77. rocznica wybuchu Powstania Warszawskiego. Juliusz Kulesza, powstaniec warszawski: Jest coś ważniejszego od życia

Anita Czupryn
Anita Czupryn
Grupa powstańców ze Starówki odpoczywa po ewakuacji kanałami na jednej z posesji przy ul. Wareckiej. Śródmieście Północne. 1 września 1944 r.
Grupa powstańców ze Starówki odpoczywa po ewakuacji kanałami na jednej z posesji przy ul. Wareckiej. Śródmieście Północne. 1 września 1944 r. Joachim Joachimczyk „Joachim”/Muzeum Powstania Warszawskiego
Dla nas problemem było to, że Niemcom amunicja nigdy się nie kończyła. U nas była na wagę złota. Nawet plakaty nawoływały do oszczędzania amunicji: „Jeden pocisk, jeden Niemiec” – Powstanie Warszawskie wspomina jego uczestnik, 93-letni Juliusz Kulesza, grafik i pisarz.

Co Pan czuje, kiedy nadchodzi 1 sierpnia, godzina 17?

Za każdym razem jest to dla mnie wyjątkowa pora. Dlatego, że przypomina najważniejsze chwile w życiu. Niewątpliwie, najważniejszym okresem było dla mnie Powstanie Warszawskie i to z różnych powodów. Nałożyły się na to dwie sprawy. Sprawa pierwsza to dramaturgia osobistych przeżyć. W tak zwanych normalnych czasach na ogół nie zdarza się, żeby ktoś chciał nas zabić. A tu chciano zabić i dokładano wszelkich starań, żeby zrobić to skutecznie. Zatem raz, to zagrożenie własnego życia i związane z tym wszelkie okoliczności. Ale to jeszcze nie byłoby powodem decydującym.

Co nim było?

Świadomość uczestniczenia w bardzo ważnym wydarzeniu historycznym. Stworzona nam została szansa uczestniczenia w największej bitwie, bitwie ulicznej II wojny światowej, to nie ulega kwestii. A to powoduje, że pamięć o tych zdarzeniach do końca życia będzie numerem jeden, jeśli chodzi o przeżycia osobiste.
Oto Dawid staje przed Goliatem – powstańcy mieli wówczas tego świadomość?
Wie pani… Sprawa jest skomplikowana. Dziś jesteśmy mądrzy o wiedzę o tym wszystkim, co się wydarzyło później. Wtedy byliśmy przekonani, że sytuacja jest inna, niż była w rzeczywistości. Przede wszystkim liczyliśmy na naszych sojuszników.

Powstańcy całkowicie zaskoczyli Niemców, którzy absolutnie nie spodziewali się tego, co stanie się w godzinie W? Do dziś chętnie tak myślimy - tyle że to niestety myślenie życzeniowe - w dodatku zawierające w sobie życzenie, które siedemdziesiąt lat temu bynajmniej się nie spełniło. Otóż 1 sierpnia 1944 r. o 17.00 na Niemców wcale nie spada grom z jasnego nieba. Przeciwnie - całkiem nieźle wiedzą, co święci. Po pierwsze - przegrywają właśnie wielką pancerną bitwę z Sowietami na przedpolach Warszawy. Dlatego minowane są mosty, a miasto przygotowywane jest do obrony - na wypadek gdyby sowieckie postępy okazały się jeszcze szybsze, niż ma to miejsce w rzeczywistości. Hitlerowi roi się nawet Festung Warschau - miejska twierdza, w której Niemcy mają się bronić przed Sowietami do ostatniego żołnierza - rozkaz jej utworzenia zostaje wydany 27 lipca, w mieście ma powstać kilka pierścieni obrony opartych przede wszystkim na niewielkich schronach typu Tobruk, ale także na fortach Cytadeli etc. Po drugie - w ostatnich dniach lipca i 1 sierpnia przed godziną W Niemcy mają wystarczająco wiele sygnałów, że coś niepokojącego dzieje się także w samej stolicy. Na ulicach Warszawy w zasadzie jawnie rozdawana jest konspiracyjna prasa, ostentacyjnie zignorowane zostaje niemieckie wezwanie (rozkaz wydał Hans Frank tego samego dnia, w którym Hitler zadecydował o tworzeniu Festung Warschau), by mieszkańcy stawili się do fortyfikowania miasta. Wreszcie pierwszego sierpnia na długo przed godziną W w Warszawie widać dziwne poruszenie, po ulicach poruszają się grupy młodych ludzi, o 14 dochodzi do przedwczesnej wymiany ognia na Żoliborzu, o 16 na Woli. To wszystko wystarcza, by Niemcy wprowadzili odpowiednie środki zapobiegawcze - przede wszystkim skupiają się w swoich ufortyfikowanych obiektach rozsianych po całym mieście. Wzmocnione zostają warty i posterunki. Przed niemieckimi budynkami ustawione zostają gniazda karabinów maszynowych zabezpieczone workami z piaskiem i płytami chodnikowymi, Niemcy szykują się też do murowania i zabezpieczania otworów okiennych. Wreszcie o 16.30 ogłaszają pełny alarm. Te przygotowania zaprocentują już pierwszego sierpnia, skutkując potwornymi stratami powstańców w trakcie pierwszych szturmów.

