reklama

80 rocznica wybuchu II wojny światowej. Lato ’39: czas strusich piór i narodowego kopania rowów

Agnieszka Kamińska
Agnieszka Kamińska
Latem roku 1939 Polacy żyli wakacjami, tłumnie podróżowali do modnych kurortów, ale też kupowali maski przeciwgazowe i kopali rowy przeciwlotnicze - opowiada Marcin Zaborski, autor książki „Lato ’39. Jeszcze żyjemy”.

Lato roku 1939 przedstawiane jest najczęściej jako beztroskie, jakby codzienne życie toczyło się obok wielkiej polityki. A przecież zapowiedzi nadciągającego kataklizmu były bardzo wyraźne. Czy Polaków polityka nie obchodziła, a może raczej próbowali, niejako na przekór, zachować normalność?

Nie sposób było nie interesować się polityką. Doskonale było to widać na ulicach miast, gdy Polacy zbierali się tłumnie przed sklepami z radioodbiornikami, z których można było posłuchać wiadomości. Stawali, słuchali i dyskutowali o tym, czy Hitler wejdzie do Polski czy nie wejdzie. Jednocześnie żyli wakacjami, jeździli nad morze, do modnych kurortów, sanatoriów, szukali miłości i ją znajdowali. Czasem tylko na chwilę - na przykład w lasku pod gdyńskim stadionem sportowym, gdzie spotykały się pary miłosne z okolicy.

Przed sklepami ustawiały się kolejki, ludzie robią zapasy spożywcze, kupują lekarstwa
Przed sklepami ustawiały się kolejki, ludzie robią zapasy spożywcze, kupują lekarstwa Narodowe Archiwum Cyfrowe

Pociągi udające się w stronę Bałtyku były pełne turystów. Można odnieść wrażenie, że Polacy tamtego lata żyli „jeszcze bardziej” niż w poprzednich latach. Możemy przeczytać w ówczesnych gazetach, że jechali nad morze, aby pokazać, że ono jest nasze, polskie, że Polacy są tam u siebie. Mówili: niech sobie „Niemiaszki” nie myślą, że mogą wyciągać łapy po Gdańsk, po Gdynię - bo każdy, kto to zrobi, musi liczyć się z tym, że te łapy zostaną przetrącone. Próbowano żyć normalnie. W polityce wrzało, a w wielu polskich miastach odbywały się konkursy na najpiękniejsze balkony albo akcje parkanowe. Polegały one na tym, że rozbierano płoty okalające budynki, żeby w miastach było estetyczniej i żeby podwórka były bardziej otwarte. Do Gdyni zjechali kelnerzy, aby wziąć udział w zawodach zręcznościowych. Ścigali się w biegu z tacą, na której ustawiono butelki z napojami. Ale to tylko jedna część ówczesnej rzeczywistości, bo Polacy tamtego lata kupowali też maski przeciwgazowe, lekarstwa i środki przeciwpożarowe, robili zapasy spożywcze. Przygotowywali się do wojny.

Czy ceny w sklepach rosły? Ustawiały się kolejki?

W sierpniu na niektórych sklepach pojawiły się afisze z napisem „Paskarze do Berezy”. Niektórzy sklepikarze, węsząc możliwość zarobienia większych pieniędzy, zajmowali się spekulacją. Przetrzymywali towary np. w piwnicach i na strychach. Stwarzali poczucie, że tych produktów nie ma w sklepach. Kiedy towarów brakowało i ich ceny rosły, sklepikarze wykładali je i sprzedawali dużo drożej. Premier zlecił wojewodom, żeby walczyli ze spekulantami. Afisze pojawiły się na sklepach nieuczciwych właścicieli, którzy już trafili do obozu w Berezie Kartuskiej. Ale też w gazetach, dzień po dniu, można było śledzić, kto za paskarstwo trafił do Berezy - bo np. zmagazynował w piwnicy 10 ton boczku. Gazety pisały o tym procederze ku przestrodze.

Przed sklepami ustawiały się kolejki, ludzie robią zapasy spożywcze, kupują lekarstwa
Przed sklepami ustawiały się kolejki, ludzie robią zapasy spożywcze, kupują lekarstwa Narodowe Archiwum Cyfrowe

Podobno Polacy, którzy odwiedzali niemieckie kasyno w Sopocie, uznawani byli za zdrajców.

Wizyty Polaków w Sopocie nie były dobrze widziane. Gdy pociąg przejeżdżał przez ten kurort, polscy turyści tam nie wysiadali, bo byłoby to odbierane jako wspieranie wroga. Tak samo było z wizytami Polaków w sopockim kasynie. Polscy patrioci odbierali je jako wspieranie niemieckiej szulerni. Sopockie ciastkarnie też były na cenzurowanym. Gazety opisywały, że polskie kobiety bardzo lubiły słodycze i chętnie kupowały je w sopockich ciastkarniach, ale w lipcu i sierpniu 39 roku nie było to już dobrze widziane. Nie wszystkie panie, jak o tym pisano, były gotowe ze względów patriotycznych rozstać się ze słodkościami.

