnie ze sobą. Łączymy przyjemne z pożytecznym. Ale najbardziej lubimy polskie Tatry.

[b]A świat? Gdzie Pani lubi jeździć? [

polecane: Flesz - Co piąta transakcja będzie wymagać użycia PIN-u

Wideo

Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych”i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Dodaj ogłoszenie

Wykryliśmy, że nadal blokujesz reklamy...

To dzięki reklamom możemy dostarczyć dla Ciebie wartościowe informacje. Jeśli cenisz naszą pracę, prosimy, odblokuj reklamy na naszej stronie.

Dziękujemy za Twoje wsparcie!

Jasne, chcę odblokować
Przycisk nie działa ?
1.
W prawym górnym rogu przegladarki znajdź i kliknij ikonkę AdBlock. Z otwartego menu wybierz opcję "Wstrzymaj blokowanie na stronach w tej domenie".
krok 1
2.
Pojawi się okienko AdBlock. Przesuń suwak maksymalnie w prawą stronę, a nastepnie kliknij "Wyklucz".
krok 2
3.
Gotowe! Zielona ikonka informuje, że reklamy na stronie zostały odblokowane.
krok 3