Szaleni dowódcy, mali bojownicy... Najmocniej utrwalone mity...

Stali za Wisłą.

Liczyliśmy na jednych i na drugich. Oczywiście, największy zawód sprawili ci ze wschodu, bo stanął front. Byłem bardzo blisko Wisły, bo w gmachu Państwowej Wytwórni Papierów Wartościowych. Przez kilka nocy słyszeliśmy kanonadę artyleryjską od wschodu. I później to ucichło. Dlaczego ucichło – dzisiaj już to wiemy. Nie chciano nam pomóc, po prostu. Zatem ze wschodu pomoc nie nadeszła. A z zachodu może i chciano pomóc, ale liczą się efekty. Przecież 7 Pułk Piechoty Garłuch miał zdobyć lotnisko Okęcie właśnie dlatego, żeby umożliwić lądowanie brygady spadochronowej. Żadnej brygady nigdy nikt się nie doczekał. Padliśmy ofiarą wiary w to, że ktoś chce nam pomóc.

To wie Pan dzisiaj. Co wiedział 16-letni chłopak, którym Pan był 1 sierpnia 1944 roku?

Przede wszystkim byliśmy optymistami, bo niewiele dni wcześniej oglądaliśmy pożałowania godny odwrót armii niemieckiej. Przez Warszawę szły tłumy bezładne i bezradne Niemców i ich sojuszników, cała ta zbieranina. Jest cała dokumentacja fotograficzna, jak pędzeni byli niczym bydło. Na własne oczy widziałem wtedy niemieckich żołnierzy bez butów. To dawało wszelkie podstawy sądzić, że Niemcy się załamują. Kto mógł przypuścić, że oni po paru dniach okrzepną, front się zatrzyma, a oni się zorganizują i staną się dla nas zagrożeniem, na które parę dni wcześniej sytuacja nie wskazywała? Już wtedy uważaliśmy, że wojna skończy się dla nas pomyślnie, bo przecież w 44 roku nastąpiło ogólne załamanie Rzeszy. Można więc było się spodziewać optymistycznego finału. Oczywiście nie przypuszczaliśmy, że gdzieś bardzo wysoko nastąpią polityczne uzgodnienia i znajdziemy się w tej strefie wpływów, w której się znaleźliśmy. Ani ja, ani moi koledzy w ogóle nie rozumowaliśmy wówczas tymi kategoriami. Przeciwnie. Były głosy, że niedługo pójdziemy na Berlin.

1935 rok

Tak Warszawa wyglądała przed i po II Wojnie Światowej [zdjęcia]

Pan na powstanie poszedł nielegalnie. Ojciec krzyczał za Panem: „Julek! Julek!”.

Zgłosiłem się do powstania jako ochotnik. Byłem w nietypowej sytuacji, bo nie byłem w konspiracji. Przez większą część okupacji mieszkałem na Żoliborzu, tam chodziłem kolejno do dwóch podstawówek, tam miałem kolegów. Sądzę, że gdybym nadal był żoliborzaninem, byłbym jednym z tych, którzy na Żoliborzu stanowili pluton 227, składający się z samych chłopców, tak zwanych szczurów kanałowych. Ale z rodzicami przenieśliśmy się z Żoliborza na Stare Miasto. Okupacyjne ograniczenia, godzina policyjna, łapanki – to spowodowało, że moje kontakty koleżeńskie z Żoliborzem się rozluźniły. Natomiast w bloku mieszkalnym pracowników, w kompleksie PWPW, w którym zamieszkaliśmy półtora roku przed powstaniem, było paru kolegów, moich rówieśników.