I co?

Zamawiały sobie ciastka do domu. Co oczywiście też było krytykowane - bo niby dlaczego kobiety wspierają niemieckich przedsiębiorców, gdy polskie słodkości są równie dobre, a może i lepsze?

W pensjonatach na Helu podobno pojawiły się kartki: „Uprasza się nie mówić o polityce!”.
„Niech sobie o niej mówią w Juracie”… - to druga część tego napisu. Tak, tak było. Jurata w tamtym czasie była postrzegana jako miejsce snobistyczne, „na koturnie”. Panowały opinie, że tam jest nudno i drogo, więc niech tam mówią o polityce. A Hel miał być wakacyjny, letni, wesoły, luźny i wolny od poważnych rozmów.

80 rocznica wybuchu II wojny światowej. Lato ’39: czas strusich piór i narodowego kopania rowów
Narodowe Archiwum Cyfrowe

A Gdańsk? Zwiastuny zbliżającej się wojny były w Gdańsku wręcz namacalne, a atmosfera ciężka. Prasa niemiecka pisała, że Gdańsk i Pomorze bezsensownie oddzielają Rzeszę od Prus Wschodnich, w lipcu wydarzył się incydent na granicy między Polską i Wolnym Miastem Gdańsk, odbywały się wiece …

W Gdańsku w tym czasie było zupełnie inaczej, to był inny świat. Wolne Miasto Gdańsk, jak pisały gazety, zawdzięczało nazwę temu, że wolno w nim zrobić wszystko, ale tylko Niemcom, którzy uczynili z niego obóz warowny. Co dzień do miasta ściągane były elementy uzbrojenia, coraz więcej było w nim amunicji, dział przeciwlotniczych, czołgów, wozów pancernych, żołnierzy i koni dla armii. Polacy musieli opuszczać swoje domy i mieszkania. Rekwirowano je pod różnymi pretekstami. Pewien mieszkaniec Wrzeszcza na przykład musiał się wyprowadzić, bo w polskie święto narodowe wywiesił biało-czerwoną flagę. Ówczesna prasa donosiła, że Gdańsk stał się miejscem szalejącego na ulicach bandytyzmu. Przechadzali się po nich rasowi blondyni w brunatnych mundurach. Gdzieniegdzie owi młodzieńcy zastraszali polskie dzieci. Do polskich domów nocami wchodzili hitlerowcy z karabinami, urządzali burdy i grozili, że Polaków wymordują. Na budynkach pojawiły się napisy typu: „Precz z Polakami”, „Polscy szpiedzy wynocha”, „ Niech diabli porwą Żydów i Polaków”. Terror wymierzony w Polaków trwał od wielu tygodni, ale w lecie 39 r. zdecydowanie się nasilił. Władze zdecydowały, że będzie mniej lekcji religii w szkołach. Zamiast tego uczono o ideach narodowego-socjalizmu i ustroju III Rzeszy, dzieci poznawały życiorysy jej wodzów. Chodziło o budowanie przekonania, że Gdańsk cały jest niemiecki i że nie Polacy, a Niemcy są tam u siebie. Gdy na Helu turyści świetnie się bawili, gdańska plaża wyglądała mało wakacyjnie - straszyły tam druciane zasieki, okopy i stanowiska dla armat.

W Gdańsku szalał terror, a w gazetach podobno dużo miejsca poświęcano pogodzie. Czy to prawda?
W naszych głowach tkwi zdanie, które chętnie dziś przywołujemy: „A lato było piękne tego roku”. Piękne i upalne. Ale - jak pisały gazety - to był też czas, gdy z nieba leciały „kurze jaja”. Przez Polskę przechodziły gradobicia, a niektóre miasta walczyły z potężnymi powodziami. Centrum Częstochowy zamieniło się wręcz w jezioro. Kilka dni ulewnego deszczu sprawiło, że woda wylewała się z koryt rzek i zalewała miasta. Ludzie, którzy uciekali przed wielką wodą, wdrapywali się na dachy swoich domów, czekali na pomoc wojska lub straży ogniowej. Na ulice wypływali żołnierze w pontonach. Wichury wyrywały drzewa z korzeniami. Z jednej strony lato było piękne, z drzew można było zrywać soczyste owoce, a z drugiej strony - ludzie borykali się anomaliami pogodowymi. Nawałnice tamtego lata przechodziły też m.in. przez Belgię, Holandię, Rumunię, Turcję czy Amerykę. Całe tereny Chin znajdowały się pod wodą.