Pracował Pan już w PWPW.

Pracowałem od 1942 roku jako praktykant. Początkowo niemiecki, okupacyjny urząd pracy skierował mnie do fabryki silników na Okęciu, na potrzeby niemieckiego lotnictwa. Ale Wytwórnia mnie przyjęła, bo mój ojciec tam pracował; przez 30 lat był na kierowniczym stanowisku. Poza tym, było to o tyle zasadne, że ja od smarkacza miałem predyspozycje rysunkowe. Wytwórnia wystawiła zapotrzebowanie na praktykanta rysownika.

Rysował Pan niemieckie banknoty?

Głównie retuszowałem; tła banknotów i kart żywnościowych, najróżniejsze druki; misterne siateczki. Rylcem się wyskrobywało niepotrzebne kreski, piórkiem się rysowało, jak było czegoś brak. Starsi koledzy pracowali tam na potrzeby konspiracji, wyrabiali nawet fałszywe dokumenty. Mnie, młodego chłopaka, traktowali serdecznie, życzliwie. Była tam duża biblioteka o tematyce artystycznej, grafice, kopiowałem sobie na własne potrzeby reprodukcje starych mistrzów, Dürera na przykład. Pozwalano mi na to.

Jak się zaczął dla Pana 1 sierpnia 1944 roku?

Przede wszystkim byliśmy odcięci. Istotne było to, że na parę godzin przed wybuchem powstania, z tajemniczych powodów została nagle wzmocniona załoga niemiecka w całym gmachu PWPW, łącznie z naszym blokiem mieszkalnym. Przybyły dwie ciężarówki pełne wojska z ciężką bronią maszynową. To świadczy o tym, że Niemcy mogli przewidywać, że powstanie wybuchnie. Ale na pewno nie docenili jego rozmiarów, jego skali. Jednak to, że będzie jakaś strzelanina – tego się spodziewali. Obstawili gmach. Pani ten gmach pewno zna? Widziała?

Znam.

Ogromne gmaszysko. 270 metrów długości. Otoczony żelaznym parkanem. Żelbetowa konstrukcja. Kilka pięter. Powstańcy planowali jego zdobycie. To było jedno z zadań powstańczych – zdobyć PWPW. Gdyby usiłowania były tylko z zewnątrz, to przypuszczam, że przy takiej dysproporcji sił i przy takiej obsadzie niemieckiej, trudno byłoby PWPW zdobyć. Swoją rolę odegrała grupa, która była wewnątrz. Już w czasie okupacji w Wytwórni funkcjonowała komórka konspiracyjna pod nazwą Podziemna Wytwórnia Banknotów. Produkowała ona pieniądze na potrzeby Armii Krajowej. To była specjalistyczna grupa. Wiosną 1944 roku wobec zbliżania się godziny W, z myślą o powstaniu, nastąpiła ogólna akcja przekwalifikowania tego typu oddziałów przeznaczonych do różnych działań w oddziały liniowe, uderzeniowe. Wtedy grupa zwana PWB/17, której nadano jeszcze literkę S, oznaczającą grupę specjalną, została jednocześnie oddziałem bojowym i otrzymała zadanie opanowania PWPW od wewnątrz. Kiedy więc trwały usiłowania przejęcia Wytwórni 1 i 2 sierpnia przez powstańcze oddziały z zewnątrz, to Niemcy się skutecznie bronili. Ale przed południem 2 sierpnia wewnątrz uderzyła grupa B17. Nie była nawet dobrze uzbrojona; powstańcy mieli tylko pistolet maszynowy i trochę innych pistoletów, ale też sporo granatów. Niemcy się załamali, kiedy wewnątrz na korytarzach pracownicy zaczęli obrzucać ich granatami. Tego się nie spodziewali. Dlatego mówiłem, że PWPW zdobyto na zasadzie konia trojańskiego.

Od środka.

Tak jest. To był ten decydujący moment. Niemcy wpadli w popłoch. Gdyby nie uderzenie od środka, to nie wiadomo, jak długo Niemcy by się utrzymali. Żywność mieli; były pełne magazyny żywnościowe. Zatem obrona PWPW mogła jeszcze trwać bardzo długo.

Jaka była wtedy Pana rola?

Przez pierwsze godziny powstania brałem udział w czynnościach, które trudno sprecyzować, na przykład organizacja szpitalika polowego, przygotowanie lamp naftowych. Bardzo prędko, już kilka godzin później obsadę bloku, w którym mieszkałem z rodzicami, powierzono kapralowi o pseudonimie „Rom”. Nazywał się Roman Marchel. Nawiasem mówiąc, wczoraj byłem na jego grobie. To był świetny dowódca. Jerzy Tereja napisał książkę o Armii Krajowej i pisząc o powstaniu użył określenia, że powstanie rodziło samorodne talenty dowódcze. Bardzo często w powstaniu była taka sytuacja, że ci niżsi stopniem, ale o wrodzonych predyspozycjach, orientacji, refleksie – a Marchel z zawody był kierowcą i musiał mieć refleks – spisywali się nie gorzej, niż wykwalifikowani, zawodowi oficerowie. Zawodowi oficerowie byli szkoleni do innego typu działań bojowych, do normalnej frontowej wojny. A tu były walki uliczne; to było coś specyficznego. Zatem Marchel był świetnym dowódcą i ja zgłosiłem się do niego od razu. Zostałem jego osobistym łącznikiem. Karierę zrobiło jego słynne zdjęcie we wszystkich albumach czy książkach o Powstaniu Warszawskim: mężczyzna w berecie, ze Schmeisserem – to ja mu tego „szmajsera” wiele razy ładowałem, jako jego przyboczny.

Powstańcy opanowali PWPW. Niemcy nie próbowali jej odbić?

Od razu, trzeciego dnia po opanowaniu gmachu przez nas, rozpoczęli natarcie. Szli od cytadeli. Pojawiły się czołgi, piechota. Nie podołali. Byliśmy w gmachu, odpieraliśmy atak. Oprócz wytwórni była też szkoła im. Emilii Plater w sąsiedztwie, tę szkołę też usiłowali odbić. I też im się nie udało. W pierwszym okresie nastąpiła niejaka stabilizacja, bo też trudno spokojem nazwać bombardowanie i ostrzeliwanie z artylerii; wszystko się paliło, budynki się sypały. Ale jeśli chodzi o walkę z piechotą, to taka duża akcja nastąpiła 16 sierpnia. Niemcy przypuścili atak. Wtedy mieliśmy straty.

Do tamtej pory czuliście entuzjazm?

Ten entuzjazm był powszechny. Dotyczył on również w wielkim stopniu ludności cywilnej. Przecież nam pomagali, jak tylko mogli. Szewcy wywieszali ogłoszenia, że buty powstańcom reperują za darmo.

A żywność?

U nas akurat sytuacja była o tyle nietypowa, że w PWPW mieścił się ogromny magazyn żywności i to dobrej: były konserwy, dżemy. To było wyposażenie niemieckiej armii, naprawdę świetne. W czasie całej prawie obrony starówki pielgrzymki wędrowały do Wytwórni, ze wszystkich oddziałów, po żywność i papierosy.

Papierosy też były?

Tak. Była też czekolada przeciwsenna, przeznaczona dla lotników niemieckich. Miała działać pobudzająco. Spało się po niej znakomicie (śmiech). U Niemców też zdarzały się niedoróbki.

Powstańcy korzystali też z niemieckiego umundurowania. Skąd je braliście?

Najbardziej powszechne były słynne panterki, ale my akurat ich nie mieliśmy. Panterki to były letnie bluzy. My mieliśmy maskujące bluzy, w kolorowe łaty, ale zimowe, z białym spodem. To właśnie w szkole im. Emilii Plater Niemcy stworzyli magazyn mundurowy na front wschodni. Stąd miałem bluzę w łaty, białą i nawet z kapturem.

Jak rozpoznać, kto swój, a kto wróg?

Przede wszystkim nosiliśmy opaski biało czerwone, hełmy z orzełkiem i też biało-czerwonym paskiem. Ale były przypadki, kiedy Niemcy atakowali nas z biało-czerwonymi opaskami; na szczęście to były epizodyczne zdarzenia. Jedną historię opowiem. Jest autentyczna, ale zabawna.