W akcję kopania rowów  zaangażowały się rzesze Polaków
W akcję kopania rowów zaangażowały się rzesze Polaków Narodowe Archiwum Cyfrowe

Szczególnie aktywni byli wtedy też wróżbici i jasnowidze. Prasa wypełniona była ich anonsami.
Grasowali na przykład na warszawskiej Pradze. Z gazet dowiadujemy się też, że wróżbici oferowali przepowiednie, a kobietom oczekującym na ożenek wskazywali kandydatów na mężów. W tej dziedzinie działali jeszcze bardziej perfidni oszuści. Chociażby towarzystwo asekuracyjne Fidelita, oczywiście fałszywe. To była firma, która proponowała wyselekcjonowanym wcześniej pannom ubezpieczenie na wypadek staropanieństwa. Kobiety, które nie przekroczyły 40 lat, mogły wpłacić odpowiednią kwotę. Gdyby nie wyszły za mąż do 45. roku życia, to zgodnie z ofertą, miały otrzymać odszkodowanie. Nawet 100 tys. zł. Kobiety dawały się nabrać, wpłacały pokaźne sumy, a interes zaczął się kręcić. Co więcej, oszuści wynajęli biuro wywiadowcze, które miało wynajdywać stare panny - potencjalne kandydatki do naciągania. Wszystko szło dobrze, ale jedna z panien nabrała podejrzeń co do intencji firmy, doniosła na nią policji i oszuści wpadli.

Jaka była wtedy moda, czy można było w niej zauważyć jakieś oznaki niepokoju? W co się ubierano?
Ci, którzy zajmowali się modą zapowiadali, że nadchodzi czas strusich piór. Miały być nimi ozdabiane kapelusze i suknie. Kolorem, który miał absolutne pierwszeństwo latem 39 r., była biel. Modne były też połączenia bieli i czerni. Jaszczurkowe pantofelki, kolczyki w kształcie owadów, rybek, ptaszków czy serduszek. A do tego zegarki - broszki, wmontowane w paski torebek albo w ołówki do ust. Modne były też kapelusze. Prasa przekonywała, że każdego stać na takie nakrycie głowy, bo nie trzeba go wcale kupować, można sobie zrobić kapelusz samemu z papieru. Podawano wręcz przepisy na wykonanie kapelusza z krepy. Nawet jeśli zmókł na deszczu, to nic, bo przypominał wtedy słomkowy, równie modny. Natomiast odradzano robienie kapeluszy z czerwonego i niebieskiego papieru krepowego, bo te kolory nie wytrzymywały na słońcu. Mężczyznom podpowiadano z kolei, że powinni chodzić w brązach, np. w odcieniach cynamonu, a najlepiej jeśli ubranie było w kratę. Brąz sprawdzał się w strojach sportowych, wizytowych i spacerowych. Modne były też szarości i granat. Polecano np. taki zestaw - zielonkawa marynarka jednorzędowa, szaroniebieskie spodnie w białe pasy, a do tego żółty krawat i seledynowa koszula. Albo - marynarka w kratę ceglasto-brązową, jasne spodnie w granatowe prążki, a do tego czerwony krawat i żółta koszula w kratę.

O, to jednak dość odważne połączenia.

Tak, stroje były wtedy bardzo kolorowe, choć oczywiście nie widzimy tego na zdjęciach. Co ciekawe, ubożsi Polacy - jeśli nie mieli modnych strojów - nierzadko rezygnowali z wyjazdów wakacyjnych. Pojawiła się nawet pewna inicjatywa. Zakładała, że gdyby tworzyć modne ubrania na masową skalę, to nie byłyby one aż tak drogie. Można by było je wynajmować na wakacje i dzięki temu ubożsi Polacy mogliby pokazać się w nich w mieście lub modnym kurorcie. Pomysł nie doczekał się realizacji, bo wybuchła wojna.

Czy atmosfera w przededniu wojny wpływała na święta i obchody rocznicowe? Czy organizowano je z większą pompą, aby np. zmobilizować Polaków i ich bardziej zjednoczyć?

Rocznice były wykorzystywane przez władze do wzmacniania poczucia patriotyzmu. Przykładem jest tu choćby Zjazd Krakowski - uroczystość zorganizowana 25 lat po wymarszu Kompanii Kadrowej z Oleandrów. Ta rocznica inicjatywy Piłsudskiego posłużyła do budowania wspólnoty wokół idei walki za Ojczyznę. Wielu Polaków przyjechało do Krakowa, aby uczestniczyć w tym wydarzeniu. Miasto było wspaniale ustrojone, na ulicach zawisły girlandy i flagi biało-czerwone. Pojawili się halabardnicy w średniowiecznych strojach i trębacze. Na defiladzie zgromadzono prawie półtora tysiąca sztandarów. Uroczystościom przewodniczył marszałek Edward Śmigły-Rydz. Chodziło tu też o to, żeby złożyć Polsce symboliczne ślubowanie, że ludzie żyjący w 39 roku są gotowi do walki o te same ideały, co ich przodkowie i że czekają na sygnały płynące od naczelnego wodza tak samo, jak to było za czasów marszałka Piłsudskiego. To była wielka patriotyczna manifestacja. Oczywiście myślano wtedy o tym, że wojna może wybuchnąć, ale jednocześnie podkreślano, że nie jest to wcale przesądzone. Pojawiły się nawet takie opinie, że Hitler nie odważy się do Polski wejść, bo nasze drogi są tak fatalne, że jego wozy bojowe na pewno by na nich utknęły. A jeśli już hitlerowcy dotarliby do Polesia, to na pewno utonęliby w tamtejszych bagnach. To jest charakterystyczne dla tamtego lata - myślano racjonalnie, co może się zdarzyć, ale też próbowano przed tą myślą uciec.

Jakie jeszcze inicjatywy były podejmowane, by zmobilizować naród?
Organizowane były zbiórki na fundusze wspierające polską armię - ludzie przekazywali np. obrączki, złote papierośnice, biżuterię, srebrne sztućce, bony, obligacje czy po prostu pieniądze. Zbiórki odbywały się podczas rodzinnych świąt, np. imienin. Można było też oddać część zarobionej dniówki lub w przypadku kelnerów - napiwki. Do zbiórek włączano dzieci w szkołach. Organizowane były również koncerty, które ten cel wspierały. Śpiewał na nich m.in. Jan Kiepura. Niektórzy dawali ogłoszenia w prasie, że już przekazali dary i namawiają do tego też innych. Wskazywali ich z imienia i nazwiska. Rzucali sobie w ten sposób wyzwania. To było coś w rodzaju łańcuszka, na zasadzie „ja już przekazałem, teraz przekaż ty”. Druga rzecz to wielka, narodowa akcja kopania rowów przeciwlotniczych, prowadzona w wielu miastach. Włączyły się w nią rzesze Polaków - robotnicy, urzędnicy, politycy, przedsiębiorcy... Wszyscy oni łapali za kilofy i łopaty, i szli kopać. Ikoną akcji stał się pewien mieszkaniec Bydgoszczy, który zmarł w czasie kopania rowów. Po prostu nie wytrzymało mu serce. Prasa opisywała go jako bohatera, który stracił życie w poświęceniu dla ojczyzny. Jego pogrzeb stał się patriotyczną manifestacją. W akcję kopania rowów włączyła się nawet marszałkowa Piłsudska, ale pomagali też profesorowie, dzieci, a nawet starsze osoby. Bohaterkami doniesień prasowych były 80-latki, które włączyły się w tę akcję w Poznaniu czy Warszawie. Za kilofy łapały nawet kobiety, które uchodziły za damy i zwykle nie wykonywały prac fizycznych. Udział w akcji był opisywany w gazetach jako dowód na dojrzałość polskiego społeczeństwa i egzamin z obywatelskości. Co ważne, świetnie zdany, bo w kolejnych polskich miastach bardzo szybko powstawały kilometry rowów przeciwlotniczych. Kopano je w dzień i w nocy, a całej operacji towarzyszył wielki entuzjazm. Krytycznie opisywano w prasie osoby, które do akcji się nie włączyły. Pewien mieszkaniec Wilna zamiast kopać rowy, wybrał się na plażę i tam został okradziony z pieniędzy. No więc w gazecie zadano pytanie, czy można go żałować? Dano czytelnikom do zrozumienia, że mężczyzna został ukarany za to, że nie włączył się w ten wielki obywatelski czyn narodowy.

80 rocznica wybuchu II wojny światowej. Lato ’39: czas strusich piór i narodowego kopania rowów

Marcin Zaborski, „Lato ’39. Jeszcze żyjemy”, Wydawnictwa: Tamaryn, Bellona, Warszawa 2019

80 rocznica wybuchu II wojny światowej. Lato ’39: czas strus...

Wiceminister kultury i prezydent Gdańska rozmawiali na temat rządowych planów dotyczących Westerplatte

Wideo

Materiał oryginalny: 80 rocznica wybuchu II wojny światowej. Lato ’39: czas strusich piór i narodowego kopania rowów - Dziennik Bałtycki

Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych”i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Komentarze

Ta strona jest chroniona przez reCAPTCHA i obowiązują na niej polityka prywatności oraz warunki korzystania z usługi firmy Google. Dodając komentarz, akceptujesz regulamin oraz Politykę Prywatności.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Dodaj ogłoszenie