Poproszę.

Mój najbliższy przyjaciel z mojej drużyny, Bogusław Kaufmann pod koniec starówki został ciężko ranny. Leżał najpierw w kościele świętego Jacka, na Freta. Kiedy Niemcy opanowali starówkę, podpalili kościół, rannych zaczęto wynosić z płonącego kościoła i kłaść na tyłach kościoła, na ulicy Starej, która wychodzi na rynek Nowego Miasta. Położono tam ze trzydziestu rannych kobiet i mężczyzn. Wśród nich Bogusław. Pojawili się Niemcy. Jeden z nich zauważył, że Bogdan ma na sobie niemieckie umundurowanie. Kazał mu ściągnąć czapkę. Potem kazał zdjąć niemiecką kurtkę. Potem buty niemieckie. Boguś po latach spisując te wydarzenia, napisał: „Kiedy padła komenda, żeby zdjąć spodnie, to ogarnęło mnie przerażenie, bo obok leżały kobiety, a kalesony też miałem niemieckie”.

Powstanie Warszawskie dzień po dniu. Zobacz kalendarium wyda...

(Śmiech). Poczucia humoru mu nie brakowało.

Tak; humor był obecny nawet w tragicznych sytuacjach. Ogarnęło go przerażenie, nie z tego powodu, że Niemcy go zabiją, ale że panie leżą obok…

… i co to będzie, jak każą mu zdjąć niemieckie kalesony (śmiech). Ten entuzjazm musiał jednak opaść. Kiedy?

Rzeczywiście, co było do przewidzenia, entuzjazm opadał, zwłaszcza wśród ludności cywilnej, jak się pogarszały warunki. My entuzjazmu nie straciliśmy. Z biegiem czasu byliśmy świadomi, że to się może źle skończyć, ale nijak nie wpływało to na nasza postawę, na nasze zachowanie. Ile było można, tyle z siebie dawaliśmy. Do ostatka. Ciągle z nadzieją, że to się może skończy inaczej. Ale trudno się dziwić ludności cywilnej. Jak ludzie zaczęli być maltretowani, waliły im się domy, mieszkania, tracili swoich bliskich, to trudno o ciągły entuzjazm. Były przypadki niechęci, ale do końca, nawet jeśli nie entuzjastycznie, to zachowywali się przyjaźnie. Była pomoc ze strony ludności, gdzie tylko było można. Mieszkańcom Warszawy należy się za to wielki szacunek.

Co się działo z Panem, kiedy powstanie upadło?

Broniliśmy się do 28 sierpnia. Stare Miasto – do 2 września. PWPW to był północno-wschodni bastion, na drugim końcu był kompleks szpitala Jana Bożego. Tam broniło Zgrupowanie Radosław; Parasol, Zośka, Miotła. Mieli gorsze warunki. My mieliśmy mimo wszystko gmach z żelbetonu. Ale skierowano na nas ogromne siły. Bortkiewicz w swojej fundamentalnej pracy o Powstaniu Warszawskim podaje, że w końcowym momencie szturmu na nas i cały północny odcinek łącznie z Konwiktorską, Niemcy użyli półtora tysiąca ludzi. Masa ludzi! Nie mówiąc o sprzęcie: czołgi, Goliaty. My taką bronią nie dysponowaliśmy. Naszą siła była pozycja obronna. Próbowali nas szturmować, my strzelaliśmy. Zawsze podkreśla się tę ogromną różnicę w uzbrojeniu. Dla nas problemem było to, że Niemcom amunicja nigdy się nie kończyła. U nas była na wagę złota. Nawet plakaty nawoływały do oszczędzania amunicji: „Jeden pocisk, jeden Niemiec”.

Do 28 sierpnia był Pan w gmachu PWPW?

Prawie. Niecałe dwa dni wcześniej poszedłem po rodziców. Byli w schronie. W PWPW ukryła się też ludność cywilna, zarówno rodziny pracowników PWPW, jak i okoliczni mieszkańcy. Poza tym w szpitalu, który mieścił się w gmachu, leżeli też ranni z zewnątrz. Zajmowała się nimi legendarna doktor „Rana” – Hanna Petrynowska. Przeszła do historii powstania; w konspiracji była szefem sanitarnym grupy PWB/17, to ona w podziemiach gmachu zorganizowała szpital polowy. Kiedy już zaczęliśmy się wycofywać, to ją usilnie namawiano, żeby wyszła razem z powstańcami. Odmówiła. Wcześniej, gdy zaczęły się walki wewnątrz PWPW, zwolniła personel, swoje sanitariuszki. Powiedziała: „Zwalniam was ze służby”. Było ich kilkanaście. Cztery najbardziej zdeterminowane zostały przy niej. Dzięki temu wiadomo, co się z doktor Petrynowską stało.

Co się z nią stało?

Kiedy Niemcy opanowali Wytwórnię, ciężko ranni zostali w wielkiej podziemnej sali na tyłach gmachu. Okna mieściły się pod sufitem; do nich dostawiono drabiny. Po drabinach mogli wspiąć się tylko lekko radni, ci, którzy mogli wydostać się o własnych siłach. Zewsząd już atakowali Niemcy, rzucając granatami. Doktor Petrynowska została z najciężej rannymi; było ich kilkudziesięciu. W pewnym momencie do pomieszczenia zaczęły padać granaty. Doktor „Rana” znała niemiecki, stanęła przy wejściu i wołała po niemiecku: „Nie strzelać! Lazaret!” Ale na Niemcach nie robiło to wrażenia. Nadal rzucali granaty. Z relacji sanitariuszki Marysi Kowalskiej wiemy, że w pewnym momencie jeden z granatów rozerwał brzuch doktor Petrynowskiej. Dowlekła się do krzesła, osunęła na nim i tak już została. Niemcy, jak zeszli do sali, wymordowali wszystkich rannych. Doktor Petrynowska poniosła bohaterską śmierć. Miała możność wyjścia, ale powiedziała, że rannych nie zostawi. Nie wiadomo nawet, gdzie ona leży, bo Niemcy wrzucali powstańców do przypadkowo wykopanych dołów.

Co się wtedy działo z Panem?

To opowieść na trzy takie rozmowy. W skrócie powiem, że kiedy padała Starówka, znajoma zwróciła się do mnie z prośbą, żeby znaleźć jej poduszkę dla małego dziecka, którą w popłochu zostawiła, wycofując się przed Niemcami. Nie miała na czym dzieciaczka położyć. I ja, jako ten odważniak podjąłem się, że tę poduszkę jej znajdę i przyniosę. Starówka wówczas to był już księżycowy krajobraz, ruiny. Już nie wiadomo było jaka to ulica i jaki budynek. Nagle, bardzo blisko usłyszałem niemiecki szwargot. Szybko zrzuciłem niemiecką kurtkę, czekam, co będzie. Ale głosy niemieckie usłyszałem też z drugiej strony. Powoli zacząłem się wycofywać w kierunku, z którego przyszedłem. Nie wiem, ile czasu to trwało, ale naraz zobaczyłem zbliżający się tłum cywilnej ludności; wśród nich był mój kolega z drużyny z zabandażowaną głową, który został ranny trzy dni wcześniej podczas obrony Wytwórni. Niemcy przejmowali ludność. Początkowo błysnęła mi myśl, że wpakuję się w tłum i zacznę uciekać pod prąd. Ale Niemcy czujnie obserwowali, spodziewali się, że w tłumie mogą być powstańcy z bronią. Zrozumiałem, że to koniec. Włączyłem się więc w tłum, znaleźliśmy się wszyscy w Parku Traugutta. Tam zobaczyłem moich rodziców, którzy też w tym tłumie szli. Popędzono nas na Wolę, na Dworzec Zachodni i tak trafiłem do pruszkowskiego obozu.

Uciekł Pan z obozu.

To też historia na długą opowieść, jak wyprowadzano z obozu powstańców. Większość została uratowana przez służbę zdrowia, bo w obozie był polski personel medyczny. Do pracy w obozie zgłosiło się też dużo pruszkowian, żeby nas ratować. Podchodzili do młodych chłopaków w obozie i pytali: „Byłeś w akcji?” – bo nie mówiło się wtedy o powstaniu. I takich chłopaków starano się z obozu wyprowadzać. Niemcy przy całej swojej bezwzględności, musieli się liczyć z międzynarodową opinią. Dlatego w obozie pruszkowskim funkcjonowała Rada Główna Opiekuńcza przy Międzynarodowym Czerwonym Krzyżu. RGO miała stajnię i tam było kilka furmanek i dorożek. Przy ich pomocy obozowiczom rozwożono zupę w wielkich bekach na furmankach. Poza tym ludzie umierali i zwłoki trzeba było z obozu wywozić również za pomocą tych furmanek. W ten sposób i mnie wyprowadzono. Dostałem opaskę informującą, że oficjalnie jestem w służbie RGO i zostałem skierowany do stajni. Musiałem poczekać, aż zmienią się Niemcy przy bramie wyjazdowej i wtedy ruszyliśmy furmanką. Niemcy notowali tylko, że wyjeżdża dorożka i dwóch ludzi. Nie sprawdzali dokumentów, nazwisk.

Gdzie Pan trafił po ucieczce z obozu?

Zbiegiem okoliczności w Pruszkowie mieszkało moje wujostwo. Tam się zatrzymałem, przy samej paszczy lwa, bo dom był blisko obozu. Potem i moich rodziców udało się z obozu wyciągnąć – wyszli jako chorzy. Niemieckiemu lekarzowi dawano listę chorych, do których dopisywano kilka nazwisk. W ten sposób uratowano dużo ludzi. Na przykład w taki sposób uratował się też Eryk Lipiński, słynny grafik karykaturzysta. Młodzi ludzie, którzy w obozie pozostali, niestety byli wywożeni do obozów koncentracyjnych, albo do niemieckich fabryk, prosto pod alianckie bomby. Dużą część ludzi, starców, kobiety i dzieci rozwieziono po terenie Generalnej Guberni. Wielu warszawiaków ostatnie miesiące wojny przetrwało na wsiach, na Kielecczyźnie czy Podkarpaciu.

W wywiadach mówił Pan, że powstanie to był czas, kiedy człowiek potrafił się wznieść ponad siebie.

Przytaczałem cytat. Tak napisał profesor Bogdan Suchodolski, autorytet, filozof, że człowiek w pewnych sytuacjach ekstremalnych potrafi się zachować wbrew prawom natury. Miał na myśli instynkt samozachowawczy. Istnieje w człowieku wrodzony instynkt: „chcę żyć”. Ale w pewnych sytuacjach człowiek rozumuje, że jest coś ważniejsze od jego życia. Zwykle podaję tu dyżurny przykład zachowanie naszych sanitariuszek. Ranny leży na ostrzeliwanej ulicy, a dziewczyna czołga się do niego, żeby mu pomoc. Przecież jej instynkt zachowawczy mówi jej: „Nie wychylaj się, bo dostaniesz kulkę w głowę”. Ale dla niej ważniejsze jest ratować kolegę. To jest dla mnie piękne. Pytają mnie, co było najważniejsze w powstaniu. I czy to była odwaga. Owszem, byliśmy dobrym wojskiem, odważnym. Ale odważny jest też bandzior, który nakłada maskę i napada na bank. Zatem nie sama odwaga się liczy, ale motywy. Bezinteresowność. Zdolność do poświęcenia się dla kogoś. Ta forma odwagi jest dla mnie najważniejsza. To, że dla bardzo wielu ludzi było coś ważniejszego od ich życia.

13 sierpnia odbył się najsłynniejszy ślub Powstania - Eugeniusza Biegi i Alicji Treutler. Gośćmi byli pacjenci powstańczego szpitala, za obrączki posłużyły kółka od firanek. Mundur pana młodego był pożyczony, a spod niego wystawała zagipsowana ręka. Prezenty ślubne były dość prozaiczne: mydło, skarpetki i naboje do pistoletu

Powstanie Warszawskie i jego szara codzienność. Bohaterami z...

Polka wśród najbardziej wpływowych ludzi

Wideo

Komentarze 3

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

f
f
Coś ważniejszego od życia? A ile by pani autor wytrzymała bez wody w kranie, ciepła z gazu, prądu i internetu? 63 dni i noce?
a
ali
Piękne wspomnienia bohatera.
K
Karol
'Jest coś ważniejszego od życia' - nie ma sensu czytać dalej
Dodaj ogłoszenie